Przegląd nowości

„Hrabia Ory” w Opéra national de Lyon

Opublikowano: środa, 05, marzec 2014 19:08

W porównaniu ze stale obecnymi na afiszach operowych Kopciuszkiem i Podróżą do Reims Rossiniego, jego dwuaktowa opéra-comique Hrabia Ory pojawia się w programach teatrów lirycznych zadziwiająco rzadko i doprawdy okazjonalnie. Na przykład w Paryżu wystawiono ją po raz ostatni już jedenaście lat temu, w reżyserii Jérôme’a Savary’ego, zaś w Operze Lyońskiej jej ówczesny dyrektor muzyczny John Eliot Gardiner poprowadził to dzieło w roku 1988 (!) i od tamtej pory nie doczekało się ono na tej prestiżowej przecież scenie ani jednego wznowienia. Trzeba było zatem czekać aż ćwierć wieku na to, aby obecny szef lyońskiej placówki Serge Dorny zaproponował widzom nową inscenizację owego muzycznego klejnotu (przygotowaną w koprodukcji z mediolańską La Scalą), którą powierzył świetnie się w tego typu repertuarze czującemu Laurentowi Pelly.

Hrabia Ory 1

Przypomnijmy, że po przybyciu do Paryża Rossini dogłębnie analizował gusty i upodobania francuskiej publiczności, przygotowując wprowadzenie do swego kompozytorskiego stylu takich zmian, które by mu pozwoliły powalić widzów znad Sekwany na kolana. To prawda, że pisząc Hrabiego Ory włoski twórca wykorzystał liczne fragmenty z Podrózy do Reims, opery skomponowanej w 1825 roku z okazji koronacji Karola X, która pomimo dużego sukcesu została wówczas zdjęta z afisza zaledwie po trzech przedstawieniach.


Owe zapożyczenia stanowią niemalże połowę rzeczonego dzieła. Na przykład w akcie pierwszym zaledwie wstęp orkiestrowy oraz duet Hrabiego Ory z paziem Izolierem zostały napisane specjalnie dla tej opery. Ale już w akcie drugim proporcje są odwrócone, gdyż tylko duet Hrabiny Adeli z Hrabią Ory oraz aria Rimbauda pochodzą z Podróży do Reims. Niezależnie jednak od tej kompozytorskiej „kuchni”, trudno oskarżyćRossiniego o wtórność, mamy tu bowiem do czynienia z partyturą oryginalną, frapującą odżywczą świeżością, z pewnością kapryśną, ale jakże błyskotliwą. Właściwie wbrew figurującemu na partyturze określeniu nie jest to opéra-comique czy opera buffa w pełnym znaczeniu tych terminów, lecz nowa forma zbliżająca się raczej do grand-opéra. O ile bowiem w Cyruliku Sewilskim Rossini inspirował się obyczajami i gustami publiczności włoskiej, o tyle musująca jak szampan, nieposkromiona i pełna polotu muzyka Hrabiego Ory doskonale odzwierciedla odczucia i mentalność publiczności francuskiej.

Hrabia Ory 2

Po nieudanej realizacji Purytanów w paryskiej Opéra-Bastille (omówionej na tych łamach 2 grudnia 2013 roku), Laurent Pelly udowadnia raz jeszcze, iż jego inscenizatorska wyobraźnia i inwencja ujawniają się najpełniej w dziełach o nieco lżejszej, komediowej konwencji. Wyrywa on Hrabiego Ory z tradycyjnie mu przypisywanego średniowiecznego kontekstu, przenosząc komiczno-sprośną akcję do czasów nam współczesnych.


Pierwszy akt rozgrywa w pomieszczeniu przypominającym urządzoną w sali gimnastycznej świetlicę. Przebywające w niej samotne dziewice i białogłowy, o których jest mowa w libretcie, są tutaj śmiertelnie nudzącymi się przedstawicielkami burżuazyjnego towarzystwa z eleganckich dzielnic Paryża. Nie czekają one już na uczestniczących w wyprawie krzyżowej mężów, lecz na biorących udział w misji w Afganistanie żołnierzy (tych ostatnich przywołują projekcje wideo, na których widzimy pokazywane nam w niemalże każdym dzienniku telewizyjnym ujęcia walczących z talibami patroli).

