„Muzyka na szczytach" w Zakopanem znalazła, może nawet nieoczekiwanie dla swych twórców, motyw przewodni. Stały się nim rozmaite romanse wiążące muzykę z ciałem, pożądaniem, uczuciem wzniosłym, twórczym, ale niekiedy niszczącym. Z jednej strony Festiwal, któremu honorowy patronat nadał sam Prezydent RP Bronisław Komorowski, zaspokoił oczekiwania rocznicowe, bo zdyskontował jubileusze Lutosławskiego (wykonaniem jego słynnych Wariacji na temat Paganiniego), Góreckiego (koncertem złożonym z jego „Pieśni kościelnych”), Pendereckiego (wykonano jego Sekstet), a także rocznicę premiery „Święta wiosny” Strawińskiego. Z drugiej strony poszczególne pozycje repertuaru trafiały często w strunę emocjonalną, romansową właśnie. Nie było mi dane uczestniczyć we wszystkich koncertach i imprezach towarzyszących Festiwalowi, ale kilka początkowych pozwala na takie uogólnienie.

Oczywiście libretto baletu „Harnasie” Karola Szymanowskiego (na festiwalu wykonywał dzieło w autorskiej transkrypcji zespół Kwadrofonik) też opowiada historię burzliwej miłości. Nie inaczej jest z „Sonetami Szekspira” Pawła Mykietyna, które zaśpiewała przy akompaniamencie Macieja Grzybowskiego Agata Zubel, ale zdecydowaną porcję emocji wywodzących się z kręgu Erosa dostarczył spektakl – koncert pod tytułem „Sonata Kreutzerowska”.
Bez wątpienia był to najbardziej oryginalny punkt festiwalowego programu, wydarzenie bez precedensu ze względu na posłużenie się tekstem literackim do ilustracji muzyki, lub na odwrót, użyciem muzyki w celu zilustrowania noweli autorstwa Lwa Tołstoja. Powstała na początku XIX wieku Sonata na skrzypce i fortepian Beethovena nie była dziełem programowym i nie odnosiła się wprost do intymnej sfery uczuciowej. Napisana przez słynnego Rosjanina w końcówce XIX wieku nowela pt. „Sonata Kreutzerowska” posługiwała się jednak nazwą Beethovenowskiego arcydzieła.
Tołstojowi chodziło tylko o to, że bohater opowieści podejrzewał swoją żonę grającą amatorsko na fortepianie o romans z zaproszonym do ich domu skrzypkiem, a muzyka utworu brała jego psychikę we władanie. U pomysłodawcy spektaklu, który zaprezentowano w zakopiańskim Teatrze im. Witkacego, zrodziła się jednak pokusa zestawienia utworu literackiego z muzycznym i ten zabieg udał się znakomicie. Było to wielkie odkrycie, zwycięstwo koncepcji połączenia rozmaitych gatunków artystycxznych w formę syntetyczną. Twórcy przedstawienia wpletli w konstrukcję spektaklu jeszcze dwie kompozycje muzyczne odnoszące się do noweli Tołstoja, jedną z pieśni Dymitra Szostakowicza i I Kwartet smyczkowy Leosza Janaczka, główny ciężar dramaturgiczny spoczął jednak na Sonacie Ludwiga van Beethovena granej przez znakomitych muzyków, skrzypka Janusza Wawrowskiego i pianistę Jose Gallardo. Tekst Tołstoja słuchaliśmy w rewelacyjnej interpretacji Andrzeja Chyry. Początek noweli, w której bohater Tołstoja opowiada o swym rozpustnym, szaleńczym życiu został zestawiony z pierwszą częścią Sonaty, zawierającą dosyć dynamiczne, niektórzy mówią - dzikie, witruozowskie Presto. Jądrem pomysłu okazała się jednak wariacyjna część druga Sonaty - Andante con variazioni. Tutaj melodyjny, niemal romantyczny temat poddawany licznym przetworzeniom został wykorzystany do zilustrowania kolejnych stadiów rozwoju, a potem kryzysu pożycia małżeńskiego u bohatera noweli. W tej trwającej w oryginale prawie 20 minut części kolejne wariacje wprowadzają zmiany nastroju, z początku łagodnego i spokojnego, poprzez coraz bardziej skoczne, by nie powiedzieć frywolne. Twórcy spektaklu, który wyreżyserował Tomasz Cyz, uznali, że trzeba oddzielić od siebie poszczególne wariacje tak, aby narrator i odtwórca bohatera noweli Andrzej Chyra wprowadzał słuchaczy w przerwach w następujące po sobie stadia beztroskiego flirtu, następnie miłosnego oczarowania, zapamiętania, wreszcie opętania uczuciem. W ten sposób rozbudowana muzycznie część druga Sonaty, niekiedy nużąca dla mniej wyrobionych słuchaczy, urosła do jeszcze większych rozmiarów, ale nabrała dodatkowego sensu. Stała się jakby projekcją kolejnych odcinków serialu o losach młodego małżeństwa. Zakończenie drugiej, „beztroskiej” części Sonaty zostało podkreślone przez aktora stwierdzeniem, że nieszczęście nastąpiło wraz z pojawieniem się „tego trzeciego”, czyli skrzypka, który miał grać Sonatę Beethovena z towarzyszeniem żony bohatera. Potem artyści zagrali trzecią część Sonaty - finałowe Presto, które miało ilustrować niepokój stopniowo opanowujący psychikę zazdrosnego małżonka. Ironiczna pieśń Szostakowicza w wykonaniu Bogumiły Dziel-Wawrowskiej oraz następujący po niej Kwartet smyczkowy Janaczka ilustrowały udrękę męża i stosowaną przez niego przemoc psychiczną, fizyczną, a w końcu morderstwo dokonane w chwili szału. Wszystkie te działania znajdowały się w tekście podawanym we wstrząsający sposób przez aktora. Błędem reżyserii było więc wprowadzenie w finale Kwartetu Janaczka scenki pantomimicznej. Solistka opadła bezwładnie na ręce narratora, została ułożona na podłodze, a następnie jej sylwetka, jak w rutynowym postępowaniu policji, została obrysowana kredą. Było to zbyt dosłowne, a przez to naiwne i infantylne. Sam tekst opisujący tragedię w domu bohatera noweli działał o wiele bardziej przejmująco, niż odtwarzanie przez aktorów „wizji lokalnej” w mieszkaniu zabójcy. Nieporozumieniem były też wyświetlane dwukrotnie w końcowej części spektaklu okna jakoby jadącego pociągu. Wychodząc z założenia, że całe opowiadanie odbywa się w wagonie kolejowym ten chwyt można było stosować symultanicznie podczas całego przedstawienia, albo zrezygnować z niego zupełnie.
