Filharmonia Narodowa w sposób przynależny jej posłannictwu oddaje cześć zmarłemu 29 grudnia ub. roku wybitnemu twórcy muzyki Wojciechowi Kilarowi. Dobrze służył temu celowi koncert oratoryjny, którego większą część stanowiły dzieła o wyraźnie sakralnym charakterze. Wieczór jednak rozpoczęło wykonanie kompozycji samego Kilara z wcześniejszego okresu jego twórczości, kiedy autor ten był jeszcze zwolennikiem modernistycznych eksperymentów brzmieniowych i zbliżonych do dodekafonizmu konstrukcji muzycznych. Springfield Sonnet z 1965 roku miał swe prawykonanie na tej samej estradzie za czasów dyrekcji Witolda Rowickiego.

Krótkie dzieło doskonale opisywało atmosferę wiosennego przebudzenia przyrody, oczywiście nie w sposób dźwiękonaśladowczy, ale operując zmiennością nastrojów, swoistą dramaturgią, która począwszy od bardzo dyskretnych „sygnałów” dźwiękowych rozwija się w pełne rozedrgania i dynamiki orkiestrowe universum przypominające finał skomponowanego znacznie później genialnego utworu „Krzesany”. Bardzo interesującą rolę przeznaczył kompozytor sekcji perkusyjnej, która w centralnej części utworu ma swoją „solówkę”. Jak bardzo zawodne są jednak „wiosenne skojarzenia” pokazuje informacja mówiąca, iż w partyturze utworu kompozytor umieścił końcowy fragment poematu Walta Whitmana Hushd Be the Camps To-Day, dedykowanego prezydentowi USA Abrahamowi Lincolnowi, który 17 lat swego życia spędził w Springfield (w stanie Illinois). W 1865 zginął on z rąk zamachowca - dokładnie 100 lat przed powstaniem utworu Wojciecha Kilara. Kompozytor chciał najwyraźniej byśmy zapamiętali tę datę.
Kolejnym utworem była Msza op. 68 Krzysztofa Meyera, który jako kompozytor bieżącego sezonu koncertowego FN (na 70. urodziny twórcy) prezentowany jest warszawskiej publiczności w szerokiej formule retrospektywy. Pomysł znakomity, bo nie ulega kwestii, że bogaty dorobek naszych najwybitniejszych twórców muzyki jest w ogromnej większości mało znany, a nie każdy ma takich promotorów i zdolności organizacyjne jak choćby Krzysztof Penderecki. Wsparcie czołowej kulturalnej instytucji państwowej traktować trzeba zatem w kategoriach ważnej misji społeczno-edukacyjnej. Msza Meyera jest ponoć dziełem, któremu kompozytor poświęcił najwięcej pracy.

Pisał je ok. 10 lat, utwór zresztą zmieniał w tym czasie swoją formułę. Początkowo wykonawcami mieli być chór mieszany i organy, później dołączyła także orkiestra. Powolne kształtowanie się obrazu dzieła widać i słychać w dzisiejszej, ostatecznej już postaci. W kompozycji występują partie wyłącznie z chórem i organami, orkiestra dopełnia brzmienia w Credo, Sanctus. Ważniejszy od użytego instrumentarium jest jednak obraz brzmieniowo-melodyczny Mszy, w której ścierają się rozmaite wątki stylistyczne. Kyrie zaczyna się w surowej średniowiecznej harmonice, później wspierane jest przez instrumenty dęte blaszane jakby z jakiejś kapeli wawelskiej piastowskiego władyki, organy zaś w Sanctus wiodą z głosami śpiewanymi dialog w konwencji Messiaena.
Chór proponuje polifonię neobarokową, traktowaną z dużym chłodem, rezerwą, a miejscami agresywnością i brutalnością. Można powiedzieć, że mamy tutaj podróż muzyczną przez epoki, bo Grzegorz Michalski, autor drukowanego komentarza w programie koncertowym, wspomina, że Meyer wykorzystał w utworze także jakoweś „niderlandzkie sztuczki”. Wiadomo, że kompozytor bardzo swobodnie porusza się w rozmaitej stylistyce, o wiele szerzej zakrojonej niż jego „wyprawy” w czasy Mozarta, a także Szostakowicza. Można zapytać, jaki jest jego własny styl muzyczny i chyba nie otrzymamy jednej odpowiedzi. Z pewnością kompozytor przyswoił dobrze język współczesny i korzysta z dorobku XX wieku w tej dziedzinie, choć nie należy ani do awangardy, ani do konserwatystów. Potwierdzeniem tej konstatacji była także wykonana przez Ivana Monighettiego i Cedrica Pescię kilka dni wcześniej II Sonata na wiolonczelę i fortepian, która oscylowała między postromantyczną nostalgią a wirtuozowskim ekspresjonistycznym i turpistycznym dramatyzmem.

Drugą część koncertu prowadzonego z ogromną wrażliwością i zrozumieniem istoty muzyki przez maestro Jacka Kaspszyka wypełniło oratorium Antonina Dworzaka „Stabat Mater”. Kompozytor w tym roku też ma rocznicę – 110. lecia śmierci i to z pewnością przyniesie wzmożone zainteresowanie nim instytucji muzycznych.
W tym ogromnie melodyjnym dziele, pełnym sielskiego spokoju, ale także z kilkoma dramatycznymi kulminacjami wystąpiło czworo solistów (nowy dyrektor FN ma chyba dobrą rękę do obsadzania w partiach solowych solistów obdarzonych dobrymi głosami). Partię sopranu śpiewała miękko, lirycznie, wrażliwie solistka z Niemiec Susanne Bernhard. Dla jej głosu jedynie emocjonalne kulminacje z grającą forte orkiestrą mogły być próbą sił. W partii mezzosopranu wystąpiła jak zawsze niezawodna Anna Lubańska, która była najlepszą solistką wieczoru.

Tenor Tomas Cerny (Czechy) zadziwiał miękkimi „sielankowymi” solówkami piano, gdzie śpiewał niemalże białym głosem, czysto, prawie bez wibracji. Wojciech Gierlach w partii basowej pokazał znakomitej jakości głos, prowadzony wyrównaną emisją we wszystkich rejestrach, choć tony najniższe były słabiej słyszalne. Odpowiedzialne zadanie miał też Chór Filharmonii Narodowej przygotowany przez Henryka Wojnarowskiego, wykazujący perfekcyjne przygotowanie materiału muzycznego, czujne poddawanie się koncepcji dyrygenta, ale zarazem słyszalne w najwyższych tonach sopranów niedostatki wolumenu, a czasami przesterowanie. W całości wykonanie pięknego dzieła Dworzaka zostało nagrodzone stojącą owacją.
Joanna Tumiłowicz