Stowarzyszeniu Miłośników Opery Krakowskiej Aria zawdzięczam możliwość wyjazdu do Budapesztu i obejrzenia w Hungarian State Opera dwóch znakomitych przedstawień: opery Falstaff Giuseppe Verdiego i baletu Giselle do muzyki Adolphe Adama.

Rezydująca w jednym z najpiękniejszych gmachów teatralnych Węgierska Opera Narodowa w Budapeszcie należy do grona najlepszych scen operowych na świecie. Ostatnio opublikowany ranking Operabase. com. uplasował ją na dziewiątym miejscu. Przed nią sklasyfikowano m.in. teatry operowe Moskwy, Paryża, Wiednia, Londynu i Pragi, po Budapeszcie znalazły się na tej liście Nowy Jork, Zurych, Madryt, Monachium. Tak przy okazji warto zaznaczyć, że najlepszy z polskich teatrów operowych – Opera Wrocławska, jest na dwudziestej pozycji, a nasza Opera Narodowa w Warszawie zajmuje dopiero 43 pozycję. Myślę, że nie ma sensu tego komentować.
Sędziwy Verdi kończąc partyturę Falstaffa napisał: „Ostatnie nuty Falstaffa. Wszystko skończone ! Idź swoją drogą, dokąd będziesz mógł... śmieszny typie, wieczyście prawdziwy pod zmienną maską, w każdym czasie i każdym miejscu! Ruszaj, ruszaj... Idź, idź, Addio!”. I ruszył Falstaff na podbój świata z miejsca zdobywając serca publiczności i krytyki, zyskując przy tym opinię muzycznego arcydzieła. Zadziwiające, ale w Polsce jakoś dotychczas nie miała ta opera wielkiego powodzenia. Pierwszy raz wystawiono ją we Lwowie w 1930 roku. Kolejna premiera odbyła się dopiero w 1968 roku na scenie Opery Bytomskiej, Warszawa poznała dzieło w 1975 roku, Poznań w 1988 i 2013, Wrocław w 2000, a Łódź w 2004 roku. I to jest cała historia Falstaffa na naszych scenach.

To wspaniałe dzieło wieńczące twórcze życie Giuseppe Verdiego wymaga od realizatorów wykreowania na scenie lekkości i kunsztownie zarysowanego humoru tak w warstwie scenicznej jak i muzycznej. Jego wyznacznikiem jest ostatnie zdanie Falstaffa: Tutto nel mondo e burla - Wszystko na tym świecie jest żartem. Temu właśnie podporządkował swoją inscenizację Arnaud Bernard. Przenosząc akcję w lata pięćdziesiąte zmienił co prawda nieco realia, ale za to sprawił, że galeria wędrujących przez scenę postaci staje się widzowi znacznie bliższa i bardziej zrozumiała.
Reżyseria zachwyca nie tylko wartką, przemyślaną w każdym szczególe, akcją i czytelnością scenicznej intrygi, ale również finezyjnym humorem i wyrazistym nakreśleniem każdej postaci. Sytuacje zmieniają się niczym w kalejdoskopie, a przez scenę maszeruje (czasami biegnie) cały korowód charakterystycznych typów z brzuchatym Falstaffem na czele. Wszystko to sprawia, że na widowni panuje atmosfera dobrej zabawy. Na zakończenie omówienia warstwy scenicznej inscenizacji warto wspomnieć o udanej scenografii budowanej na oczach widza, rekwizytach rodem z lat pięćdziesiątych, i kolorowych kostiumach pań.

Bohaterem wieczoru okazał się Kiril Manolov, który z pełnym powodzeniem i dużą kulturą wykreował portret podstarzałego mężczyzny patrzącego na świat z lekką ironią i goryczą, przez pryzmat przeżytych doświadczeń i lat. Jego Falstaff jest bardziej refleksyjny niż liryczny, chociaż nie brakuje mu szelmowskiego błysku w oku i odrobiny cynizmu i dystansu do kreowanej postaci. Jednocześnie od strony wokalnej zaprezentował nie tylko dużą kulturę muzyczną, ale również dał popis naturalnego frazowania oraz swobody w prowadzeniu głosu. Starannie dobrana obsada pozostałych partii stanowiła niezbędne tło dla pełnego pokazania perypetii i rozterek tytułowego bohatera. Falstaff to dzieło ansamblowe, więc partie zespołowe powinny być dopracowane w szczegółach.
Wykonawcy wywiązują się z tego zadania bez większych zastrzeżeń, są bardzo sprawni i precyzyjni, dobrze wkomponowują się w całość nie tracąc indywidualnych rysów. Zgrany kwartet kumoszek stanowiły panie: Fodor Beatrix - Alicja Ford uwodząca Falstaffa nie tylko słodyczą głosu, ale również zalotnością, Gál Erika - Meg Page, Baráth Emie - urokliwa i subtelna Nannetta, Budai Livia - Quickly. Ostatnia z pań dobrze operowała barwą głosu, jednak jej kreacja była pozbawiona naturalności i większej vis comica co w tej partii jest nieodzownym elementem kreacji. Znakomitym wokalnie i pełnym temperamentu, Fordem okazał się Alik Abdukayumov, a Balczó Péter lirycznym Fentonem.