Te drobne usterki nie zmieniły jednak faktu, iż spektakl „Sonata Kreutzerowska” trzeba uznać za artystyczne wydarzenie dużego formatu, a zarazem przykład niemal doskonałej syntezy słowa i muzyki. Wiadomo bowiem, że wszelkie prelekcje wygłaszane w trakcie koncertu bardzo sprzyjają zrozumieniu muzyki, jednak użycie specjalnie dobranego tekstu literackiego może podziałać jeszcze lepiej, pozwala wniknąć w istotę muzyki i uczynić komunikację z odbiorcą bardziej bezpośrednią.
Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia także podczas projekcji filmu „Chanel i Strawiński” w reżyserii Jana Kounena. Od strony dramaturgicznej był to w zasadzie typowy melodramat, opowieść o domniemanym romansie kompozytora z atrakcyjną i bogatą projektantką mody. Tutaj także dramat odbywał się w trójkącie, bo miłosny skok w bok przebiegał niejako na oczach żony Strawińskiego, świetnie granej przez rosyjską aktorkę Elenę Morozovą. Jednak ważniejsza była strona muzyczna filmu, na którą zwróciła uwagę przed projekcją muzykolog Anna Sieczka. Poszczególne epizody romansu zostały zilustrowane muzyką samego Strawińskiego, a ściślej urywkami „Święta wiosny”, zarówno w oryginale orkiestrowym jak i fortepianowej transkrypcji. Fragmenty były jednak tak dobierane, aby sekwencje kolorystyczne towarzyszyły obrazom pełnym nostalgii, zaś żywiołowe i brutalne scenom erotycznego szaleństwa. Nastrój całego filmu został zbudowany dzięki początkowej retrospekcji pokazującej pamiętną prapremierę baletu przed 100 laty w Theatre de Champs Elysees, która wywołała wściekłość konserwatywnej widowni, ale zarazem oczarowała Coco Chanel. I to pierwsze zetknięcie się z prymitywnie „naturalistyczną” muzyką oraz prowokacyjną choreografią – nota bene były to najlepsze sceny filmu – rzutowało na wszystkie następujące później epizody. Nie było w tym wiele historycznej prawdy, bo pokazywano Strawińskiego, który wciąż komponuje to samo „Święto wiosny”. Dobiegająca zza ekranu muzyka raczej sugerowała, iż pełen erotyzmu i witalnej siły balet rozgrywa się już nie na scenie, ale w intymnym życiu bohaterów tej romansowej historii. Dla widzów muzycznie wrażliwych i osłuchanych z dziełem Strawińskiego była to bardzo ciekawa i pogłębiona estetycznie uczta.
Warto dodać, że festiwalowa publiczność aż trzykrotnie miała styczność z muzyką słynnego baletu, w postaci transkrypcji fortepianowej, jak „ścieżką dźwiękową” do filmu fabularnego oraz z zarejestrowanym na taśmie filmowej spektaklem baletowym w wykonaniu artystów Teatru Marinskiego pod dyrekcją Velery Gergieva.
Poza romansowymi kontekstami V. Festiwal „Muzyka na szczytach” dostarczył sporo twórczości kameralnej dobranej ze smakiem i zagranej z dużym talentem. Mogę pochwalić poranek w stylowym pensjonacie „Jasny Pałac”, podczas którego wykonano powstały na specjalne zamówienie Festiwalu „Kwintet fortepianowy” Pawła Łukaszewskiego. Prowadzący koncert Maciej Negrey powiedział, że przypomina mu muzykę do gier komputerowych, może z powodu wbudowanej w materię dźwiękową niezbyt nachalnej repetytywności. Kolejną pozycją była postromantyczna „Dumka” na skrzypce, altówkę i fortepian mało znanej u nas brytyjskiej kompozytorki Rebecca’i Clarke, zaś na zakończenie członkowie Kwartetu Nostadema oraz Wojciech Świętoński przy fortepianie zagrali jedno z arcydzieł XX-wiecznej kameralistyki „Trio fortepianowe nr 2” Dymitra Szostakowicza. Na skrzypcach grał Jakub Nowak, na wiolonczeli Joanna Citkowicz-Włodarczyk. Zapał artystów z pewnością udzielił się licznie zgromadzonej publiczności.
Joanna Tumiłowicz