Inauguracja pierwszego festiwalu zorganizowanego przez Polską Orkiestrę Sinfonia Iuventus przebiegała pod znakiem Beethovena, jednak osobę wielkiego Wiedeńczyka pomysłodawca Festiwalu Andrzej Sułek zestawił z wielkim Warszawianinem Bernardem Belotto zwanym Canaletto.

Z pewnością słynnemu malarzowi należy się lepsza pamięć, ale umieszczenie jego nazwiska w nazwie festiwalu muzycznego „Viva! Canaletto” można uznać za dyskusyjne. Brzmi to jednak dobrze, muzycznie, a to już coś. Pierwszy koncert festiwalu mógł być bombą, bo każde wykonanie IX. Beethovena jest wydarzeniem. Mógł być bombą także z powodu znakomitych wykonawców. Przede wszystkim zaproszono do Warszawy jeden z najlepszych chórów zawodowych z Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku, którym kieruje świetna Violetta Bielecka.
Stawka solistów śpiewaków też była najwyższa z możliwych – Barbara Kubiak – sopran, Magdalena Idzik – mezzosopran, Rafał Bartmiński – tenor i Piotr Nowacki – bas. Wszyscy wokaliści stanęli na wysokości zadania wykonując ekstremalnie trudne frazy Beethovena, ale najlepiej wypadł Piotr Nowacki. Było to najbardziej udane wykonanie partii basowej jakie dane mi było słyszeć, silne, zdecydowane, solidne, pełne patosu i swobody. Głos brzmiał znakomicie w górnych i w dolnych rejestrach, co u bas – barytonów i barytonów stanowi oczywistą wartość, ale w IX Symfonii nie zawsze jest do osiągnięcia.

Bardzo piękna była partia tenorowa, choć w kulminacyjnym momencie Rafał Bartmiński trochę schował się za towarzyszącym mu chórem męskim. Całkiem pozytywnie wypadła też Magdalena Idzik, której głos nie ginął w konfrontacji z innymi uczestnikami kwartetu. Wreszcie Barbara Kubiak pokonała wszystkie mielizny sopranowej partii obmyślonej przez Beethovena tak, aby nie dało się jej zaśpiewać. Tylko dwa tony były nieco za nisko. Można się tylko dziwić, że chór żeński, któremu kompozytor także dał niemal nadludzkie zadania był w nieco mniejszym składzie niż chór męski. Ale to drobiazgi, które nie zaważyły na obrazie całości. Duże pochwały należą się orkiestrze Sinfonia Iuventus, i poszczególnym grupom instrumentów, które solo i tutti brzmiały jak należy. Dyrygent Tadeusz Wojciechowski był perfekcyjnie przygotowany, bo to trudne i złożone dzieło zdecydował się poprowadzić z pamięci.
Niestety nie udało mu się połączyć poszczególnych elementów kompozycji w jednorodną muzycznie całość. Można mieć zastrzeżenia zarówno co do pewnych szczegółów wykonania, jak i ogólnej koncepcji realizacji dzieła. Najlepiej chyba wypadła dynamiczna finałowa część z chórem, ale od początku arcydzieło klasycyzmu się „nie kleiło”.

Instrumenty dęte i perkusja zagłuszały smyczki, generalne pauzy były za krótkie, sekwencje liryczne nie miały wymaganej słodyczy i elastyczności, technika wariacyjna nie zyskała należnej rangi w utworze, dyrygent natomiast akcentował rytmiczne „um-pa-pa” i czasami podawał zbyt szybkie tempa. Nie można powiedzieć, by czegoś w Symfonii zabrakło, jednak trudno było dostrzec genialną konstrukcję muzyki, która w tym utworze wznosi się ponad realne dźwięki i głosy ludzkie. Ciekawe, co bo na to wszystko powiedział Canaletto? Niestety nie wiemy nawet czy był miłośnikiem muzyki.
Joanna Tumiłowicz