Przegląd nowości

Siedem mgnień łańcuckiego festiwalu: Josep Carreras. Reaktywacja

Opublikowano: sobota, 31, maj 2014 11:05

Przyznam się, że z mieszanymi uczuciami wybierałem się na koncert inauguracyjny LIII Festiwalu Muzycznego w Łańcucie, którego główną atrakcję stanowić miał występ katalońskiego tenora Josepa Marii Carrerasa i Coll, bo tak brzmi jego pełne nazwisko, a ten ostatni człon stanowi rozpowszechnione w świecie iberyjskim matrimonicum dziedziczone po matce i noszone przez jedno pokolenie.

Carreras Josep

Dokładnie przed trzydziestu laty, jeszcze przed chorobą, którą artyście udało się pokonać, słyszałem tego Joségo (jeśli przyjmie się szerzej rozpowszechnione, hiszpańskie brzmienie jego imienia) w partii imiennika z opery Georges'a Bizeta Carmen. Byłem wtedy świadkiem jak o włos uniknął linczu, ale szczęśliwie dla niego aria Toreadora poprzedza tę „z kwiatkiem” i potraktowanie przez publiczność ormiańskiego barytona stanowiło dlań przestrogę, co go może spotkać, jeśli nie spełni oczekiwań, a Włosi nie wybaczają w operze, niczym na stadionach, wszelkich uchybień. Dołożył więc wszelkich starań, by być dobrze słyszalnym i wszystko szczęśliwie się zakończyło.

Nigdy jednak nie był śpiewakiem o nośnym głosie, a więc występ w przestrzeni akustycznej Areny w Weronie stanowił dla niego nie lada wyzwanie. Po latach w Zabrzu prawdopodobnie z premedytacją sprowokował zatarg z Antonim Witem i śląskimi symfonikami radiowymi, by zamiast orkiestry akompaniował mu fortepian. Jego specjalnością bywały bowiem zawsze subtelności artykulacyjne i dynamiczne, a także operowanie zróżnicowaną barwą w zależności od potrzeb wykonywanej roli, które najpełniej dochodziły do głosu w nagraniach studyjnych, między innymi w tych pod batutą Herberta von Karajana (wspomnianej Carmen, a także Toski).


W Łańcucie wszakże była to wielka impreza plenerowa przed frontonem Pałacu Potockich, a co za tym idzie ze sztucznym nagłośnieniem. Tym razem zaprezentował się prawie wyłącznie w lżejszym repertuarze popularnym, złożonym z pieśni włoskich i hiszpańskich.

A więc neapolitańskiej Te voglio bene assaje Gaetano Donizettiego, skądinad Lombardczyka z północy, Ostatniej pieśni Paolo Tostiego czy Grenady Agustína Lary, bez których nie mogą się obejść tego rodzaju występy. Mnie jednak najbardziej przypadły do gustu bardziej wyszukane muzycznie: aria Rosó z zarzueli Dla twojej miłości katalońskiego kompozytora Josepa Ribasa i Gabriela, El eco de tu voz, pieśń Isaaca Albéniza, oraz song Don Kichota z musicalu Człowiek z La Manchy Mitcha Leigha, albowiem Carreras z powodzeniem wykonuje od jakiegoś czasu równiez partie z tego rodzaju utworów (nagrał West Side Story Leonarda Bernsteina). W nich doszły najpełniej jego umiejętności interpretacyjne w zakresie sztuki frazowania, dyskretnego operowania ozdobnikami. Niestety, tego rodzaju subtelności niknęły przy sztucznym nagłośnieniu.

Na swą sceniczną partnerkę kataloński tenor wybrał ukraińską śpiewaczkę Natalię Kowaliową. Jedynie ona sięgnęła po tradycyjny repertuar, właściwy dla scen muzycznych, zarówno operowych (aria z I aktu Rusałki Antonína Dvořáka), jak i operetkowych (czardasz Silvy z Księżniczki czardasza Imrego Kálmána), a także pieśń Les Filles de Cadix Léo Delibesa, typowy przykład modnej swego czasu „hiszpańszczyzny” w muzyce francuskiej. W jej śpiewie zabrakło mi większego zróżnicowania dynamicznego, a pojawiającym się od czasu do czasu koloraturom zbywało na lekkości i krągłości.

Wspólnie artyści zaśpiewali między innymi duet Pragnę ciebie Erica Satie, ekscentryka francuskiego modernizmu muzycznego, tu zgrabnie operującego dla celów humorystycznych imitacyjną techniką prowadzenia głosów.

Atoli, najlepsze wrażenie wywarła na mnie akompaniująca śpiewakom Orkiestra Filharmonii Rzeszowskiej, kierowana gościnnie przez Davida Giméneza, a która samodzielnie wykonała Uwerturę do verdiowskiego Nabuchodonozora oraz Farandolę z muzyki scenicznej Georges'a Bizeta do Arlezjanki Alphonse'a Daudeta, potwierdzając któryś raz z rzędu swą dobrą dyspozycję brzmieniową (również w blasze, stanowiącej „sekcję achillesową” większości rodzimych zespołów symfonicznych), umiejętnością kształtowania odpowiednich proporcji pomiędzy poszczególnymi grupami instrumentów. Chciałoby się usłyszeć ją w ambitniejszym i poważniejszym repertuarze, jak miałem okazję tego doświadczyć dwa lata temu w przypadku interpretacji Symfonii fantastycznej Hectora Berlioza pod dyrekcją Gabriela Chmury.

Mam nadzieję, że był to być może wstęp do współpracy z Josepem Carrerasem, którego uda się organizatorom namówić w przyszłości do występu w stylowych wnętrzach łańcuckiego Pałacu, wręcz wymarzonych dla jego z natury kameralnego głosu, gdzie mógły dać upust swym umiejętnościom interpretacyjnym w klasycznym repertuarze pieśniarskim?...

                                                                         Lesław Czapliński