Pamiętam sprzed lat film „Pięć grobów do Kairu”, w którym niemiecki marszałek Rommel, przygotowując się do zajęcia Kairu, zleca swemu tajnemu emisariuszowi, by zamówił dla zwycięzców w tamtejszej operze spektakl „Aidy”, ale bez trzeciego aktu. Ja w dzieciństwie również uważałem ten akt za zbyteczny i nużący, dziś natomiast najbardziej cenię go muzycznie. I w przedstawieniu Metropolitan Opera z 12 grudnia 2012 roku, przypomnianym w krakowskim kinie „Kijów” na zakończenie wakacyjnego sezonu retransmisji z tego teatru, był on najbardziej udany, również od strony scenicznej, zlokalizowany gdzieś pośród górskiego, kamienistego pustkowia, mogącego się trochę kojarzyć ze scenerią z trzeciego aktu „Carmen”, a i kostiumy, poza niefortunną, „indiańską” suknią Aidy, były stonowane i nieokreślone historycznie.

Poza tym jednak królowała pretensjonalna pseudoegipskość i orientalizm oraz monumentalizm architektonicznych dekoracji i przepych wystawa. Scena sądu, często inscenizowana z pochodniami, nasunęła mi myśl, ze najlepszym sposobem rozegrania tej opery byłoby umieszczenie jej akcji w jakimś państwie totalitarnym, z kohortami umundurowanych formacji i monstrualnymi ceremoniami. Uniknięto by wtedy naiwności i złego smaku amerykańskich superprodukcji filmowych, a zarazem nadano fabule głębsze i bardziej uniwersalne znaczenie.
Można wyobrazić sobie przedstawienie „Aidy” bez zadowalającej odtwórczyni tytułowej partii, ale nie sposób bez świetnej Amneris, na której barkach spoczywa cały dramatyczny ciężar opery, o tyle niewdzięczny, że nie zawiera ona żadnego, przeznaczonego dla niej numeru solowego, po którym mogłaby zebrać oklaski. A jest ona faktycznie główną bohaterką i podobnie, jak w przypadku tytułowego Rigoletta, jej partia jest najbardziej nowatorska spośród pozostałych, które zawierają arie i duety, a zwieńczeniem monumentalnego drugiego aktu jest tradycyjne concertato (ansambl) z dwuczęściowym podziałem. Gdyby jednak odjąć sceny baletowe i słynny Marsz triumfalny, to pozostaje najbardziej zajmujący, właściwie kameralny dramat muzyczny, rozgrywający się pomiędzy czterema postaciami: Aidą, Radamesem, Amneris i arcykapłanem Ramfisem. Ciekawym zabiegiem jest powracanie motywu, również muzycznego, błagania o łaskę: Aidy wobec Amneris, gdy ta podstępem wydobywa z niej wyznanie o miłości do Radamesa, a potem wobec ojca Amonastra, gdy zarzuca jej służalczość wobec Egipcjan, wreszcie dumnej Amneris, gdy pod wpływem okoliczności ugina się i wstawia za skazanym na śmierć Radamesem. Poza tym jednak na libretcie ciążą grafomańskie, pseudopoetyckie obrazy, gdy na przykład Amonastro szantażuje córkę wizją zjawy matki, powstającej z grobu i wyciągającej po nią dłonie, jeśli nie skłoni Radamesa do przejścia na ich stronę.
Olga Borodina była rzetelną wykonawczynią wspomnianej partii Amneris, ale nie wniosła do niej od siebie jakichś indywidualnych rysów. Śpiewała wyrównanym głosem, ale bez tego właściwego dla dawnych rosyjskich sopranów głębokiego zaplecza altowego, przydającego dramatycznego wyrazu. Aida, jej sceniczna rywalka, w ujęciu ukraińskiej śpiewaczki Ludmiły Monastyrśkiej była dosyć posągowa i statyczna, a pod względem wokalnym bardzo poprawna, ale znów, unikająca gwałtowniejszych środków ekspresji. Roberto Alagna śpiewa z dużą kulturą, w swojej otwierającej operę arii „Boska Aido” korzystał głównie na sposób francuski z lirycznego falsetu, podobnie w duecie z Aidą w trzecim akcie, choć to opera włoska, preferująca raczej sięganie wysokich tonów za pomocą pełnego głosu. Duże wrażenie wywierał atletyczny Giorgi Gagnidze w roli Amonastra, którego dramatyczny baryton w pełni udźwignął demoniczny charakter tej postaci, który nawet jeszcze dodatkowo uwypuklił. Dopełniał ten czworokąt Stefan Kocán jako Ramfis, jakkolwiek jego głosowi brakowało swobody w górnym rejestrze, który w przypadku włoskich partii basowych jest ważniejszy od zaplecza w dole skali.
Podsumowując, było to solidne pod względem muzycznym i tradycyjne scenicznie wystawienie „Aidy”, mieszczące się w standardach nowojorskiej sceny operowej.
Lesław Czapliński