Rok 1829 był dla Vincenzo Belliniego wyjątkowo szczęśliwy, albowiem dwudziestoośmioletni wówczas kompozytor mógł się już cieszyć wielkimi sukcesami swoich dwóch oper: Il Pirata (Pirat) i Bianca e Fernando (na zamówienie Teatru San Carlo w Neapolu). Pierwsza z nich została wykreowana w 1827 roku w mediolańskiej La Scali, zaś prapremiera drugiej miała miejsce rok później w Teatro Carlo Felice w Genui. W czerwcu roku 1829 Bellini podpisał kontrakt na napisanie nowej opery, przeznaczonej ponownie dla La Scali, do której libretto miał przygotować Felice Romani (między innymi autor libret Lunatyczki i Normy).

Ten ostatni postanowił dokonać adaptacji osadzonej w kontekście Średniowiecza powieści historycznej „La Straniera” (Nieznajoma) Charlesa-Victora Prévota, wicehrabiego d'Arlincourt, która pierwotnie ukazała się we Francji w 1825 roku, a dwa lata później została opublikowana w tłumaczeniu włoskim w Neapolu. Belliniego nie zniechęciła nawet wiadomość o tym, że niemalże w tym samym czasie ten sam tekst postanowił wykorzystać inny kompozytor, niejaki Andreatini, bo był przekonany o wartości swego talentu i wierzył, że stworzy dużo lepsze niż konkurent dzieło. Kłopoty zdrowotne Romaniego powodowały jednak spore opóźnienia w redagowaniu nowego libretta co często doprowadzało do tego, iż powstawanie muzyki wyprzedzało pracę librecisty. Po wielu nieporozumieniach i wymuszanych przez Belliniego poprawkach, a także ze względu na trudności ze skompletowaniem odpowiadającej wymaganiom kompozytora obsady, doszło w końcu w Mediolanie, z pewnym opóźnieniem, do kreacji La Straniery w lutym 1829 roku.
Opera spotkała się z triumfalnym przyjęciem publiczności i utrzymała na afiszu La Scali przez dwadzieścia sześć wieczorów. Również i mediolańscy krytycy prześcigali się w pochwałach, podkreślając "nowocześnie nakreślone partie chóralne oraz posępną i słodką melancholię, która przenika w głąb duszy i wyciska łzy z oczu". Natomiast dużo bardziej powściągliwe oceny wyszły spod pióra Stendhala, który określił pełne pasji i namiętności wzloty wokalne protagonistów mianem nieludzkich okrzyków. Krytycznie wyrażał się również Hector Berlioz, wytykając Belliniemu niezręczności w konstrukcji muzycznej i sztuce harmonii, chociaż jednocześnie zaznaczył też arie wzbudzające jego szczery zachwyt. Te rozmaite zastrzeżenia nie pozostały zapewne bez wpływu na kolejne wystawienie La Straniery w La Scali, z którego okazji Bellini wprowadził do partytury rozmaite modyfikacje, również odnośnie typologii wokalnej. O ich zakresie można się dzisiaj przekonać konsultując manuskrypt przechowywany w Konserwatorium Giuseppe Verdiego w Mediolanie.
Pod koniec dziewiętnastego i w pierwszej połowie dwudziestego wieku La Straniera pojawiała się na scenach lirycznych niezmiernie rzadko, chociaż warto tutaj przypomnieć, iż La Scala pokazała ją jeszcze raz w 1935 roku, czyli w okresie faszystowskich rządów Mussoliniego. Dopiero od początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku rzeczone dzieło pojawiało się już w miarę regularnie w niektórych włoskich teatrach. Ze szczególnym zainteresowaniem spotkał się występ Renaty Scotto w roli Alaidy, podczas pokazywanego w 1968 roku w Teatro Massimo w Palermo przedstawienia pod dyrekcją Nino Sanzogo, a także kreacja partii Arturo przez Beniamino Priora w weneckiej La Fenice w roku 1970. Warto tu jeszcze przypomnieć zaprezentowaną rok wcześniej w nowojorskiej Carnegie Hall wersję koncertową, w której rolę Alaidy śpiewała pod dyrekcją Antona Guadagno sama Montserrat Caballe. Obecnie La Straniera jest coraz lepiej znana dzięki pracy takich wybitnych muzykologów jak Herbert Weinstock i Friedrich Limmmann, a wśród jej dość jeszcze nieśmiałych realizacji trzeba wymienić przedstawienie Teatro Communale w Trieście w 1990 roku pod dyrekcją Gianfranco Masiniego oraz wersję koncertową z 1993 roku przygotowaną pod dyrekcją Eve Queler w New York City Opera, z udziałem takich gwiazd jak Renée Fleming (Alaide), Gregory Kunde (Arturo), Gaetan Laperrière (Baron Valdeburgo) i Ning Liang (Isoletta). Natomiast w tym roku należy odnotować realizację Opery w Zurichu pod batutą Fabio Luisiego i z Dario Schmunckiem (Arturo), Veronicą Simeoni (Isoletta) i Frankiem Vassallo (Valdeburgo) w obsadzie solistów.
Sprecyzujmy jeszcze, że te wszystkie informacje można znaleźć w sumiennie i interesująco zredagowanym tekście francuskiego muzykologa André Segonda, zamieszczonym w książeczce programowej przygotowanej z okazji prezentowanej właśnie w Opéra de Marseille wersji koncertowej La Straniery, której poziom muzyczny wystawia placówce w Marsylii jak najlepsze świadectwo.

