Ewa Warta-Śmietana, dotychczas była znana głównie w środowisku krakowskim, jako znakomita śpiewaczka, a także organizatorka i animatorka życia kulturalnego. Za pośrednictwem Fundacji CZARDASZ działa głównie na rzecz popularyzacji muzyki operetkowej, na przestrzeni dziesięciu lat odnosząc na tym polu spektakularne sukcesy.

Nadszedł wreszcie czas na podbój stołecznej publiczności – i to od razu mocnym wejściem. Wybór padł bowiem, ni mniej, ni więcej, tylko na musical – a więc kolejny „etap rozwoju” formy muzyczno-teatralnej. Nie był to jednak w żadnym wypadku samobójczy rajd na nieznany teren. Wręcz przeciwnie: grunt do przedsięwzięcia Pani Ewa przygotowywała, można rzec, od ponad dwudziestu lat! Tyle bowiem czasu liczy sobie jej alians z muzyką żydowską. Mając na swoim koncie wiele różnych pieśni i piosenek – zarówno tradycyjnych, jak i współczesnych stylizacji, postanowiła w końcu połączyć je w całość, wzbogacając zarazem w element akcji i obrazu. Ten cel osiągnęła ponad dwa lata temu w filmie – widowisku muzycznym Tych miasteczek nie ma już, a teraz przyszedł moment, aby sięgnąć po deski sceniczne.
W ramach wspomnianego przygotowywania gruntu, już w czerwcu miała miejsce w Krakowie produkcja „prototypowa”. W Synagodze Tempel został wystawiony pod tym samym tytułem spektakl, swoim charakterem bliższy jeszcze scenicznemu koncertowi kostiumowemu, od strony muzycznej złożony ze znanych utworów z obszaru „ars judaica”, połączonych akcją opowiadającą w sposób zabawny i pełen komicznych sytuacji o perypetiach rodziny Pipmanów, obracających się wokół wydawania kolejnych córek za mąż. Temat absolutnie uniwersalny i ponadczasowy; skoro jednak osadzony w realiach kultury żydowskiej, nie mogło się obyć bez osoby swata Chaima i przy okazji jego żony – jak na ironię, pozostającej znacznie na bakier z małżeńską wiernością, który to problem został naświetlony z wykorzystaniem pikantnej sławy uzdrowiska w Ciechocinku (starsi czytelnicy zapewnie wiedzą, o co chodzi, młodszych pozwolę sobie odesłać do piosenki Maxi Kaz autorstwa zespołu T-raperzy znad Wisły).

Po spektakularnym sukcesie wystawienia, Pani Ewa doszła najwyraźniej do wniosku, że temat jest na tyle nośny, iż warto się mu przyjrzeć z większą starannością. I rzeczywiście, staranności nie zabrakło! Mamy bowiem do czynienia, przy zachowaniu fabuły, z gruntownym przebudowaniem, zarówno scenariusza, jak i warstwy muzycznej.
Z pierwotnie włączonych piosenek żydowskich ostały się najlepsze perełki (jak Piątkowy wieczór, Sheyn Vi Di Levone, czy tytułowa Cuda Rebego, znana też jako Cziribim, cziribom), cała reszta została zastąpiona autorską muzyką młodego, a wielce obiecującego kompozytora krakowskiego Waldemara Króla (który dał się zresztą poznać już wcześniej, pisząc aranżacje do większości utworów śpiewanych), a teksty – zarówno wokalne, jak i mówione – Ewa Warta-Śmietana napisała osobiście, o czym pozwolę sobie napisać jeszcze kilka słów poniżej.

Wiadomą jest rzeczą, że kluczem do powodzenia każdego przedsięwziecia, zarówno artystycznego, jak i biznesowego, jest właściwy dobór partnerów. I tu intuicja Pani Ewy nie zawiodła! Alois Rostek, właściciel i prezes Grupy Rosco (działającej w branży stalowej), już o kilku lat dawał się poznać jako mecenas sztuki, występując wspólnie jako sponsor strategiczny i wiceprezes Fundacji (miał też zresztą swój wydatny udział w produkcji wspomnianego wcześniej filmu). Teraz, najwyraźniej zafascynowany pomysłem i wiążącymi się z nim nowym wyzwaniami, zaangażował się z całych sił, zapewniając niezbędny kapitał, kontakty, a także infrastrukturę organizacyjną. Takie połączenie sił – sztuki i biznesu – pozwoliło stworzyć stabilny i prężny tandem, który pod nowym szyldem EURO ARTPOL miał możliwość dokonania triumfalnego wjazdu do stolicy.
Dla dopowiedzenia całości nie można pominąć roli trzeciego partnera, jakim jest Bytomskie Centrum Kultury. Ośrodek dostarczył zaplecza technicznego do przygotowania spektaklu, a przede wszystkim aktywnie współuczestniczył w skompletowaniu obsady, do której weszła plejada gwiazd śląskich scen teatralnych: Maria Meyer, Marta Tadla, Jolanta Niestrój-Malisz, Wioleta Malchar, Antoni Gryzik, Jerzy Głybin, Marek Chudziński. Team został uzupełniony osobą krakowskiego aktora Grzegorza Jurasa, a także grupą młodych utalentowanych, którzy udział w sztuce z pewnością będą mogli zapisać z dumą w swoim artystycznym CV. Oczywiście na scenie nie zabrakło również osoby Ewy Warty-Śmietany, która wcieliła się w postać Ryfki – jednej z córek, tej właśnie sprawiającej największe problemy z wydaniem za mąż, w zamian za to dysponującej pięknym głosem i talentem wokalnym.

