Spektakl Cyrulika sewilskiego w Teatrze Wielkim w Łodzi jest skazany na sukces już od pierwszych sekund uwertury. Na ekranie bowiem pojawia się szalenie barwna, animowana czołówka niby filmu, rysunkowego komiksu, w którym przedstawiane są postacie tej komedii, i przy każdej pojawia się jej cień.

Ten szczegół jest, jak się okazuje częścią koncepcji inscenizacyjnej młodej reżyserki Natalii Babińskiej, która zamiast przenosić akcję spektaklu do współczesności umieściła perypetie bohaterów Beaumarchais w krainie pociesznych krasnoludków. Ich czarne cienie to nie tylko okazja do zatrudnienia dodatkowej „obsady” wykonawców, ale swoista projekcja marzeń każdego krasnoludka.
Konwencja staroświeckich zakazów i mechanizmów finansowych, konwencja flirtowania za pomocą liścików, czy zamykania kochliwej panienki na wielką kłódkę pasuje jak ulał do wyimaginowanego świata komiksowych ludzików, na pewno bardziej przylega do świata artystycznej wyobraźni niż do społeczeństwa obywatelskiego A.D. 2014.

Bohaterowie poruszają się jak kukiełki a w rozróżnianiu ich intencji pomagają jaskrawe kolory prosto z tubki. Żółte kostiumy to zakochani, Rozyna i Hrabia Almaviva, białe to Doktor Bartolo i jego służba, granatowi to wojsko, a czerwony jest intrygant i muzyk Don Bazylio, i jego niby-uczeń Don Alonso. Wszyscy mają „znaczące” kapelusze-fryzury, większe niż sama głowa. Brawa dla autorki kostiumów Julii Skrzyneckiej. Nie zapomniano też o kostiumie dla tytułowego Cyrulika – on włada wszystkimi kolorami, to znaczy kręci wszystkimi i może się z każdym porozumieć.
O ile część wizualno-sceniczna jest spójna, bez zarzutu wykonana w teatralnych pracowniach i wspomagana dziesiątkami pomysłowych „płaskich” rekwizytów, o tyle sfera muzyczna wymaga dodatkowego komentarza. Kierownictwo i batuta Eralda Salmieri’ego sprawiły, że melodie płyną swobodnie, a tempa są lekkie, jak to u Rossiniego. Czasem nawet soliści muszą gonić za uciekającymi skrzypcami, ale nikt nie powie, że orkiestra dominuje nad śpiewakami. Wokalnie Il Barbiere jest testem na technikę śpiewu i umiejętność operowania głosem w koloraturach.
W tej kategorii mistrzostwo pokazali dwaj panowie, Grzegorz Szostak i Aleksander Teliga, Bartolo i Bazylio, a pierwszy z nich dał jeszcze przykład wzorowego śpiewu parlando. Dość pozytywnie wypadły obie panie – Bernadetta Grabias i Patrycja Krzeszowska, Rozyna i Berta. Oczywiście pierwsza miała rolę większą, trudniejszą, ale druga nawet w ansamblach pokazywała, że jej sopran wychodzi na prowadzenie, choć obu może przydałoby się jeszcze trochę emisyjnego szlifu. Dobrego głosowo Patryka Rymanowskiego wstawiono do peryferyjnej rólki służącego Fiorella. Szczególne słowa podziwu należą się czołowym postaciom męskim.

Tytułowy Figaro Tomasz Rak występuje gościnnie, bo specjalizuje się w musicalu i operetce. Wizerunkowo jest idealny, głosowo daje radę, choć do nagrania na CD trzeba jeszcze poćwiczyć, dopracować prawidłowe operowanie oddechem i nie pokrzykiwać na wyższych dźwiękach. Gościnnie śpiewa też Almaviva z Urugwaju Leonardo Ferrando. To typowy tenor liryczny o niezbyt pięknym tembrze, który bardziej ukochał biegniki i koloratury od estetyki technicznego śpiewu, taka Cecilia Bartoli w spodniach. Na jego specjalne życzenie dołożono popisową arię w IV akcie, którą tradycyjnie się pomija w rutynowych przedstawieniach. Na szczęście nie zaszkodziło to całości spektaklu, bo tylko o kilka minut oddaliło finałowe kuplety. Zasłużonym owacjom nie było końca, dyrygent chciał nawet zarządzić bis, ale Teliga-Bazylio zrobił niechętną minę, bo we wszystkim potrzebny jest umiar.
Joanna Tumiłowicz