To już czwarta w historii Opery Krakowskiej (działającej instytucjonalnie od 1954 roku) prapremiera polska. 25 kwietnia 2014 roku krakowską scenę wzbogaciła „Miłość do trzech pomarańczy” Sergiusza Prokofiewa. Wcześniej były „Don Kichot” Julesa Masseneta (1962), „Loteria na mężów” Karola Szymanowskiego (2007) i „Ariadna na Naxos” Richarda Straussa (2012).

Dziełem Prokofiewa zainteresowani byli jego dwaj główni realizatorzy: dyrygent i kierownik muzyczny Opery Krakowskiej Tomasz Tokarczyk (p.: Dziennik Polski 26-27.04.2014) oraz jej reżyser Michał Znaniecki (p.: Rzeczpospolita 13.04.2014). Tak więc włączenie tej opery w stały repertuar sceny krakowskiej zapewne w dużym stopniu im właśnie zawdzięczamy.

„Miłość do trzech pomarańczy” jest operą znacznie bardziej surrealistyczną, może nawet absurdalną, niż neoklasyczną, jaką bywa klasyfikowana. W zamierzeniach kompozytora była zapewne swoistym renesansem opery buffa, rezygnacją z psychologizacji bohaterów i zdecydowanym nawiązaniem w estetyce teatralnej do techniki filmowej.
Już libretto samego Prokofiewa na podstawie sztuki o tym samym tytule Carlo Gozziego oraz komedii Konstantina Wogaka, Wsiewołoda Meyerholda i Władimira Sołowiowa, prowokuje do prezentacji baśniowego nie zaś realistycznego świata. Krytyk muzyczny Józef Kański w swoim Przewodniku Operowym (PWM, 1964) przypomniał, iż opera ta ma pozycję dość osobliwą w operowym świecie, każdy bowiem meloman słyszał o tej operze i umie o niej coś niecoś powiedzieć, bardzo mało kto jednak oglądał ją na scenie.

Krytycy podkreślają wprowadzenie do dzieła pastiszu klasycznej opery, jej aluzyjność, może niekiedy i złośliwość, wreszcie ironiczne potraktowanie jej bohaterów. Sam kompozytor powiedział: próbowano dociekać, co właściwie wyśmiewam, publiczność, Gozziego, formę opery, czy tych co nie umieją się śmiać. A ja chciałem po prostu stworzyć wesołe przedstawienie (J. Jaroszewicz „Prokofiew”, PWM 1983). Światowa premiera tej opery miała miejsce w Chicago w 1922 roku. Dzieło stało się pierwsza operą , jaką w Stanach Zjednoczonych zamówiono u cudzoziemskiego kompozytora. Publiczność amerykańska przyjęła operę dobrze, krytyka nie zostawiła na niej suchej nitki.
A jak operę przyjęto w Krakowie? W tym przypadku krytyka była zgodna z oceną publiczności. Zarówno bowiem realizacja sceniczna jak i wykonawstwo wokalne i muzyczne ujawniło intencje kompozytora i znalazło zrozumienie u realizatorów. Znakomicie zarysowane postaci, szybka zmiana obrazów, a tym samym nastroju, z bardzo umiejętnym wykorzystaniem techniki filmowej (Bogumił Palewicz), umowna ale wpisana w treść i konweniująca z nią scenografia (Luigi Scoglio) – to podstawowe zalety inscenizacji.

Muzyka Prokofiewa jest zróżnicowana, barwna, chwilami wirtuozerska i tak prezentował ją dyrygent Tomasz Tokarczyk wydobywając niuanse i sola instrumentów (zwłaszcza dętych i altówek). Warto przypomnieć, iż mimo niewątpliwych walorów recepcyjnych, muzyka „Miłości do trzech pomarańczy” popularna jest dzięki zaledwie dwu częściom „Suity symfonicznej” op. 33 bis: Marszowi z II aktu (Truffaldino – Janusz Ratajczak prowadzi Księcia – Pavlo Tolstoy na bal) oraz Scherzu z III aktu (Książę i Truffaldino odnajdują pomarańcze i wyruszają w drogę powrotną).
W warstwie wokalnej Prokofiew unika zamkniętych form. Tradycyjne arie zastępują rozwijająca się melodyka, aluzyjna fraza kantyleny i raczej krótkie ariosa. Od solistów kompozytor często wymaga ekstremalnych umiejętności śpiewu. A partii solowych jest w tej operze aż 16! I wszyscy zostali dobrani bardzo trafnie i sprawdzili się aktorsko, by wymienić tylko tych, którzy mieli więcej do śpiewania: prócz już wzmiankowanych Wojciech Gierlach (Król Treflowy), Krzysztof Witkowski (Leander), Wojciech Śmiłek (Celio), Magdalena Barylak (Fata Morgana), Iwona Socha (Ninetta). Wysokie wymagania stawia też Prokofiew chórowi (koloraturowe figuracje, brawurowe glissanda doskonale wykonane prze Chór Opery przygotowany przez Zygmunta Magierę).

Wydaje się, że „Miłość do trzech pomarańczy” stanie się mocną pozycją repertuaru Opery oraz interesującym jej „obiektem eksportowym”.
Jacek Chodorowski