Tegoroczny, czterdziesty ósmy krynicki Festiwal imienia Jana Kiepury (9-16 sierpnia 2014) po raz pierwszy współorganizowany był przez Operę Krakowską. Większość koncertów odbywała się w prowizorycznym pomieszczeniu Domu Festiwalowego, na czas remontu Sali w Pijalni zdolnego pomieścić każdego wieczoru około tysięczną publiczność. Większość z nich stanowiła wiązanki popularnych arii operowych, operetkowych i songów musicalowych, a także pieśni neapolitańskich. A więc w znacznej mierze składających się na repertuar patrona festiwalu, występującego nie tylko na scenach operowych, ale i broadwayowskich, a także w filmach.

Z uwagi, że niektórzy soliści powracali podczas kolejnych koncertów, swoje omówienia skupię wokół ich występów, albowiem jest to głównie święto wokalistyki, w którym liczą się przede wszystkim piękne głosy oraz umiejętności wykonawcze.
I tak słynną arię Violetty „z wachlarzem” na zakończenie I aktu Traviaty Katarzyna Oleś-Blacha ma już dopracowaną do perfekcji w najdrobniejszych szczegółach, zarówno pod względem koloraturowych ozdobników, zwłaszcza w cabaletcie (w której towarzyszył jej zza kulis Pavlo Tolstoj), jak i od strony interpretacyjnej, wydobywając wahania bohaterki i jej wewnętrzne rozdarcie.

Iwona Socha w pełni ukazała walory swego głosu, zmierzającego w stronę koloraturowego sopranu lirico spinto, oraz umiejętności techniczne przede wszystkim w wymagającym Bolerze Heleny z Nieszporów sycylijskich Giuseppe Verdiego. Interesująco rozwijająca się kariera śpiewacza Ewy Vesin przebiega w nietypowy sposób. Przypomnę, że u jej zarania wykonała wagnerowskie partie Zyglindy, Ptaszka Leśnego, Gudruny i Córy Renu. Tym razem zaśpiewała werystyczną arię Sola, perduta, abbandonata będącej u kresu swych sił Manon z opery Giacomo Pucciniego, za sprawą doboru dynamiki różnicując całą skalę przeżyć bohaterki, nie ograniczając się wyłącznie do „wykrzyczenia” jej rozpaczy, ale zrazu, poprzez odwołanie się do piana, oddając jej wyczerpanie. Z natury będąc sopranem dramatycznym, sięga również po repertuar przeznaczony dla mezzosopranów. I właśnie za jej sprawą dramatyczna aria Eboli O don fatale, o don crudele z verdiowskiego Don Carlosa wreszcie znalazła godną odtwórczynię, zdolną w pełni odsłonić jej złożoność. Przy całej ekspresji i ciemnym zabarwieniu rejestru piersiowego pewnie zabrzmiały również ustępy w górze skali, co na ogół w przypadku artystek rozporządzających niższymi głosami przychodzi ze znacznym wysiłkiem.
Z dobrej strony swoje możliwości ukazała Wioletta Chodowicz w arii Cho-Cho-San Un bel di vedremo z Madame Butterfly Pucciniego, a razem z Moniką Korybalską z wielką kulturą zaśpiewała duet „kwiatowy” z Suzuki z tejże opery. Z dużą satysfakcją śledzę rozwój artystyczny ukraińskiego tenora Pavlo Tolstoja. Z wrażliwością i wyczuciem wykonał on arię Romea Ah leve toi soleil z opery Charles’a Gounoda, w udany sposób łącząc pierwiastki liryczne z pewnym brzmieniem w górnym rejestrze. Podobnie było w przypadku jego ujęcia popularnej arii Rudolfa Che gelida manina z Cyganerii Pucciniego, popisowego numeru w repertuarze Jana Kiepury. Z kolei inną arię tego samego kompozytora, z której tamten słynął, a mianowicie Nessun dorma Kalafa z Turandot z powodzeniem wykonał Tomasz Kuk.