Hrabia Ory 3

Zajmujący plastikowe krzesła goście przybywają na spotkanie z Hrabią Ory, przyjmującym na tę okoliczność postać hinduskiego wędrownego ascety ze splecionymi włosami i długą brodą, rzekomo świętego człowieka spieszącego z dobrymi radami dla każdego potrzebującego pomocy. Oszukani w ten sposób uczestnicy tego seansu zbiorowej psychoterapii przepychają się torując sobie drogę do nieznajomego zbawiciela. Ich czujności nie wzmaga nawet fakt, że ów promieniujący fałszywą dobrocią sadhu ze szczególnym upodobaniem obmacuje i przyciąga do siebie kobiety, odpychając jednocześnie osobników rodzaju męskiego. Ostatecznie niecne zamiary rozpustnego huncwota zostają pokrzyżowane przez demaskującego go Preceptora i pazia Izoliera. Hrabina Adela, ukazana jako podszyta hipokryzją nimfomanka, przybywa eleganckim samochodem i dzieli się ze zgromadzeniem uparcie trawiącym ją smutkiem.


Z kolei w akcie drugim przenosimy się do prywatnych wnętrz zamku Formoutiers. Za sprawą zmyślnie wykorzystanego mechanizmu scenicznego przesuwają się one przed oczami widzów, pozwalając kolejno obserwować protagonistów w salonie, sypialni, kuchni, a nawet w toalecie, w której zadzierająca do góry suknię Hrabina zręcznie zasiada na sedesie. Pomysłowo zaprojektowana przez Pelly’ego scenografia, celnie charakteryzujące poszczególne postaci stroje i dynamicznie prowadzona gra świateł wzbudzają duże i szczere uznanie. Omawiany spektakl jest wszakże przede wszystkim błyskotliwym popisem sprawności reżyserskiej w zakresie precyzyjnego i niebanalnego ustawienia działań aktorskich. Ekstrawaganckie pozy i świętoszkowate miny Hrabiego Ory, rozhisteryzowana i zarazem wysoce komiczna gestykulacja Hrabiny Adeli czy widok przebranych za siostry zakonne krzyżowców, którym spod habitów wystają owłosione nogi, wywołują na widowni niepowstrzymane salwy śmiechu. Hrabia Ory 4

Laurent Pelly po mistrzowsku wykorzystuje talent aktorski biorących udział w tej nowej inscenizacji solistów. Jej mocno świecącymi gwiazdami są porywająca niebywałą vis comica oraz świetnie opanowanym sopranem koloraturowym Désirée Rancatore w roli znerwicowanej i wyraźnie niezaspokojonej erotycznie Hrabiny Adeli. W partii tytułowej występuje z powodzeniem rosyjski tenor Dmitry Korchak, z dużą dozą komizmu ukazujący perwersje i niepohamowany temperament seksualny Hrabiego Ory.


W postać zakochanego i sprytnego pazia Izoliera wciela się szwajcarska mezzosopranistka Antoinette Dennefeld, rolę Ragonde kreuje dysponująca dużym doświadczeniem scenicznym Doris Lamprecht, zaś Raimbaud - nieodłącznym towarzyszem Hrabiego - jest niezawodny baryton Jean-Sébastien Bou. Do wysokiego poziomu obsady przyczyniają się ponadto bas Patrick Bolleire (Preceptor) i sopranistka Vanessa Le Charlès (Alicja). Entuzjazm publiczności wywołuje też zaangażowanie, ogromne poczucie humoru i wokalna perfekcja techniczna miejscowego chóru.

Hrabia Ory 5

Za pulpitem dyrygenckim stoi nietypowo odziany (czarna i błyszcząca koszulka z krótkimi rękawami, obcisłe spodnie, skórzane kozaki) włoski kapelmistrz Stefano Montanari, prowadzący całe przedstawienie solidnie i czujnie, nieco jednak rozczarowujący brakiem niezbędnej w tej muzyce odrobiny szaleństwa i polotu. Wszak zgodnie z zamierzeniem Rossiniego orkiestra musi nas tutaj olśniewać i czarować, musi szemrzeć i dialogować, śmiać się, wyśpiewywać radość, modlitwę i miłość. W jej interpretacji wdzięk, subtelność, żywotność i ciągłe różnicowanie efektów powinno nas przyprawiać o zawrót głowy i zanurzać w niemalże hipnotycznym stanie. Tego wszystkiego - szczególnie w pierwszej części spektaklu - dotkliwie zabrakło i dlatego ta pozbawiona odurzających woni dźwiękowych realizacja muzyczna nie nadążała za lekką i porywającą wizją sceniczną Pelly’ego. Szkoda tym większa, że Orkiestra Opery Lyońskiej jest zespołem o wprost niewyczerpanym potencjale i ogromnych możliwościach artystycznych. W tym przypadku jednak do końca nie wykorzystanych.

                                                                       Leszek Bernat