Po trzech kolejnych operach, wykreowanych w mediolańskiej La Scali, Giuseppe Verdi otrzymał kolejne zamówienie, tym razem od weneckiej La Fenice. Pomyślał wówczas, że proponując libretto oparte na historii najsłynniejszego i najdłużej rządzącego doży, Francesco Foscari, sprawi miejscowej publiczności dużą przyjemność. Wykazał się jednak tutaj sporą naiwnością, gdyż nie wziął pod uwagę drażliwości weneckich notabli, którym przypominanie niezbyt chlubnej przeszłości ich przodków (brutalne pozbywanie się konkurentów politycznych) nie mogło w żaden sposób przypaść do gustu.

Ponieważ kompozytor nie cieszył się wówczas jeszcze na tyle mocnym autorytetem, aby móc narzucić dyrekcji teatru swoją wolę, był zmuszony wywiązać się ze swych zobowiązań wobec La Fenice inną operą: Ernani (według sztuki Victora Hugo). Nie oznacza to wszakże, iż zupełnie zrezygnował ze swego pierwotnego projektu, tyle tylko, że powstałe do libretta Piavego - według dramatu Byrona - trzyaktowe dzieło I due Foscari (Dwaj Foscari) zostało wykreowane nie w Wenecji, lecz w rzymskim Teatro Argentina (3 listopada 1844 roku).
Była to pierwsza współpraca Verdiego z Rzymem, po której nastąpiły jeszcze trzy inne, przy okazji kreacji w tym samym teatrze Bitwy pod Legnano oraz Trubadura i Balu maskowego w Teatro Apollo. (Warto zresztą w tym miejscu wspomnieć, że niezależnie od swych burzliwych zawirowań historycznych, miasto Rzym rozwijało w tamtych latach dosyć intensywnie swe kulturalne instytucje.)

Wracając do libretta Dwóch Foscari przypomnijmy, że chodzi tu o piętnastowieczną historię potężnego weneckiego doży, który musiał stawiać czoła spiskującemu przeciwko niemu rywalowi Petro Loredano. W celu zrealizowania niecnych zamiarów Loredano wykorzystał uczucie, jakim Francesco Foscari darzył swego syna Jacopo, oskarżając tego ostatniego o zbrodnię i zdradę. Główny problem koncentruje się zatem wokół pytania, co ostatecznie zwycięży: czy racja stanu, czy łącząca tych dwóch Foscari więź rodzinna. Powiedzmy od razu, że powtarzane często informacje dotyczące rzekomego niepowodzenia tej opery podczas kreacji są zupełnie bezpodstawne. Przeciwnie, publiczność przyjęła ją triumfalnie, chociaż przyznać też trzeba, iż to pochodzące z młodzieńczego okresu twórczości Verdiego dzieło dość szybko popadło w zapomnienie. W czasach nam współczesnych pojawia się wprawdzie od czasu do czasu na różnych scenach, ale wciąż dochodzi do tego nader rzadko. Osobiście widziałem jego realizację tylko raz - jedenaście lat temu, w brukselskim Théâtre de la Monnaie - choć przecież w europejskich teatrach operowych spędzam już od dawna mnóstwo czasu.
W tym miejscu trzeba uczciwie powiedzieć, że rację mają liczni komentatorzy, którzy krytykują słabą warstwę dramaturgiczną rzeczonej opery. Wszak już od samego początku wiemy, w jakim kierunku zmierza pozbawiona napięć, zaskakujących zawirowań czy choćby cienia tajemnicy akcja dzieła. Dość schematycznie zarysowane są też poszczególne postacie, z których właściwie żadna nie posiada jakiejś intrygującej i rozbudzającej zainteresowanie osobowości.

