Siedem lat temu Andrea Breth wyreżyserowała, a Daniel Barenboim zadyrygował przedstawieniem Eugeniusza Oniegina na Salzburger Festspiele i była to produkcja znakomita pod wieloma względami. Po pierwsze muzyka Piotra Czajkowskiego w wykonaniu Filharmoników Wiedeńskich pod batutą rewelacyjnego kapelmistrza skrzyła się wszystkimi barwami tęczy, od groźnych i złowrogich akordów, po leciutko zarysowane ozdobniki. Ale przede wszystkim doskonałe świadectwo sztuki wokalnej dali występujący w przedstawieniu śpiewacy. Po drugie przedstawienie w „twórczej” interpretacji reżyserki, która umieściła akcję opery, nazwanej przez kompozytora „scenami lirycznymi”, w rzeczywistości ZSRR nabrało większego dramatyzmu, wkroczyło w zupełnie inny wymiar emocjonalny.

Rzecz dzieje się zatem nie w wiejskim dworku Łarinych, ale w jakimś odrażającym kołchozie, który nosi cechy łagru, później zamiast w pałacu książęcym na partyjno-wojskowym bankiecie. Okazuje się, że tak zarysowana intryga w niewielkim tylko stopniu gryzła się z oryginalnym librettem. Najbardziej nieprawdopodobnie wypadł w tym uwspółcześnionym Onieginie pojedynek z użyciem archaicznych pistoletów skałkowych, choć słynny list do Oniegina Tatiana pisze częściowo na maszynie. Ale te inscenizacyjne zgrzyty nie zakłóciły w sumie dosyć spójnej koncepcji reżyserskiej.
Od strony muzycznej opera była wykonana absolutnie po mistrzowsku. Poczynając od postaci tytułowej – wzorowy pod każdym względem był tutaj Peter Mattei, szwedzki baryton o pięknej, wyrównanej barwie głosu, powściągliwy w stosowaniu środków aktorskich, ale także bardzo przekonujący wizualnie. Partnerowała mu wspaniale Rosjanka Anna Samuil z głosem spinto (w dramatycznych momentach), ale i delikatnym, lirycznym gdy jest taka potrzeba, by wzruszająco wykonywać rolę Tatiany. Nie jest może nieskazitelnie piękna i nie stała się tak znana, jak Anna Netrebko, ale Metropolitan Opera jak i La Scala już się o nią upominały. Także Ekaterina Gubanova urodzona w Moskwie, robi jako mezzosopran zasłużoną światową karierę, jej przypadła rola Olgi. Jako Leński wystąpił Joseph Kaiser, doskonały tenor z Kanady, który dzięki swej dobrej szkole, pięknej barwie i naturalnej, swobodnej emisji głosu mógł idealnie odgrywać rolę nieszczęsnego, trochę nieporadnego amanta. Bas Ferruccio Furlanetto, znakomitość wokalna z Italii, odpowiadał wyobrażeniom o podstarzałym radzieckim generale. Niezwykle trafnie dobrano też wykonawczynie pozostałych ról kobiecych – Łariną została niemiecka mezzosopranistka Renée Morloc mająca także spore doświadczenie w operach Wagnera, zaś do przejmującej roli niani zaangażowano Emmę Sarkissian, mezzosopranistkę pamiętającą jeszcze czasy ZSRR i występy w latach 70. jako Carmen.

Choć nagranie DVD tej inscenizacji było już emitowane przez telewizyjny kanał Mezzo, to na polskich ekranach dzięki cyklowi operowemu w Multikinie znalazło się dopiero teraz i było reklamowane jako najpopularniejsza opera słowiańska. Jedynym mankamentem tego kinowo-operowego spektaklu było zbyt głośne odtwarzanie dźwięku. Przypuszczalnie właściciele Multikina nie wiedzą, że na takie spektakle przychodzą ludzie obdarzeni dobrym słuchem, a poziom dźwięku nie powinien przekraczać tego, co można usłyszeć w prawdziwym teatrze operowym.
Joanna Tumiłowicz