Co prawda nieco spóźniona, albowiem święta Bożego Narodzenia obchodzono przed trzema miesiącami. Zanim jeszcze rozpocznie się przedstawienie, poprzez przeźroczystą kurtynę przeziera widoczek z kościołem, charakterystyczny dla tego rodzaju okolicznościowych wydawnictw, na którego tle wyświetlany jest napis „Joyeux Noël” (Wesołych Świąt Bożego Narodzenia). A kolędy będą kilkakrotnie powracać na przestrzeni opery, szczególnie w finałowej scenie samobójczej śmierci tytułowego bohatera stanowiąc, za sprawą swej radosnej wymowy, ironiczny kontrapunkt wobec mających miejsce tragicznych wydarzeń.

Powszechnie przyjętym obecnie obyczajem vorgeschichte, czyli przedakcja (śmierć matki Charlotty, bohaterki opery), zostaje naocznie ukazana podczas trwania orkiestrowego wstępu. Faktem jednak pozostaje, że jej osoba nawet po śmierci zaciąży na losach postaci, albowiem Charlotta, pragnąc dochować złożonej jej obietnicy, postanawia poślubić przeznaczonego jej narzeczonego, wyrzekając się zarazem Wertera, którego darzy uczuciem. Stanie się to powodem jego samobójstwa.
Co ciekawe, sam pisarz, przeżywszy podobny zawód miłosny, uwolnił się od niego poprzez przeniesienie go w sferę fikcji literackiej, natomiast zaraził podobnymi skłonnościami licznych czytelników, gdy jego powieść zyskała rozgłos i popularność, stając się wyrazem nastrojów epoki. Werter stał się bowiem wzorem romantycznego kochanka.

Do pewnego stopnia opera Jules’a Masseneta posiada jednego, tytułowego protagonistę, który, będąc naturą o wyjątkowej wrażliwości oraz skłonności do samoudręczeń, tworzy dla swych rzeczywistych i wyimaginowanych cierpień istne theatrum, do którego należeć będzie i ten ostateczny, samobójczy gest. W przedstawieniu w Metropolitan Opera w głębi dekoracji do trzeciego aktu, odsłoni się pod jego koniec, niczym wewnętrzna scena, pokoik tytułowego bohatera, w którym rozegra się ostatni akt dramatu.

Stąd też pozostałe postacie, łącznie z Charlottą, odgrywają jedynie wyznaczone im przez niego role. Rodzajowe tło współtworzą natomiast między innymi Johann i Schmidt, para charakterystycznych opojów, wyznawców Bachusa i poświęconych mu trunków, których pochwałę wygłaszają w kontrapunktycznej formie.
Jonas Kaufmann jako Werter wykorzystuje ogromną paletę środków wokalnego wyrazu, odwołując się do szerokiego spektrum dynamicznego: od pianissima, poprzez różne odmiany sotto voce, a w przypadku opery francuskiej należałoby powiedzieć la voix basse, a kiedy trzeba sięgającego po forte, ale nigdy nie nadużywane i nie sprawiające wrażenie hałaśliwości czy wysilenia. Od zaledwie nucenia i śpiewania falsetem w dwóch pierwszych ariach „O Nature, pleine de grâce” oraz „Lorsque l'enfant revient d'un voyage”, dzięki czemu dochodzą do głosu wszelkie, zawarte w nich odcienie liryzmu, po operowanie w górnym rejestrze pełnym głosem w tej najefektowniejszej i najpopularniejszej „Pourquoi me réveiller douce brise du printemps?”, do słów wiersza Osjana.

Dziwi zatem niepotrzebne nadużywanie przesadnego aktorstwa scenicznego. Po co stroi miny, skoro dysponuje tak znakomitym instrumentem aktorskim jak głos, z którego potrafi czynić niezrównany i wszechstronny użytek?
Dzielnie mu sekundowała, zwłaszcza w dwóch ostatnich aktach Sophie Koch jako Charlotta. Co prawda jej mezzosopran nie odznacza się rozległym wolumenem, nie posiada też ciemnego zabarwienia w dole skali, a dramatycznego brzmienia w górze, za to zdolny jest przydać śpiewowi odpowiedni koloryt uczuciowy.

Oboje dali popis dramatycznej ekspresji, a zarazem ich głosy były idealnie zestrojone brzmieniowo w zamykającym operę duecie. Śmierć postrzelonego Wertera to chyba najdłuższe operowe umieranie, tym bardziej niewiarygodne, że długie frazy massenetowskie sprawiają, że dawno powinno zabraknąć mu oddechu, albowiem nie ma kiedy go zaczerpnąć, przez co w środowisku śpiewaczym kompozytor zyskał opinię przyprawiającego wykonujących go artystów o rozedmę płuc.

Jules Massenet to największy obok Rossiniego i Dvořáka melodysta, a przy tym znakomity orkiestrator, francuskim zwyczajem przywiązujący dużą wagę do barw instrumentalnych, sprawiających, że akompaniament znacznie wykracza poza czysto funkcjonalny charakter dostarczenia śpiewakom oparcia harmonicznego, walnie przyczyniając się do wywołania odpowiedniej aury emocjonalnej i towarzyszącego akcji klimatu, na przykład we wspomnianej arii Wertera.
Tę jego rolę w pełni wydobył sprawujący muzyczne kierownictwo Alain Altinoglu, nigdy jednak nie wysuwając się na pierwszy plan przed wokalistów, zachowując w tym względzie odpowiednie proporcje. Mimo turecko brzmiącego nazwiska jest to kapelmistrz pochodzenia ormiańskiego.

Sielskość i malowniczość niemieckiej prowincji i jej landszaftów dominuje w pierwszej części, złożonej z dwóch aktów, w drugiej, również w scenerii znajdują odbicie ciążące nad postaciami tragiczne namiętności. Reżyser i dekorator wiernie podążają za wskazówkami libretta i w przestrzeń akcji wprowadzają rekwizyty, o których jest mowa, na przykład w trzecim akcie klawesyn w domu Charlotte, czy bożonarodzeniowy wieniec, kiedy w wigilijny wieczór powraca Werter. Nic też nie odciąga uwagi od samej muzyki, ani nie utrudnia śpiewakom w skupieniu się nad należytym wykonaniem wymagających zadań wokalnych. A zatem mamy do czynienia ze sprawną i funkcjonalną reżyserią, nie roszczącą sobie ambicji do odkrywania i wyznaczania nowych horyzontów inscenizacyjnych.
Lesław Czapliński