51. Festiwal Moniuszkowski w Kudowie-Zdroju był prawdziwym świętem muzyki. Z gwiazdami! Impreza zakończyła się w sobotę, 24 sierpnia przedstawieniem „Sprzedanej narzeczonej” Bedricha Smetany w realizacji teatru z Ołomuńca. – Polska to bardzo bogaty kraj. Zapraszacie na koncerty takie wielkie gwiazdy i można ich słuchać za darmo! U nas trzeba za wszystko płacić – dziwił się Dymitr Yarikevich, którego poznałam w Kudowie-Zdroju, gdzie przyjechał z niewielkiego miasteczka w Izraelu.

Moskwianin, absolwent Uniwersytetu im. Łomonosowa na wydziale matematyki i mechanicznym, oraz konserwatorium na wydziale kompozycji, z Rosji wyemigrował wraz z żoną pod koniec lat 80. Do Kudowy przyjeżdża na wakacje. I kiedy dowiedział się, że w mieście zaczyna się Festiwal Moniuszkowski, nie opuścił ani jednego koncertu. Wielki miłośnik twórczości Moniuszki, czekał na ukochaną partię Jontka „Szumią jodły...”. Nie doczekał się, bo królowały Halki, ale opowiedział mi, za co ceni Moniuszkę – bo był wielkim humanistą i człowiekiem tolerancji, który w Wilnie chodził do synagogi, a do wykonania arii Jontka zaprosił tamtejszego kantora. – No a matka Adama Mickiewicza była przecież Żydówką – podkreślił.
Pana Yarikevicha widziałam później na najważniejszym koncercie zakończonego w sobotę 51. Festiwalu Moniuszkowskiego – mistrzowskim recitalu Artura Rucińskiego. Polski baryton według ostatniego rankingu prestiżowego magazynu „Festispiele” jest w pierwszej dwudziestce najlepszych śpiewaków na świecie (w ostatnim notowaniu był na 18. miejscu, na 4. był Piotr Beczała, a 16. Mariusz Kwiecień, niewykluczone jednak, że w nowym rankingu Ruciński wskoczy na wyższą pozycję). Do Kudowy przyjechał z Werony, z jednego z najsłynniejszych teatrów operowych, na którym zadebiutował w zeszłym roku w „Romeo at Julliet”, rzucając na kolana tak krytykę, jak i publiczność. A o jego klasie najlepiej świadczy anegdota, którą opowiedział na spotkaniu prowadzonym przez świetnego dziennikarza i krytyka muzycznego Piotra Nędzyńskiego.
Kilka lat temu Ruciński pojechał do Berlina na przesłuchania do „Oniegina” Piotra Czajkowskiego. Przesłuchiwał sam Daniel Barenboim, szef artystyczny opery berlińskiej. – Na korytarzu siedział też bardzo dobry baryton z Kanady. Nagle pojawił się Daniel Barenboim, zaczął rozmawiać z tym Kanadyjczykiem – okazało się, że zna nawet jego rodziców. Pomyślałem, że jestem jak kwiatek do klapy, ale trudno, na przesłuchanie pójdę – opowiadał Ruciński. Kiedy zaczął śpiewać partię Oniegina, po dwóch minutach Barenboim mu przerwał i zapytał, co jeszcze przygotował. Ruciński zaczął śpiewać partię Posy z „Don Carlosa” (wykonał ją też w Kudowie). Tym razem dyrektor Staatsoper Unter den Linden po dwóch minutach wybiegł z sali. – Szczerze mówiąc, trochę oniemiałem. Pomyślałem, że nie mam już co tam robić, ale skończyłem, ukłoniłem się orkiestrze i dopiero wyszedłem. Pojechałem od razu na dworzec, bo miałem pociąg do Warszawy. A po jakichś 20 minutach zadzwonił mój agent. Okazało się, że dostałem kontrakt. Barenboim powiedział, że nie musi słuchać całej arii, żeby wiedzieć, czy śpiewak jest dobry – mówił Artur Ruciński, który cały swój kunszt – również aktorski – pokazał w czasie recitalu. To naprawdę było wielkie wydarzenie. Ruciński w przyszłym roku miał wystąpić w Metropolitan Opera w Nowym Jorku w „Fauście” Gounoda. Z tej produkcji w MET zrezygnowano, śpiewak będzie pracował w La Scali, ale w MET śpiewać będzie w 2015 r. Z samą Anną Netrebko. W Kudowie „kupił” najpierw publiczność arią Escamilla z „Carmen”, słynnym toastem torreadora, a potem uwodził, rozśmieszał, wzruszał. Riccardem z „Purytanów”, Germontem z „Traviaty”, Fordem z „Falstaffa”… A kiedy na bis wykonał „Granadę” publiczność była jego. Przyznam, że chciałabym go zobaczyć na scenie w przedstawieniu. I koniecznie też słowa uznania należą się Robertowi Morawskiemu, świetnemu pianiście, który był współtwórcą programu recitalu Rucińskiego, a sam obok roli akompaniatora, pokazał też swój pianistyczny talent i wyczucie, wykonując polonezy Michała Kleofasa Ogińskiego (na czele ze słynnym Pożegnaniem Ojczyzny) i Fryderyka Chopina.
