Pomysł Jana Tomasza Adamusa na Festiwal Bachowski wypalił już po raz 15. Atuty przedsięwzięcia są bezsprzeczne. Po pierwsze świdnicki Kościół Pokoju, w którym muzyka dawna brzmi znakomicie, ze wszystkimi jej polifonicznymi zawiłościami, po drugie sławni wykonawcy, których udaje się sprowadzić na Festiwal, jak Andrew Parrott czy Akademie für Alte Musik Berlin, po trzecie magia miejsca, w którym przed blisko 300 laty działał jako kantor autentyczny uczeń Jana Sebastiana, po czwarte kulturowa otoczka i tradycja miejsca i dolnośląskiej okolicy, do której słusznie nawiązują twórcy Festiwalu. Bo jeśli w programie pojawiają się Pieśni Feliksa Mendelssohna, to trzeba wspomnieć o pochodzącym z tego regionu autorze słów, poecie Eichendorfie, a jeśli te Pieśni śpiewa polski zespół Franz Marc Ensamble, to wymienia się liczne nazwiska doby ekspresjonizmu, jak Schoenberg, Berg, Schiele, Zemlinsky, Webern. Krajobraz kulturowy Dolnego Śląska jest w swej istocie bardzo pojemny, i Verklärte Nacht Arnolda Schoenberga wykonana w małym kościółku w Makowicach też nie wydaje się czymś nierealnym.

Zaczął się więc Festiwal piknikiem romantycznym w kościele i parku pałacowym w Makowicach. Świątynia niewielka, XIII-wieczna i ze śladami długotrwałego użytkowania, więc proboszcz zwraca się do publiczności o wparcie prac remontowych.
Kwartet śpiewaków wykonuje z zadziwiającą równowagą intonacyjną zestaw czterogłosowych „pieśni do śpiewania na wolnym powietrzu”. Tony podaje z kamertonu sopranistka Michalina Bienkiewicz, a dostraja się do jej barwy głosu męski alt – Łukasz Dulewicz, Krzysztof Kusz – tenor i Michał Dembiński – bas tworzą inną emisją podstawę harmoniczną.

Widać, że kwartet śpiewa razem za rzadko, gdyż nie są tak zgrani intonacyjnie jak Kings Singersi. A po piknikowej przerwie w parku wysłuchujemy, nie bez komplikacji w związku z zerwaną struną, przepięknego poematu na sekstet smyczkowy Verklärte Nacht Arnolda Schoenberga, utworu inspirowanego wierszem Richarda Dehmela, który można sobie w oryginale i polskim tłumaczeniu przeczytać w programie.

Następnego dnia w Kościele Pokoju słuchamy Kantat Bacha przeplatanych motetami łacińskimi Jacobusa Handla żyjącego 150 lat przed Bachem. Gra i śpiewa złożona w dużej mierze z polskich muzyków Akademia Bachowska. Dyryguje legendarny, jak napisano w programie, Andrew Parrott. Kantaty brzmią czysto, ale soliści są słabo słyszalni, zwłaszcza sopran i alt, natomiast bas podaje dźwięki siłowo. Najlepiej wypada tenor Simon Wall. Świetnie brzmią instrumenty dęte drewniane zbudowane według barokowych wzorów i trąbka „bachowska”.
Zapowiadający te wydarzenia w programie Jan Tomasz Adamus zwraca uwagę, na to, iż „w Świdnicy łatwiej o bachowską sytuację przestrzenną i akustyczną niż w Lipsku”. Tam kościoły zostały znacznie przebudowane, tutaj jest „oryginał”, największy w Europie drewniany kościół, do tego wciąż przynależny wspólnocie luterańskiej.

Kiedy po przerwie siadam w innym miejscu, soliści brzmią jakby mocniej i z prawdziwą przyjemnością wysłuchuję na koniec jednego z najbardziej znanych Chorałów Bacha, z kantaty Herz und Mund und Tat und Leben, znanej też z dziesiątków transkrypcji symfonicznych, organowych, fortepianowych. Przy okazji zastanawiam się, czy Bach w tzw. wykonaniach historycznych jest lepszy od współczesnych, czy soliści i instrumentaliści nie poddawani są takim jak „normalni” muzycy wymogom profesjonalnej rzetelności intonacyjnej, emisyjnej, czy tutaj „poprzeczka” jest postawiona nieco niżej? Historycznie poinformowane wykonania otoczone są niemałym kultem, zwolennicy i smakosze przerzucają się argumentami, który Bach jest lepszy, czy Gardinera, Rillinga, Herreweghe, McCreesha, czy może Parrotta, gdy tymczasem muzyka powinna być po prostu znakomicie zagrana i zaśpiewana, uwypuklając jej intelektualne i emocjonalne walory, bez barier technicznych, które niekiedy mniej biegłym wykonawcom stwarzają kłopoty.
To może dlatego z charakterystyczną dla siebie przekorą jeden z największych polskich znawców tej muzyki, prof. Mirosław Perz w nieustającym cyklu „200 kantat Jana Sebastiana Bacha” prezentuje na antenie radiowej „dwójki” kompletne „azjatyckie” nagranie tych utworów dokonane przez ucznia Tona Kopmana - Masa'aki Suzuki, który jest profesorem organów i klawesynu w Tokio. Suzuki dyryguje własnym chórem i towarzyszącą mu orkiestrą barokową Bach Collegium Japan, a solistów ma z Japonii i Niemiec. Może warto kolejnym razem zaprosić do Świdnicy Japońskie Collegium Bachowskie? Wieczorem w dawnym Kościele Zimowym przerobionym dosyć prostacko na salę widowiskową wysłuchujemy Mozarta i Haydna w „lżejszym” repertuarze.

