Alfred Schnittke do awangardy muzycznej nie należał, uprawiał muzykę przystępną, eufoniczną, choć dawał też świadectwa, że żyjemy w XX wieku i otacza nas zupełnie inna kultura akustyczna niż 100 lat wcześniej.

Przykładem takiego dzieła jest jego „Requiem” na 5 głosów solowych, chór i dosyć oryginalnie złożony zespół instrumentalny, z ogromnie rozbudowaną perkusją, organami, fortepianem, czelestą, jednym puzonem i dwiema gitarami elektrycznymi. Utwór ten zaprezentowały zespoły Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Jacka Kaspszyka. Głównym bohaterem był tutaj chór intonujący główne wersy mszy żałobnej w sposób przejrzysty i umiarkowanie wyrafinowany. Mieliśmy nieco eklektyczny przegląd stylów, próby naśladowania „na sposób rosyjski” chorału gregoriańskiego, ślady polifonii, przykłady imitacji, ale także echa muzyki cerkiewnej, a nawet melizmatów zaczerpniętych z muzyki Wschodu.
Solo tenorowe w wykonaniu solisty moskiewskiego Teatru Bolszoj Vsevoloda Grivnova do złudzenia przypominało arię z opery „Sadko” Rimskiego-Korsakowa. Interesująca jest historia powstania dzieła. Ponieważ w b. ZSRR pisanie muzyki religijnej, a tym bardziej odnoszącej się do obrządku łacińskiego nie było mile widziane Schnittke (w Encyklopedii Muzycznej PWM występuje jeszcze w typowej transkrypcji z rosyjskiego jako Sznitke) należący etnicznie do tzw. Niemców nadwołżańskich użył ciekawego wybiegu, „Requiem” powstało jako muzyka do teatralnego spektaklu „Don Carlosa” Schillera i taka adnotacja do dziś widnieje w partyturze dzieła, choć w 1975 roku do premiery spektaklu wcale nie doszło. Dzieło zrobiło karierę zupełnie niezależnie od teatru. Jacek Kaspszyk nadał kompozycji surowe brzmienie, wiejące na słuchaczy chłodem prosto z Syberii.

W drugiej części koncertu estrada Filharmonii wypełniła się muzykami rozmieszczonymi według staroświeckich kanonów, z pierwszymi skrzypcami po lewej i drugimi po prawej stronie, co paradoksalnie w tym miejscu jest czymś nowym. IV Symfonia Mahlera, dzieło pogodne, taneczne, pełne optymistycznych skojarzeń, zabrzmiała w sposób potoczysty i barwny, doskonale zróżnicowany dynamicznie, poszczególne epizody rozwijały nie tylko napięcie emocjonalne dzięki umiejętnemu prowadzeniu przez dyrygenta, ale również z powodu dużej dyscypliny w poszczególnych sekcjach instrumentów, które od absolutnego piana w trakcie jednej frazy dochodziły do potrójnego forte.
Solistką w IV Symfonii była światowej sławy sopranistka Elżbieta Szmytka, która swoim lirycznym głosem potrafiła stworzyć wrażenie marzącego dziecka, a dzwonki pojawiające się w orkiestrze dodawały autentyczności tej symbolicznej jeździe saniami przez bajkowy krajobraz.

Na marginesie koncertu Schnittke-Mahler wypada wyrazić żal, że nie udało się zrealizować wstępnych zamierzeń Maestro Kaspszyka, aby koncert ów wzbogacić o wystawę prac plastycznych Zdzisława Beksińskiego, nie doszło też do skutku wykonanie inspirowanego twórczością malarza utworu „Obraz 1929” Justyny Kowalskiej-Lasoń. Szkoda, bowiem muzyka (najbardziej abstrakcyjna ze sztuk) wykazuje liczne asocjacje innymi dziedzinami sztuki, poezją, teatrem, plastyką i niekiedy jej zrozumienie jest prostsze i szybsze, gdy słuchaczowi przedstawi się nietypową drogę dotarcia do sedna tej najpiękniejszej ze sztuk
Joanna Tumiłowicz