Tegoroczny festiwal to różnorodne propozycje. Dla kurortowej publiczności z balkonu sanatorium Polonia zaśpiewał tenor Adam Zdunikowski. To nowy pomysł, w zasięgu ręki od początku istnienia festiwalu, niemalże naturalny plener. Budynek ten bowiem był scenografią w serialu produkcji NRD „Hotel Polanów”, w którym zagrali między innymi Elżbieta Starostecka i Leon Niemczyk. I aż dziw bierze, że przez ponad pół wieku istnienia festiwalu nikt nie odwołał się do tradycji balkonowych koncertów Jana Kiepury. Publiczność kocha takie zdarzenia i pokazała to również w Kudowie. A bardziej wyrobieni melomani mogli rozsmakować się w propozycji Mari Kobayashi, która wykonała pieśni kompozytorów, inspiracji szukających w folklorze. Japońska mezzosopranistka, na stałe mieszkająca i pracująca w Paryżu, przygotowała program ambitny, szalenie ciekawy i na pewno nie dla każdego. Ale ujęła publiczność wykonaniem pieśni Stanisława Moniuszki (między innymi kanoniczną wręcz „Prząśniczką” i to po polsku!), poruszyła sugestywnym „Kaddish” Maurice’a Ravela i kompozycjami Manuela de Falli. Zaskakujący był też koncert Piotr Baron Quintet – muzycy pod wodzą tego świetnego jazzowego saksofonisty odwołali się do twórczości Stanisława Moniuszki. Takie odniesienia to autorski pomysł dyrektora artystycznego festiwalu, Stanisława Rybarczyka, który do współpracy zaprosił rok temu klezmerów, a w tym jazzmanów, dając artystom wolną rękę. Wyszły z tego ciekawe projekty i prawdę mówiąc, muzyka zaprezentowana przez zespół Piotra Barona to gotowy materiał na płytę. Inteligentny, kiedy trzeba dowcipny, kiedy trzeba wciągający pulsem i rytmem, rzucający zupełnie nowe światło na słynną arię Skułoby, „Pieśń wieczorną” czy Litanię Ostrobramską. Ważnym wydarzeniem festiwalu był też koncert otwierający, w którym wystąpiły Ewa Vesin, niegdyś solistka Opery Wrocławskiej, dzisiaj Teatru Wielkiego w Łodzi i Stefania Spaggiari, która rok temu śpiewała na festiwalu w Sanoku. Vesin – w świetnej formie – biła Włoszkę na głowę, ta jednak świetnie zaśpiewała partię Abigail z „Nabucco” i zaintrygowała arią Halki po włosku. Publiczność entuzjastycznie zareagowała też na występ popularnego sekstetu wokalnego Affabre Concinui. A „Sprzedana narzeczona” broniła się piękną muzyką i chwytami może nieco pod publiczkę, ale cóż złego w tym, że słuchacze wybuchają salwą śmiechu a serpentyny fruwają im nad głowami?
Festiwal pod nowym szefem artystycznym powoli krzepnie i rośnie jego poziom. To cieszy. Tak jak nowe pomysły – odgrywany punktualnie w południe na trąbce hejnał festiwalu, czyli „Prząśniczka” Moniuszki, czy odkrycie dla występów balkonu, który aż się prosił o takie wykorzystanie od dawna.
Katarzyna Kaczorowska
Gazeta Wrocławska