Aby uatrakcyjnić formułę tych koncertów warto by pokusić się o przydanie im w większej mierze wątku narracyjnego, jak to było w przypadku wieczoru finałowego, poświęconego Giacomo Pucciniemu i ze znaczną swadą poprowadzonego przez Sławomira Pietrasa. Dodatnie wrażenie pozostawił koncert piosenek międzywojennych w błyskotliwych interpretacjach Bożeny i Katarzyny Zawiślak-Dolnych oraz Jacka Wójcickiego, który jako absolwent szkoły teatralnej wzbogacił swój występ o efekty aktorskie (przywołanie postaci Chaplina). Nie mogło też zabraknąć występu ulubionych przez publiczność gwiazd operetki: Jana Wilgi oraz Krystyny Tyburowskiej (wymieniam ją na drugim miejscu, gdyż przeszła do historii przede wszystkim jako wybitna śpiewaczka operowa, jedna z ostatnich koloratur z prawdziwego zdarzenia), od lat powracających na sceny i estrady tego festiwalu.
Do tego rodzaju imprez należał też koncert trzech tenorów, tym razem Adama Zdunikowskiego, Tomasza Kuka i Adama Sobierajskiego, a więc chciałoby się powiedzieć także trzech pokoleń. Pierwiastek turniejowy dawał też znać o sobie w ramach całego festiwalu, albowiem niektóre arie powracały w czasie jego trwania wielokrotnie w różnych ujęciach (np. czardasz Silwy z Księżniczki czardasza Kálmána, Mój dziad miał dwadzieścia lat z Ptasznika z Tyrolu Zellera czy kuplety Barinkaya z Barona cygańskiego Straussa II z powszechnie znanym refrenem Cała sława to żart biły szczególne rekordy popularności).

Ale takie są oczekiwania zdrojowej publiczności. Najbardziej ambitny i wartościowy pod względem doboru repertuaru (pieśni Hectora Berlioza i całkiem nieznanego Reynaldo Hahna) recital wokalny Małgorzaty Walewskiej, której na harfie akompaniowała Małgorzata Zalewska, nie cieszył się już takim zainteresowaniem. A szkoda, bo artystka w tych właśnie utworach mogła w pełni odsłonić swoją interpretacyjną maestrię, a więc operowanie bogatą paletą odcieni kontrastów dynamicznych oraz barw brzmieniowych. Ten nurt reprezentowały też koncerty w krynickich świątyniach. W unickiej cerkwi św. Piotra i Pawła wystąpiła Iwona Socha, prezentując bardzo spójny stylistycznie program, obejmujący motet Mozarta Exultate jubilate oraz arie z oratoriów George’a Fridericka Haendla i Feliksa Mendelssohna (można jedynie żałować, że akompaniament ograniczał się do fortepianu).
Festiwalową ofertę uzupełniały pokazy zarejestrowanych przedstawień: Carmen Georges’a Bizeta z Małgorzatą Walewską i Marcello Bedonim Teatru Muzycznego w Gliwicach w scenerii tamtejszego, niepodźwigniętego ze zniszczeń wojennych Teatru Victoria, Manru Ignacego Jana Paderewskiego Opery Nova z Bydgoszczy, Borysa Godunowa Modesta Musorgskiego Opery Wrocławskiej oraz Loterii na mężów, zrekonstruowanej operetki Karola Szymanowskiego z Opery Krakowskiej. Cieszyły się one znacznym zainteresowaniem ze strony publiczności.

Warunki pogodowe sprawiły, że nie doszła do skutku żadna z zaplanowanych imprez plenerowych, w tym montaż literacko-muzyczny poświęcony historii karier i zrodzonej na planie filmowym miłości Jana Kiepury i Marthy Eggerth, a w koncertach odbywających się pod dachem trzeba było się liczyć z dodatkowymi efektami perkusyjnymi w akompaniamencie w postaci deszczu uderzającego o płótno.

Na koniec mam pod adresem organizatorów propozycję przydania festiwalowi jako współpatronki właśnie Marthy Eggerth, zmarłej przed niespełna rokiem żony Jana Kiepury, a także przywrócenia konkursów dla tenorów oraz może i sopranów koloraturowych?...
Lesław Czapliński