Od dłuższego już czasu twórczość francuskiego kompozytora Ernesta Chaussona (Paryż, 1855 – Limay, 1899) cieszy się coraz większym zainteresowaniem, do czego, oprócz wartości muzycznej jego bogatej twórczości, przyczynili się także wybitni wykonawcy, historycy i muzykolodzy. W latach 1886-1895 Chausson pracował nad swoją jedyną operą Le Roi Arthus (Król Arthus), której kreacja miała się odbyć w Operze Paryskiej.

Wszakże śmiertelny wypadek, jakiemu uległ kompozytor podczas przejażdżki na rowerze pokrzyżował te plany. Ostatecznie rzeczone dzieło zostało po raz pierwszy wystawione w 1903 roku na scenie Théâtre de la Monnaie w Brukseli, a we Francji doczekało się do tej pory tylko jednej inscenizacji - którą miałem niegdyś przyjemność obejrzeć - w roku 1996 w Montpellier. Tym większe zatem były oczekiwania, kiedy dyrekcja Opéra du Rhin w Strasburgu zapowiedziała, iż po tak wielu latach nieobecności Króla Arthusa w repertuarze teatrów lirycznych, stworzy temu dziełu odpowiednią szansę na pełną rehabilitację. Powiedzmy jednak od razu, iż poziom zaprezentowanej we wspomnianym mieście realizacji mocno rozczarował przybyłych ze wszystkich stron miłośników opery.
Prawdą jest, że wykonanie tego dzieła wiąże się z wieloma trudnościami. Ponieważ Chausson nigdy nie miał okazji usłyszeć go na żywo, nie mógł wprowadzić do niego niezbędnych poprawek i korekt błędów, często zresztą zawinionych przez kopistów. Dlatego też każdy pochylający się dzisiaj nad tą partyturą dyrygent musi najpierw wykonać ogromną pracę przygotowawczą.

A w tym zakresie odpowiedzialny za warstwę muzyczną nowej realizacji kanadyjski kapelmistrz Jacques Lacombe wywiązał się z powierzonego mu zadania bez zarzutu. Przede wszystkim starał się wykazać, że niezależnie od mocno się tu manifestujących wpływów wagnerowskich, Chausson pragnął, na wzór innych francuskich kompozytorów z tamtego okresu, pisać muzykę osadzoną właśnie w tradycji francuskiej.

Oznacza to uprzywilejowanie zharmonizowanych z akcją atmosfer i przywiązywanie mniejszej wagi do jej spójności dramaturgicznej. Wprawdzie wzorując się na Wagnerze Chausson nie stronił od leitmotywów, ale wykorzystywał je w znacznie bardziej luźny i mniej systematyczny sposób, pilnując, aby muzyka rozwijała się swobodnie i postępowała przede wszystkim za wokalną prozodią, czyli krótko mówiąc – za tekstem. To między innymi dlatego partyturę Króla Arthusa cechuje ogromna ekspresja i dźwiękowa moc.
A to z kolei wiąże się z innym problemem dotyczącym jej wykonywania, a mianowicie z utrzymywaniem właściwej równowagi pomiędzy orkiestrą i głosami. Zdominowana w wielu miejscach przez instrumenty dęte – zwłaszcza blachę – warstwa dźwiękowa może bowiem bardzo szybko « przykryć » partie wokalne i doprowadzić do zakłócenia całej dynamiki dzieła.

Stąd też konieczność obsadzenia w głównych rolach artystów o wyjątkowo mocnych i solidnych głosach. Nadzwyczajna odporność, szeroka skala, duża siła, a zarazem pewna ruchliwość – to jednak cechy dość rzadko występujące u jednego śpiewaka. Pora zatem na podsumowanie tego, co w Strasburgu można było przy okazji tej premiery usłyszeć.