Natomiast wszystkie partie wokalne, wywracające zresztą do góry nogami zwyczajową hierarchię głosową verdiowskich oper, stawiają wysokie wymagania i na pewno nie pozostaje to bez wpływu na sporadyczność umieszczania Dwóch Foscari w repertuarze. Jeśli zdecydował się na to teraz dyrektor Théâtre du Capitole w Tuluzie, Frédéric Chambert, to bez wątpienia tylko dlatego, że udało mu się skompletować prezentujący najwyższy poziom casting. W partii Jacopo Foscari podziwiamy pochodzącego z Wenezueli Aquilesa Machado, którego powabny, świetnie prowadzony i pełen pasji tenor bezbłędnie pasuje do tej romantycznej, na swój sposób odważnej - choć w pasywnym stylu - postaci. Ten okrutnie potraktowany - w wyniku fałszywego oskarżenia - przez rządzącą jego ukochanym miastem Radę Dziesięciu mężczyzna wyraźnie woli zmierzyć się z więzieniem i torturami niż poddać się wyrokowi wiecznego wygnania.
Rolę jego ojca kreuje z ogromnym powodzeniem rumuński baryton Sebastian Catana, dysponujący gęsto nasyconym głosem o wprost nieprawdopodobnej mocy. Pokazuje on Dożę Francesco Foscari jako starca, który tłumi swe ojcowskie uczucia w momentach, kiedy wchodzą one w konflikt z bezlitosnym prawem Wenecji. Swojej namiętnej miłości nie ukrywa natomiast małżonka Jacopo Lucrezia Contarini, w którą wciela się pełna temperametu amerykańska sopranistka Tamara Wilson. Wreszcie zimnym i nieugiętym Loredano, konsekwentnie zmierzającym do unicestwienia Doży i jego syna, jest urodzony w Brazylii Leonardo Neiva.

Stojący na czele Orchestre national du Capitole Gianluigi Gelmetti stara się zadać kłam rozmaitym krytykom formułowanym wobec warstwy muzycznej opery Verdiego i wydobywa rozmaite walory tej partytury. Delektujemy się zatem szeroką paletą orkiestralną - często wzbogacaną eksponowanymi instrumentami dętymi: klarnetami, fletami, fagotami i trąbkami - wprowadzaniem muzyki scenicznej, wykorzystywaniem bogatych i zaskakujących harmonii czy przypisywaniem poszczególnym postaciom kojarzących się z leitmotywami tematów. Ogólnie rzecz ujmując można by powiedzieć, że Dwaj Foscari wpisują się w tradycję stylistyczną Donizettiego, eksponującą arie, potężne finały, duety i tria, wszakże dojrzewa też już tutaj oryginalny talent Verdiego, który wybuchnie z tak wielką siłą w jego późniejszych dziełach. W tej muzyce dominują dwie główne cechy: subtelność i patos.
Słuchając realizacji w Tuluzie odniosłem jednak wrażenie, że włoski dyrygent położył raczej akcent na tym drugim elemencie, co wywołało dość dotkliwy brak właśnie owej subtelności. Doprawdy szkoda, gdyż jestem przekonany, iż przy mniej ekspansywnej i żywiołowej, a bardziej zróżnicowanej interpretacji partytura Verdiego odkryła by przed słuchaczami dużo więcej niuansów i myśli muzycznych. Ogólny efekt jest wszakże konsekwencją dokonanych przez Gelemettiego wyborów.

Reżyser Stefano Vizioli postanowił uwydatnić ciemną, duszną i wypełnioną rozpaczą atmosferę tej opery, w której już od samego początku wszystko zmierza do końcowej tragedii, to znaczy do śmierci samotnego i pozbawionego oznak jakiejkolwiek czułości starca oraz jego prześladowanego syna. Pragnął też pokazać ponurą stronę ówczesnej Wenecji, w której trzymający w rękach władze dygnitarze igrali z życiem lub śmiercią swoich bezbronnych ofiar. Na płaszczyźnie wizualnej jest to widoczne zarówno w stylizowanych, ale wiernie nawiązujących do historycznych faktów strojach (Annamaria Heinreich), jak i symbolicznej scenografii Cristiana Taraborrelli, zręcznie wydobywanej reżyserią świetlną Guido Petzolda. Centralne miejsce na scenie zajmuje wielka rzeźba twarzy Francesco Foscari, zamieniająca się kolejno w więzienie, salę tronową, a na końcu przedstawienia w pogrążającą się w błotnistej wodzie ruinę. Tym sposobem Stefano Vizioli jednoznacznie przywołuje polityczną i rodzinną tragedię głównych protagonistów.
Leszek Bernat