Przed Jolantą i Judytą mężczyźni ukrywają pewne tajemnice. Ojciec nie dopuszcza do córki wiadomości o jej ślepocie, a nawet zataja fakt, że sam jest królem. Książę Sinobrody i mąż Judyty z kolei nie chce ujawnić, co znajduje się w komnatach jego zamku. Obie historie połączył w jedną całość Mariusz Treliński w spektaklu w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, a Borys Kudlicka wspomógł go swą koncepcją scenograficzną.

Efekt zachwycił publiczność warszawską, ale celem ostatecznym jest podbój Nowego Świata i najsłynniejszej opery Metropolitan. Wierzymy, że się powiedzie, ale już samo zaproszenie polskiego reżysera i scenografa do Nowego Jorku jest wielkim sukcesem. Naszym artystom pomóc może także udział w przedsięwzięciu Valerego Gergieva, rosyjskiej gwiazdy dyrygentury. W warszawskim przedstawieniu, które miało miejsce ponad rok przed nowojorską premierą, gros pracy za Gergieva wykonał młody kapelmistrz z Libanu Bassem Akiki, który z polskimi scenami operowymi współpracuje już z powodzeniem od kilku lat. Zarówno linearna symfonika Piotra Czajkowskiego, jak i kolorystyczno-etniczne pomysły Beli Bartoka nie stanowiły dla niego przeszkody, a dodatkowo dowiódł, że ma dobre wyczucie specyfiki śpiewu operowego, fermat i kulminacji wokalnych.
Robotę popsuły trochę niezdarne próby sztucznego nagłośnienia niektórych solistów w pewnych momentach, w rezultacie część fraz w wykonaniu śpiewaków o słabszych głosach zagłuszała orkiestra. Strona muzyczna „Jolanty” i „Zamku Sinobrodego” stała jednak ogólnie na wysokim poziomie.

W rosyjskiej operze prym wiedli soliści ze Wschodu. Zwłaszcza rola tytułowej Jolanty dzięki Tatianie Monogarovej była bliska doskonałości, artystka ma zresztą w repertuarze dwie najważniejsze partie z dzieł Czajkowskiego, Tatianę w „Onieginie” i Lizę w „Damie Pikowej”. Monogarova posiada głos, który umiejętnie przeprowadza z tonów lirycznych do patetyczno-dramatycznych.

Z partnerujących jej śpiewaków najlepiej spisali się Sergei Skorokhodov jako Vaudemont, choć jego tenor nie należał do najpiękniejszych, i Mikołaj Zalasiński jako Książę Robert, wykonujący nienagannie swą dynamiczną arię wychwalającą narzeczoną Matyldę. Ważną rolę Króla Rene powierzono Alexiejowi Tanovitskiemu, którego mocny bas prowadzony siłowo, wydawał się zbyt ostry, agresywny i mało szlachetny. I choć skala i wolumen dobrze pasowałby do postaci Borysa Godunowa, to barwa tak prowadzonego głosu byłaby przeszkodą w tej roli. Rozczarował mnie trochę słabo słyszalny Edem Umerov w roli mauretańskiego lekarza i śpiewający dość bezbarwnie bas Jacek Janiszewski w roli Bertranda.
Z drugoplanowych postaci żeńskich wyróżnić wypadałoby Agnieszkę Rehlis w roli niani. Bardzo przyzwoicie spisał się też Chór Opery Narodowej, który w finale dopełnił brzmienie całej dosyć licznej obsady solistów.

Próba uczynienia horroru ze szczęśliwie kończącej się bajki powiodła się tylko połowicznie. Jolanta więziona przez ojca w ciasnym pokoiku z gołą żarówką zwisającą z sufitu, czarno-białe kostiumy i szare dekoracje, które nie nabierają żywszych kolorów mimo, że księżniczka odzyskuje wzrok, trochę hamowały entuzjazm wprowadzony w muzyce przez kompozytora. Pełen patosu finał wzbogacono nieco odpustową ozdobą z promieniście rozchodzącymi się snopami światła, przywodzącą na myśl prowincjonalne fotografie ślubne.

Pod względem scenicznym lepiej do konwencji dreszczowca nadawała się historia o Judycie i Księciu Sinobrodym. Zamysł reżyserski wspierała tutaj zarówno pojawiająca się kilka razy projekcja wideo jakiegoś upiornego korytarza i nagrane na taśmę zgrzytanie zawiasów, będące wątpliwym „prezentem” inscenizatorów dla miłośników muzyki Beli Bartoka.
Mimo, że niektóre pomysły aranżacji kolejno otwieranych przez Judytę zamkowych komnat mogły się wydawać dziwne a nawet komiczne – w skarbcu Sinobrodego zamiast klejnotów stała wanna, w której zobaczyliśmy nagą Nadię Michael znakomicie śpiewającą i realizującą aktorsko rolę Judyty, zaś zamiast zamkowego ogrodu znaleźliśmy się w przestronnym salonie – to jednak koncepcja tej opery wydawała się o wiele bardziej spójna i logiczna. Równorzędnym partnerem dla Judyty okazał się kreujący rolę Sinobrodego izraelski baryton Gidon Saks.

Oboje soliści śpiewający w języku węgierskim, a także wypowiadający po węgiersku kilka kwestii na wstępie polski aktor Jan Frycz umiejętnie stworzyli atmosferę niesamowitości i grozy, którą rozpraszały nieco ukazujące się na tablicy świetlnej tłumaczenia libretta na polski i angielski. Zdziwienie mogły też budzić pokazujące się w finałowej scenie pozostałe żony Sinobrodego w liczbie pięciu, wymienione w obsadzie z imienia i nazwiska, choć niczego nie śpiewały i nie wykonywały żadnej skomplikowanej akcji scenicznej. Szóstą żonę imitował ubrany w turkusową suknię manekin zaś siódma, Judyta, żegna się ze swym mężem dołączając do snujących się po lesie widm. Rozwinięcie interpretacji legendy o Judycie, Sinobrodym i jego tajemniczym zamczysku znaleźć możemy w wydanym przy okazji premiery w serii Biblioteka Teatru Wielkiego – Opery Narodowej zbiorku esejów pt. „Dziedzictwo Sinobrodego, Śmierć i tajemnice, od Bartoka do Hitchcocka”.
Joanna Tumiłowicz