Kiedy w 1997 roku Traviata wchodziła na stałe do repertuaru Opery Paryskiej, publiczność przyjęła entuzjastycznie doskonale dobraną obsadę (Angela Gheorghiu – Violetta, Marcelo Alvarez – Alfredo i Leo Nucci – Giorgio Germont) oraz dyrekcję muzyczną Jamesa Conlona, natomiast wyjątkowo negatywnie zareagowała na nieudaną inscenizację Jonathana Millera.

Kiedy natomiast dziesięć lat później próbowano na tej scenie zainteresować widzów nową wizją verdiowskiej opery, tym razem przygotowaną przez chętnie skandalizującego Christopha Marthalera, na widowni rozległo się głośne buczenie sprowokowane kontrowersyjno-eksperymentalnymi pomysłami niemieckiego realizatora. Zapewne z tego powodu sięgając ponownie po rzeczoną partyturę zdecydowano się teraz na powrót do zdecydowanie klasycznych koncepcji teatru operowego zapraszając do współpracy francuskiego reżysera filmowego Benoît Jacquota, który przed paroma laty swoją pierwszą operową realizacją (Werther Masseneta) oczarował widzów londyńskiej Coven Garden i paryskiej Opéra Bastille.
I choć nie udało mu się obecnie powtórzyć ogromnego sukcesu tamtej inscenizacji, to trudno się też zgodzić z bardzo ostrymi i negatywnymi krytykami, jakie posypały się pod jego adresem w związku z pokazaną już w czerwcu na scenie Opéra Bastille (z udziałem Diany Damrau i Francesco Demuro) i wznowioną teraz w tym samym miejscu Traviatą. Jacquot postawił tutaj na oszczędność środków wizualnych, elegancję i niczym nie zakłóconą czytelność dyskursu teatralnego.

Na czarnym tle dekorator Sylvain Chauvelot umieścił ograniczone do minimum elementy scenografii, na którą składają się ogromne i bogato zdobione łoże paryskiej kurtyzany w akcie pierwszym - z dominującą nad nim reprodukcją będącego niegdyś powodem skandalu obrazu „Olimpia” Edouarda Maneta – ogromne, przywołujące szczęśliwy żywot w podparyskim domu drzewo po lewej stronie sceny, a po prawej monumentalne schody paryskiego salonu w akcie drugim oraz ponownie intymna przestrzeń z centralnie umieszczonym łożem w akcie trzecim. Znajdujemy się zatem nie tyle w jakimś historycznym kontekście, co raczej w mentalnej rzeczywistości tytułowej bohaterki snującej rozmaite fantazmy, przygniecionej niesprawiedliwym i okrutnym przeznaczeniem, co skutecznie symbolizują przytłaczające i nienaturalnie wyolbrzymione dekoracje.
Na uwagę zasługują starannie zaprojektowane przez Christiana Gasca kostiumy, które odpowiednio „wyciągane” z ciemnej tonacji całej wizji plastycznej za pomocą zręcznie prowadzonej przez André Diota reżyserii świateł nie mają na celu podkreślania wizualnych walorów spektaklu, lecz raczej dokładniejsze charakteryzowanie poszczególnych postaci.

Ciekawie też zostały przez francuskiego reżysera ustawione sceny zbiorowe, z ubranymi na czarno i na ogół tkwiącymi w nieruchomych pozach w głębi sceny lub na wznoszących się wysoko schodach chórzystami. Ich widok nasuwa nieodparte skojarzenia z panującymi w przywoływanym środowisku społecznym bezlitosnymi i okrutnymi regułami, mającymi stać na straży fałszywie i z cyniczną hipokryzją traktowanych wartości moralnych. Wreszcie do atrakcyjnych pomysłów zaliczyłbym powierzenie cygańskich scen baletowych tancerzom, zaś występów toreadorów żeńskiej grupie baletowej, co dodaje pikanterii tym epizodom z zabawy u Flory i podkreśla ekstrawaganckie zachowania uczestniczących w niej gości. Natomiast podstawowym zarzutem, jaki należało by sformułować odnośnie omawianej inscenizacji Jacquota, jest dotkliwie w niej widoczny brak sensownie i wnikliwie prowadzonych działań aktorskich, na ogół ograniczających się do dość stereotypowych i konwencjonalnych gestów i póz.
Na szczęście ten słaby punkt omawianego przedstawienia jest z powodzeniem równoważony za sprawą nieprzeciętnych osobowości i talentu uczestniczących w nim solistów. Niepodważalną ozdobą i filarem spektaklu jest zjawiskowy występ albańskiej sopranistki Ermoneli Jaho, o której miałem już w tym miejscu przyjemność pisać przy okazji jej występu w tytułowej roli w Madame Butterfly na scenie Opery w Awinionie.

Podobnie jak w tamtej sytuacji, tak i obecnie w Opéra Bastille Jaho wywołuje na widowni mocne wzruszenia fantastycznym frazowaniem, niebiańskimi pianissimi i tym charyzmatycznym wcielaniem się w rolę, która wyraźnie jest jej niezwykle bliska. Ta ujmująca wdziękiem, wyczuwalną kruchością, doprowadzoną niemalże aż do bólu wrażliwością i porażającą muzykalnością sopranistka nie gra roli Traviaty, tylko utożsamia się z tą postacią bez reszty. Jej fenomenalna kreacja staje się w ten sposób zjawiskiem wręcz wymykającym się prawom przestrzeni i czasu, niezapomnianym przeżyciem, do którego chciało by się nieustannie powracać, aby czerpać z niego wiarę w niezwykłą moc humanistycznych wartości. U jej boku bladnie nieco występ wcielającego się w postać Alfredo Germonta włoskiego tenora Francesco Meliego, którego głos w górze skali ulega pewnemu odbarwieniu, a poszczególnym frazom brakuje emocjonalnego podparcia.
Nie zachwyca również tak bardzo tutaj oczekiwany Dmitri Hvorostovsky, który wprawdzie w partii Giorgio Germonta przekonuje nas z łatwością, że znajduje się u szczytu swoich możliwości głosowych, ale śpiewa w sposób zbyt obiektywny i jakby poza rolą. Natomiast ogromne wrażenie wywiera bezbłędna i natchniona gra znajdującej się w doskonałej formie Orkiestry Opery Paryskiej.

Pod batutą izraelskiego dyrygenta Dan Ettingera paryscy muzycy elektryzują słuchaczy wyrafinowaniem barw instrumentalnych, idealną spójnością brzmienia, intensywnym nasyceniem każdego dźwięku i umiejętnością kreowania zmiennych klimatów. Szczególnie w drugim i trzecim akcie sztuka Ettingera w zakresie towarzyszenia każdej interwencji wokalnej i jego niemalże wspólne oddychanie z solistami zasługuje na najwyższe uznanie i podziw. Tak więc owa prowadzona po mistrzowsku na planie muzycznym dramaturgia pozwala skutecznie zapomnieć o pewnych niedociągnięciach strony wizualnej. Sezon operowy nad Sekwaną rozpoczął się zatem w zaiste imponującym stylu i z pewnością będziemy z niecierpliwością oczekiwać na kolejne wydarzenia artystyczne w tej prowadzonej obecnie przez nowego dyrektora Stéphana Lissnera placówce.
Leszek Bernat