Bo intryga fabularna Così fan tutte oparta jest na zakładzie, dotyczącym wątpliwej rzekomo wierności kobiet, jaki bohaterowie zawierają ze starym rajfurem Alfonsem, choć w czasach Mozarta imię to nie było jeszcze znaczące, gdyż nabrało takiego wydźwięku dopiero sto lat później, za sprawą powieści Alexandre’a Dumasa-syna, w której tytułowy bohater parał się właśnie tego rodzaju zajęciem.

Mężczyźni, dla wypróbowania swych narzeczonych, udają się na sfingowaną wojnę, by powrócić w przebraniu i spróbować je uwieść. Śmieszyć może, parafrazując szydercze opinie Tuwima na temat operetki, iż narzeczeni nie poznają swoich narzeczonych, bo przywdziały inne kapelusze lub pary rękawiczek, a one z kolei ich, ponieważ zmienili krawaty lub spinki u mankietów, a w tym konkretnym przypadku przyprawili sobie wąsy, przeobrażając się w oczach służącej Despiny w równie egzotycznych Turków, co Wołochów. Ale takie są konwencje opery, zwłaszcza osiemnastowiecznej, kiedy nie przykładano zbyt rygorystycznej wagi do praw logiki i prawdopodobieństwa.
O libertyńskiej frywolności libretta świadczy aria przebranego za Albańczyka Guglielma Non siate ritrosi, który zachwala swoje męskie powaby i wdzięki, w tym kształtność nóg, a z kolei, kiedy Fiordiligi postanawia podążyć na wojnę w ślad za swoim narzeczonym, to każe Despinie przynieść sobie jego mundur, co niedwuznacznie wskazuje, że ich narzeczeni nocowali w tym domu, skoro w garderobie sióstr przechowywane były ich ubrania.

Wyjątkowo celnym w odniesieniu do całej tej intrygi wydaje się spostrzeżenie Lii Rotbaumówny, inscenizatorki tego dzieła, a która tak oto wyjaśnia mechanizm powstałej sytuacji: Miłość narzeczonych to rycerska galanteria, sentymentalna tkliwość, wszystkie ich uczucia i postępki są w „dobrym tonie” i wszystko jest zawczasu wiadome? Nowa miłość, jak ją maluje muzyka, przynosi posmak przygody, pokusy, grzechu? Przedtem siostry były zaręczone, teraz zostały uwiedzione.

Niektórzy inscenizatorzy kończą operę ślubem dziewcząt z fałszywymi Albańczykami, kiedy pary lepiej się dobrały pod względem charakterów, ale również i wysokości odpowiadających im głosów, inni odkryciem ich zdrady przez „powracających” narzeczonych, usuwając sztucznie dodany happy end, z tytułowym morałem, iż „Tak czynią wszystkie”...
W nowojorskiej Metropolitan (transmisja popołudniowego przedstawienia 26 kwietnia w krakowskim kinie „Kijów”) dekorator Michael Yeargan zasugerował, iż nieuchronnie nastanie zima w ich uczuciach, skoro stały element scenografii – plaża za domem kobiet, z żaglem okrętowym w tle – wraz z ich zdradą pokrywa się śniegiem? Ogólnie inscenizacja odznacza się dyskretną elegancją, rozgrywając się w nieco umownej scenerii, utrzymanej w stonowanej kolorystyce.

Najwięcej ożywienia do dość ospałego przedstawienia wnosi feertyczna służąca Despina w wykonaniu Daniele de Niese, szkoda tylko, że głos śpiewaczki w górze skali brzmi ostro i niewolny jest od tremolowania.

Niewątpliwie prawdziwym bohaterem spektaklu, który wywarł na mnie największe wrażenie, okazał się Matthew Polenzani, śpiewający z wielką kulturą i wrażliwością, pięknym, miękkim dźwiękiem, odwołując się do bogato zróżnicowanej skali dynamicznej, a w tym wielu odmian piana. Jego wykonanie nastrojowej arii nr 17 Un aura amorosa na długo pozostanie w uszach wdzięcznych słuchaczy. Za to znacznym wdziękiem odznaczał się Rodion Pogossov jako Guglielmo, zwłaszcza występując w przebraniu Albańczyka Scipia, które to imię we włoskiej tradycji oznacza po prostu Nieznajomego.
Bardzo ujmująco zabrzmiał w jego interpretacji duet nr 23 z Dorabellą Il core vi donno, z tzw. „serduszkiem”. Stanie się on synonimem zdrady, skoro jego motyw powróci potem w kwintecie zaręczynowym, bezpośrednio poprzedzającym finał.

Jak pod koniec poprzedniego aktu, a także w innych operach tego kompozytora, jest on łańcuchowy, polegając na nieustannych zmianach sytuacyjnych. Perypetia goni w nim perypetię, a co za tym idzie akcja zawrotnie przyśpiesza, do czego nawiąże potem Rossini ze swoim efektem crescenda.

James Levine zrazu prowadził spektakl, jak na mój gust, zbyt solennie, by nie rzec dosadniej, że flegmatycznie, preferując wolne tempa. Generalnie brakowało mu nerwu i typowego dla klasycystycznej muzyki rytmicznego pulsu. Brzmiało zbyt akademicko, a więc poprawnie, niezdolne wszelako wykrzesać żywszych uczuć, czy wzbudzić większego entuzjazmu, nie mówiąc już o niekłamanym zachwycie. W ten sposób przepadł przepiękny tercet po odjeździe narzeczonych, z eterycznymi figuracjami skrzypiec w orkiestrowym akompaniamencie. Nie można tego przypisać chorobie kapelmistrza, ponieważ kilka miesięcy temu brawurowo zadyrygował Falstaffem, nadając mu niezwykle żywe tempo.
Lesław Czapliński