Otóż przede wszystkim czyniąca ostatnio coraz większe postępy Orkiestra Symfoniczna Miluzy wyraźnie wykonała ogromną pracę nad partyturą Chaussona, co owocuje imponującą kontrolą dynamiki, muzykalnością, zdyscyplinowaniem i umiejętnością różnicowania poszczególnych klimatów. Choć przyznać też wypada, iż brakuje jej często klarowności brzmienia i pełnego opanowania tej wymagającej, złożonej i gęstej materii muzycznej. Pomimo pewnych zastrzeżeń, to przecież właśnie orkiestra ratuje honor tej zdecydowanie nieudanej produkcji.
Wiele wątpliwości wzbudza zupełnie nietrafiona obsada wokalna przedstawienia, ze śpiewającą partię Genièvre Elisabete Matos na czele. Pomijając jej nie pasującą do roli małżonki Króla Arthusa aparycję, główny sprzeciw wywołuje zużyty już do reszty aparat głosowy. W średnicy i w dole skali Matos jest prawie zupełnie niesłyszalna, zaś kiedy z wysiłkiem atakuje górę, jej rozchwiany do granic możliwości głos sprawia odbiorcy dużą przykrość. Ten występ można śmiało określić mianem wokalnej katastrofy. Ucieleśniający tytułową postać Andrew Schroeder nie zdradza wprawdzie żadnych kłopotów z pokonywaniem trudności swojej wymagającej partii, a nawet wzbudza podziw łatwością pokonywania góry i solidnie osadzonym basem, tylko że jego niezdolność do barwienia głosu nie pozwala na stworzenie wybitnej kreacji. Rozczarowuje też Andrew Richards w roli Lancelota, gdyż jego nieustannie siłowy śpiew staje się na dłuższą metę po prostu męczący. Ostatecznie najwięcej satysfakcji sprawia solidny bas Nicolas Cavallier, występującego jako Merlin, i Bernard Imbert w roli Mordreda, bratanka Króla. To jednak znacznie za mało na to, aby porywać się na wystawienie jednej z trudniejszych pod względem wokalnym oper.

Zupełnie niezrozumiałe jest też zaakceptowanie « pomysłów » inscenizacyjnych Keitha Warnera, dziwacznych, niespójnych, a niekiedy wręcz groteskowych. Otóż podejmuje on wysoce ryzykowną decyzję przeniesienia średniowiecznej legendy do okresu Pierwszej Wojny Światowej. Po podniesieniu kurtyny okazuje się zatem, że Król Arthus jest jakimś przywódcą wojennym, a rycerze okrągłego stołu zamieniają się tym samym w siedzących w kwaterze głównej - tym razem przy zupełnie innym stole - generałów. Nad nimi powiewa trójkolorowa flaga Francji. W akcie drugim Warner zaprasza nas do jakiegoś bliżej nie określonego składu ładunków wybuchowych, zaś akt trzeci zostaje rozegrany na obracającym się wokół własnej osi posterunku medycznym, aby na koniec przenieść się na cmentarz wojskowy.
Całość kończy się u stóp symbolizującego zwycięstwo pomnika, kiedy to tytułowy protagonista pozbywa się (z pomocą pielęgniarek) wojskowego munduru i przywdziewa złożony z wielu fragmentów strój rycerski. I tak to dosłowne trzymanie się tekstu opery, o jakby nie było impresjonistycznym charakterze, wyprowadza reżysera na manowce i zachęca do serwowania nam absurdalnych i niemiłosiernie kiczowatych obrazków.

Oto bowiem posiadająca dość obfite kształty Genièvre rzeczywiście próbuje popełnić samobójstwo « wieszając się » na własnym, niezręcznie rozwijanym warkoczu, pstrokato ubrany Merlin wychyla się głową do dołu ze zjeżdżającego spod sufitu drzewka jabłonki, a w finałowej apoteozie z góry opadają kolorowe płatki kwiatów. Ten dość szeroki wachlarz wprawiających w zdumienie « koncepcji », przypominających raczej karykaturę opery niż inscenizację z prawdziwego zdarzenia, wywołuje na widowni oznaki ledwo ukrywanego zażenowania.

Na przyszły sezon zapowiedziano nareszcie włączenie Króla Arthusa do repertuaru Opery Paryskiej. W kanale orkiestry zajmie miejsce szef muzyczny tej czołowej sceny Francji Philippe Jordan, a w obsadzie wykonawców znajdą się tacy artyści jak Roberto Alagna, Sophie Koch i Thomas Hampson. Spektakl wyreżyseruje Graham Vick i chcemy wierzyć, że tym razem wstydu nie będzie.
Leszek Bernat