W Bytomiu miała miejsce prapremiera, później producent podjął odważną decyzję wystawienia w Filharmonii Krakowskiej. Miarą odwagi był w tym wypadku ekstremalnie krótki czas na przeprowadzenie niezbędnej akcji marketingowej, a także absolutnie „antyteatralny” charakter sali typu filharmonicznego. Patrząc jednak na wypełnienie blisko siedmiusetosobowej widowni, a także efekt końcowy i reakcję publiczności, można stwierdzić, że odwaga się opłaciła – i to pomimo początkowych problemów z opanowaniem akustycznym sali ze strony nagłośnienia.
Triumfalny wjazd do stolicy miał miejsce 27 listopada 2013 roku na deskach Teatru Palladium. Ten stosunkowo młody teatr, prowadzony z iście młodzieńczym zapałem przez Pana Macieja Wilka, również musiał początkowo wykazać się dużą dozą zaufania i odwagi w chwili, gdy mając już w stałym repertuarze sztuki sprzedające się w stu procentach z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, zdecydował się otworzyć swe bramy dla nieznanego mu oferenta przynoszącego świeży, jeszcze nieograny scenariusz. I tutaj intuicja nie zawiodła! Sala wypełniona po brzegi, od pierwszych scen raz za razem przerywała grę brawami i salwami śmiechu. Niewątpliwie nie do przecenienia była rola doskonałego tym razem nagłośnienia, sprawiającego, że każde słowo docierało bez problemów do najdalszych zakątków sali. Po spektaklu, przechadzając się wśród publiczności, można było dosłyszeć nucone fragmenty piosenek, czy komentarze najlepiej zapamiętanych dowcipów – szczególnie zwłaszcza zapadło w pamięć zasłyszane sformułowanie, że „to był masaż przepony”.

Na scenie mieliśmy okazję podziwiać nadspodziewanie zgrany zespół, perfekcyjnie realizujący nowatorskie pomysły reżysera Michała Kusztala oraz rzucającą na kolana choreografię Sylwii Hefczyńskiej-Lewandowskiej. Najbardziej chyba wyrazista była rola parasolek, które w rękach aktorek i tancerek potrafiły się w mgnieniu oka przeobrażać z niewinnego atrybutu dekoracyjnego w grożną broń ofensywną – przede wszystkim w pełnej burzliwej ekspresji piosence Rosele – żony Chaima, gdy w odpowiedzi na utyskiwania i wypominanie niewierności przystępuje do kontrataku ze słowami Oj Chaim, co z Ciebie z mąż – oferma, niezdara, życiowa ofiara... W trakcie utworu Rosele „powiela” się na scenie w postaci pojawiających się kolejnych tancerek, które stopniowo formując zwarty szyk bojowy, z otwartymi parasolkami nacierają na nieszczęsnego męża, nieomal spychając go do narożnika.
Wspominając choreografię, nie sposób pominąć kapitalnej scenografii autorstwa Damiana Banasza. Bajecznie i nowocześnie prosta – cztery prostokątne słupy, zależnie od potrzeby grające rolę tężni w Ciechocinku, szabasowych świec, czy też drzwi domu Pipmanów. Zdaje się też, że nieoceniony był tu kunszt inżynierów z Rosco – powstała konstrukcja lekka i mobilna, a zarazem na tyle mocna, że bezpiecznie mogły wspinać się po niej tancerki, wykonujące niekiedy wręcz akrobatyczne popisy kilka metrów nad sceną. Całości dopełniało dziewięć prostopadłościennych klocków, „grających” raz szabasowy stół, raz fotele, a jeszcze innym razem wcielały się w metafizyczną symbolikę ciężarów, nakładanych przez córki na ojca Szmula Pipmana – podczas, gdy ten skarży się na swój ciężki los w słowach pieśni Olaboga, olaboga, co ja robić mam...