Przede wszystkim trzeba przyznać, że dyrektor marsylskiej placówki Maurice Xiberras skompletował do tego przedsięwzięcia artystycznego zaiste doborową obsadę wykonawczą. Gwiazdą wieczoru jest bez wątpienia jedna z wybitniejszych współczesnych sopranistek Patrizia Ciofi, o której miałem już przyjemność niejednokrotnie w tym miejscu pisać. Partia tytułowa rzeczonej opery nie ma dla niej żadnych tajemnic, albowiem miała już okazję ją śpiewać pięć lat temu w Londynie, co szczęśliwie zostało utrwalone przez zasłużoną firmę płytową Opera Rara. Także i teraz włoska artystka wznieca na sali wybuchy entuzjazmu swym pięknie prowadzonym, mocnym i nasyconym ekspresją, a zarazem pełnym jakiejś ujmującej wrażliwości głosem. Jej niebywała muzykalność w połączeniu z hipnotyzującym talentem aktorskim powodują, że nawet w tej koncertowej wersji nie pozostajemy obojętni na losy rozdartej pomiędzy szczerą miłością a racją stanu bohaterki.
Debiutująca na scenie w Marsylii, ale skądinąd doświadczona artystka Karine Deshayes uwydatnia imponujące walory swego mezzosopranu w roli Isoletty i to niezależnie od dosyć skromnych rozmiarów tej partii. Jean-Pierre Furlan jako Arturo zdobywa uznanie publiczności zaangażowaniem i solidnym przygotowaniem wokalnym, choć trudno nie zauważyć, że specyfika jego tenoru bardziej go predestynuje do partii verdiowskich niż do stylu bel canto.

Żadnych wątpliwości w tym zakresie nie wywołuje natomiast dysponujący gęsto nasyconym basem Ludovic Tézier, przekonująco wcielający się w postać Barona Valdeburgo. Ponadto nie zawodzą też Nicolas Courjal w basowej roli Przeora oraz śpiewający tenorową partię Osburga Marc Larcher. Stojący na czele Orkiestry i Chóru Opéra de Marseille Paolo Arrivabeni z łatwością przekonuje słuchaczy do wartości tej zbyt rzadko pojawiającej się na pulpitach dyrygenckich partytury, prowadząc z dużym rozmachem pięknie nakreślone przez Belliniego frazy, uwydatniając melodyczną giętkość i wydobywając wszelkie detale mistrzowskiej orkiestracji. Dzięki jego przykuwającej uwagę interpretacji jesteśmy w stanie nawet zapomnieć o słabościach „popękanego” dramaturgicznie i zaskakującego nieprawdopodobnymi zwrotami akcji libretta Felice Romaniego. I chociażby z tego względu zaprezentowanie tego dzieła w wersji koncertowej okazało się doskonałym pomysłem.
Leszek Bernat