Wymagające technicznej perfekcji podskoki, entrechats, czyli krzyżowanie nóg w powietrzu, i kręcone z zawrotną szybkością piruety uznać można za taneczne odpowiedniki fiorytur, tryli i rulad, składających się na popisy wokalnej wirtuozerii. Każde z nich posiadają swoich zagorzałych miłośników i znawców, przy czym ci z pierwszej kategorii nie muszą podzielać i rozumieć zachwytów i westchnień tych z drugiej dziedziny. Jak co roku w ramach Letniego Festiwalu Operowego, osiemnastego z kolei, zaprezentowane zostało montażowe widowisko baletowe, złożone z wybranych fragmentów w wykonaniu artystów z różnych stron i kompanii świata.

Rywalizujące ze sobą rosyjskie stolice i ich flagowe zespoły: Balet Kirowa z Teatru Maryjskiego w Petersburgu oraz Balet Kremlowski z Moskwy, wystawiły solistów, występujących w układach, pomyślanych poniekąd jako bliźniaczo podobne numery charakterystyczne. „Beginning” do muzyki Erica Satiego, w którym tancerz – Igor Kołb (a raczej Ihar Kałb, skoro pochodzi z białoruskiego Pińska) – żonglujący jabłkiem, które na koniec wymyka mu się z dłoni i które daremnie stara się pochwycić, padając na ziemię, mógł się kojarzyć z uniwersalną postacią nieszczęśliwego Pierrota.

Wyjątkową brawurą odznaczył się Michaił Martyniuk, występujący w barwach moskiewskich, w układzie zatytułowanym „Figlarz”. Charakteryzacja i kostium do pewnego stopnia przywodzić mogły Chaplina, a wykonał artysta skomplikowany i wewnętrznie skontrastowany układ, złożony z płynnych i posuwistych ruchów oraz drobniutkich kroczków, stawianych z zawrotną szybkością, jakby przemieszczał się z lekka unosząc, przecząc prawom grawitacji.
Element charakterystyczny i parodystyczny pojawił się także w występie baletu Opery Krakowskiej, w którym jeden z tancerzy udaje, że potyka się i pada, co wymaga nie lada umiejętności technicznych.

Z kolei z przykładem tańca klasycznego mieliśmy do czynienia w przypadku egzotycznej pary ze Szwedzkiego Baletu Królewskiego: Koreanki Minji Nam oraz Ujgura Adi Abudurehemana w jednym z najpopularniejszych motywów tego rodzaju artystycznego, a mianowicie Sylfidy, czyli historii nieszczęśliwej miłości Jamesa do tej fantastycznej postaci i nieświadomie przyczyniającego się do jej śmierci, w pieczołowicie przechowywanym w krajach skandynawskich układzie Auguste'a Bournonville'a do muzyki Hermana Løvenskjolda. Zwłaszcza w tańcu Abudurehemana brawurowe były wspomniane entrechats, którym pewnej pikanterii dodawał fakt, że artysta występował w szkockim kilcie.

Ryzykownym natomiast okazało się zmierzenie pary tancerzy: Aleksandry Laszenko i Władimira Jaroszenki z Polskiego Baletu Narodowego przy warszawskim Teatrze Wielkim z Liebestod, czyli muzyką miłosnej śmierci Izoldy z Wagnerowskiego dramatu muzycznego. Jej wzmagająca się progresja, wyrażająca miłosną ekstazę graniczącą ze śmiercią, posiada absolutny wymiar i każda próba choreograficznej ilustracji w swej dosłowności wyrazu wydaje się spłyceniem muzycznego pierwowzoru.
Korzystniejsze wrażenie pozostawiło pas de deux z klasycznego „Don Kichota” do muzyki Ludwiga Minkusa, nieposiadajacej większych ambicji samoistnych, za to dostarczającej wygodnego podkładu dla tańca. Przykładem solidnego opanowania rzemiosła pochwalić się mogli Karolina i Mateusz Sierantowie z poznańskiego Teatru Wielkiego, dowodząc, że odpowiedni poziom osiągnąć można rodzimymi siłami, bez odwoływania się do posiłków zza wschodnich granic, czego świadectwem jest też zespół baletowy Opery Wrocławskiej.

Na tym tle najbardziej zachowawczo, wręcz akademicko wypadł duet tancerzy z neapolitańskiego Teatro San Carlo, złożony z Albanki Anbety Toromani oraz Włocha Alessandro Macari, który wykonał pas de deux ze sceny balkonowej „Romea i Julii” Siergieja Prokofiewa oraz pas de deux Carmen i Don Joségo z muzyki do opery Georges’a Bizeta.

Mając za punkt odniesienia tego rodzaju skalę porównawczą, zupełnie przyzwoicie zaprezentowali się gospodarze, czyli Balet Opery Krakowskiej. W przywołanej już Jocie aragońskiej ze „Spojrzeń”, cieszących również oko spójną kolorystyką kostiumów, stylizowanych na hiszpańskie. Wyjątkowo interesującym i obiecującym na przyszłość okazał się na poły autotematyczny układ „z niezapisanego dziennika”, za podkład muzyczny wykorzystujący III Kwartet smyczkowy Krzysztofa Pendereckiego i ściśle podążający za dźwiękowym przebiegiem tej kompozycji.
Lesław Czapliński