W stosunku do wymienionego na wstępie prototypu znacznemu dowartościowaniu uległa też tytułowa rola Rebego. Z pozycji zupełnie marginalnej urósł do postaci kluczowej, symbolicznej, nieco tajemniczej. Pojawia się na samym początku jako realna osoba podróżująca koleją (z Brodów do Ciechocinka), później ukazuje się znienacka w różnych scenach, jak choćby we wspomnianej wyżej „pieśni skargi”, gdzie miłosiernie zdejmuje ze Szmula kolejne klocki – ciężary. Kulminacją jest pełen ekspresji taniec (z towarzyszeniem tradycyjnej piosenki Patrz, jak Rebe tańczy) prowadzący do „cudownej przemiany” Ryfki z brzydkiego kaczątka, odtrąconego przez ukochanego Jonatana w piękną kobietę rzucającą go momentalnie do swych stóp i doprowadzącej oboje młodych pod ślubny baldachim.
Puentą roli jest buńczuczne oświadczenie: jam to sprawił, że od tej pory w Ciechocinku będą same szczęśliwe małżeństwa – co wprowadza zarazem swoistą atmosferę „rehabilitacji” kurortu. Tytułowe „cuda” są ilustrowane iluzjonistycznymi zabiegami autorstwa Konrada Mościńskiego.

Nie sposób w tym miejscu pominąć postaci Ryfki, którą znakomicie odegrała główna inicjatorka przedsięwzięcia – Ewa Warta-Śmietana. Kunszt wokalny nie pozostawia tu żadnej wątpliwości. Zwłaszcza przejmujące wrażenie wywierają dwie pieśni: Siedem dobrych lat oraz tradycyjna modlitwa Avinu Malkeinu. Znawcy przedmiotu z pewnością znają ją z wykonania Barbry Streisand. Tym razem słowa modlitwy zostały ubrane w autorską muzykę, w której Waldemar Król sięgnął niebotycznych wyżyn kunsztu kompozytorskiego, znakomicie budując formę umożliwiającą wokalistce perfekcyjne stopniowanie napięcia. Na niewątpliwy plus należy zapisać Pani Ewie również to, że dla dobra sztuki zdecydowała się w warstwie dramatycznej zejść do roli de facto drugoplanowej, zachowując dla siebie niewątpliwie zasłużoną rolę liderki wokalnej. Należy też docenić osobę Małgorzaty Westrych – wieloletniej korepetytor solistów Opery Krakowskiej, która podjęła się trudów przygotowania muzycznego obsady i na tym polu odniosła niewątpliwy sukces, niestety pozostający jak zawsze w cieniu – taki niewdzięczny los korepetytora.
Wracając jeszcze na moment do scenariusza, warto zwrócić uwagę na umiejętne operowanie dowcipem – niekiedy wręcz przybierającym postać swoistej autoironii, jak choćby w słowach o sztuce pod tytułem Happy End, gdzie „wszyscy byli szczęśliwi, że już się skończyła”. Spostrzegawczy umysł miał też okazję wychwycić pewne zapożyczenia – umiejętnie wplecione tak, by we wrażliwym odbiorcy wywołać odpowiednie skojarzenie i pożądany śmiech, nie narażając jednocześnie scenariusza na posądzenie o plagiat. To też z pewnością wielka sztuka – kto wie, czy nawet nie większa, niż pisanie wszystkiego samemu?

Reasumując – 27 listopada publiczność miała okazję zobaczyć i usłyszeć dzieło zarazem tradycyjne, jak i nowatorskie, a co najważniejsze – autentyczny polski musical (a tych mamy w narodowym dorobku niezbyt wiele)! Perfekcyjnie wymyślony, przygotowany i wykonany. Jeśli nawet krytyczny obserwator mógł zauważyć pewne niedociągnięcia, to na tym etapie wprowadzały tylko atmosferę młodzieńczej świeżości i pomyślnych rokowań na szczęśliwe rozwiązanie i dopracowanie w niedalekiej przyszłości. A ta rzeczywiście wydaje się być niedaleka, albowiem w chwili powstawania artykułu jest zaplanowane drugie wystawienie na 5 grudnia. Może warto więc uczynić bliskiej osobie prezent mikołajowy i w przeddzień wybrać się wpólnie do teatru? Jak wiadomo, publiczność głosuje nogami – parafrazując więc znany frazes, pozwolę sobie zakończyć słowami: „wszystko w Państwa nogach”.
(JAŚ)