Falstaff słynie z ogromnych wymagań jakie stawia dyrygentowi, który zmuszony jest do panowania nad wieloma ansamblami, składającymi się nieraz aż z dziewięciu solistów. Tutaj podstawą sukcesu jest finezyjne współbrzmienie muzyki i partii wokalnych. Halász Péter nie do końca potrafił zapanować nad precyzją i złożonością kilku scen. W muzyce pod jego batutą jest dynamika i żywioł. Niestety, chwilami zabrakło finezyjnej lekkości, wdzięku i szczerego muzycznego humoru, co Verdi w partyturze i instrumentacji wyraźnie zaznaczył. Warto jednak podkreślić dobre przygotowanie i pełną blasku grę orkiestry. Dyrygent potrafił też wytrzymać długie kantylenowe frazy będące kontrapunktem dla dynamiki i wigoru wielu scen.
Giselle, to typowy balet romantyczny początkowo przeznaczony dla Carlotty Grissi. Jego prapremiera w choreografii Julesa Perrota i Jeana Coralli’ego miała miejsce 28 czerwca 1841 w Akademie Royale de Musique w Paryżu i od tego czasu nie schodzi z afisza będąc magnesem dla miłośników baletowej klasyki. Libretto tego dwuaktowego baletu jest typową nieco naiwną melodramatyczną historią wpisaną w sielski koloryt wiejskiego krajobrazu w pierwszym akcie oraz zimnej tajemniczej nocy w drugim. Stanowi ono, dla choreografa, wdzięczne tło i pretekst dla tworzenia efektownych popisów każdego z solistów i całego corps de ballet. Nie oznacza to jednak, że tylko takie klasyczne przedstawienia tego baletu można obejrzeć, sporo jest inscenizacji opartych o techniki tańca współczesnego (wersja Matsa Eka i Borisa Ejfmana) co nie zawsze oddaje sens i ducha tego baletu.

Taki klasyczny kształt miało budapeszteńskie przedstawienie według oryginalnej choreografii Julesa Perrota, Jeana Colallego i Mariusa Petipy zaadaptowanej przez Elgara Alieva. Balet klasyczny broni się jedynie perfekcyjnym wykonaniem, i to na scenie Opery Budapesztańskiej udało się niemal w pełni zrealizować. Główne role tańczyli: Aleszja Popowa (Giselle), Bakó Máré (Albert), każde z nich urzekało właściwą ekspresją i znakomitą techniką. Popowa okazała się tancerką o nieprzeciętnej osobowości scenicznej zdolnej przykuć bez reszty uwagę widza. Jej kreacja tytułowej bohaterki tworzona subtelną liryczną i pełną wdzięku linią budzi szczere uznanie. Z kolei Bakó Máré jako romantyczny Albert zachwycał elegancją i harmonią ruchu oraz wspaniale lotnymi skokami. Był też wrażliwym partnerem. Pięknie wypadły w tym przedstawieniu pełne harmonii i zrealizowane z rozmachem sceny zbiorowe z udziałem zespołu corps de ballet. Tutaj tancerki dowiodły świetnego przygotowania technicznego dając zarazem nie tylko popis zgodności ruchu, ale też świetnej jego ekspresji oraz dyscypliny. Ich taneczne pas pełne były urzekającego wdzięku i subtelności. Raz jeszcze okazało się, że perfekcyjnie pokazana klasyka ma swoich wielbicieli ceniących jej nieprzemijający urok. To oni zgotowali przedstawieniu entuzjastyczne przyjęcie
Adam Czopek