Najpierw gra trio smyczkowe Divertimento Es-dur, później Kwartet d-moll Haydna, więc dołącza jedna skrzypaczka, która trzyma smyczek na modłę barokową w 2/3 długości, ale gra dużo czyściej niż jej koleżanka w Trio, wreszcie do zespołu dołącza waltornista Paweł Dziewoński i zakończenie wieczoru z pogodnym Kwintetem Es-dur jest całkiem przyjemne. Róg jest tzw. dawnym instrumentem, nie ma wentyli, więc półtonowe pochody są trochę rozmyte, ale to nie przeszkadza w odbiorze znakomitej muzyki.
W niedzielę program festiwalowy zawiera aż trzy pozycje, w tym dwie z cyklu „Muzyka w liturgii”. Najpierw mamy nabożeństwo protestanckie w Kościele Pokoju celebrowane i komentowane przez pastora Waldemara Pytla, który gorąco wita i omawia w szczegółach bachowską kantatę Die Himmel erzählen die Ehre Gottes - Niebiosa głoszą chwałę Boga (BWV 76) pod dyrekcją Andrew Parrotta, szukając w tekście libretta także pewnej nauki moralnej. Następnie w pięknej Katedrze rzymsko-katolickiej w Świdnicy odbywa się nabożeństwo, do którego włączono muzykę liturgiczną Missa pulcherima skomponowaną przez wielkiego XVII wiecznego mistrza polskiego Bartłomieja Pękiela.

Niestety ksiądz odprawiający nabożeństwo ani słowem nie informuje wiernych, co to za muzyka, kto ją wykonuje, nie podpowiada też, że słuchając poszczególnych części Mszy Pękiela: Kyrie, Gloria, Credo, Agnus Dei można usiąść w ławkach.

Dopiero w „ogłoszeniach parafialnych” pojawia się wzmianka, że także w kolejną niedzielę ten sam kwartet wokalny o obco brzmiącej nazwie The Sound Guardians zaśpiewa podczas Mszy. Chcąc nie chcąc porównujemy przyjęcie muzyki w świątyniach obu konfesji i wychodzi na to, że katolicy są gorzej przygotowani. Trzeba było kilku stuleci, by Kościół Rzymski wprowadził postulaty Lutra np. liturgię w językach narodowych, zajął się też wyzywającym bogactwem i prowadzeniem się duchowieństwa. Czy taki sam czas musi upłynąć, aby w świdnickiej Katedrze zaczęto szanować piękną muzykę?
Niedzielny wieczór znów zebrał słuchaczy w Kościele Pokoju, aby wysłuchali „świeckiego” Bacha, wspaniałego cyklu instrumentalnego „Sztuka fugi”. Dzieło to poprzedziła transkrypcja i parafraza na temat Preludium i Fugi Bacha dokonana przez młodego Mozarta. Ciekawą prelekcję przed wykonaniem Die Kunst der Fuge wygłosił po niemiecku, ale z tłumaczeniem koncertmistrz Akademie für Alte Musik Berlin, świetny skrzypek Stephan Mai. Zwrócił on uwagę, że cykl ten nie jest w istocie całkiem świecki, bowiem jednym z tematów przewijających się w muzyce jest melodia chorału Lutra Aus tiefer Not Schrei ich zu dir – Z głębokości wołam do Ciebie Panie.

Kiedy Stephan Mai podaje głosem temat chorału rozlegają się oklaski – w powszechnym mniemaniu skrzypek, który śpiewa, to jakiś fenomen albo prestigiditator a przecież śpiewać na podstawowym poziomie tak jak mówić powinien umieć każdy.

Występ połączonych zespołów Akademie für Alte Musik Berlin oraz polskiej Akademii Bachowskiej dał maksimum satysfakcji, bo pokazał, że trzymanie się archaicznych wzorów wykonawczych takich jak uchwyt smyczka, wiolonczele bez nóżki, struny skręcone z włókien biologicznych, nie musi się odbijać na poziomie realizacji partytury, że w ostatecznym rachunku liczy się zaangażowanie i muzykalność artystów, która dostarcza radości zarówno grającym jak i słuchającym. I wreszcie coś, co jest immanentną cechą prawdziwej sztuki – tajemnica. Po co w ostatniej niedokończonej, urwanej w środku części utworu kompozytor użył własnego podpisu muzycznego B-A-C-H? Jan Tomasz Adamus w programie Festiwalu sugeruje, że Bach urwał muzykę celowo. Może chciał byśmy wciąż kontynuowali jego dzieło.
Joanna Tumiłowicz