Koncert kończący 9. Festiwal Chopin i jego Europa był zarazem pierwszym koncertem nowego dyrektora artystycznego Jacka Kaspszyka z zespołami Filharmonii Narodowej. Inauguracja sezonu koncertowego Filharmonii Narodowej odbędzie się 4 i 5 października. Na jego program wybrano wielkie dzieło tegorocznego jubilata, obchodzącego 200 urodziny Giuseppe Verdiego, dzieło szczególne. Msza żałobna, Requiem – czy to dobre na inaugurację sezonu i zakończenie Festiwalu? Patrząc z polskiej perspektywy – chodziło o zaakcentowanie kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej, a więc wydarzenia smutnego, tragicznego, mimo naszego – formalnie – zwycięstwa.

Wykonawcy tego szczególnego koncertu stanęli na wysokości zadania, zwłaszcza orkiestra Filharmonii Narodowej dobrze przygotowana starała się wypełniać koncepcję dyrygencką Jacka Kaspszyka, maksymalnie zróżnicować dynamikę, pokazać możliwości od potrójnego piano do potrójnego forte, w czym znacząco pomagał 100-osobowy chór FN przygotowany przez wieloletniego kierownika prof. Henryka Wojnarowskiego.
O chórze wspomnę później, bowiem w tym wielkim dziele wokalno-instrumentalnym bardzo ważną rolę, jak to u Verdiego, spełniają soliści. Trzeba powiedzieć, że Filharmonia Narodowa nie ma do nich szczęścia.
Sopran z Italii Carmen Giannattasio choć dysponowała silnym głosem, mogącym nawet konkurować z orkiestrą i chórem, brzmiała dobrze tylko na piano i mezzopiano. Jej głos był niespecjalnie piękny, ale partia do zaśpiewania ogromna. Artystka miała jednak problemy intonacyjne nie tylko w ansamblach. Partnerowała jej bułgarska mezzosopranistka Mariana Pentcheva, chyba najlepiej przygotowana z całej czwórki. Jako jedyna swoją partię wykonywała z pamięci, próbowała też stworzyć jakieś wrażenie, może trochę muzykować. Jednak i ona miała niekiedy problemy intonacyjne i trochę zbyt manierycznie tubowała. Niestety obie zagraniczne solistki ustępowały parze polskich śpiewaczek wielokrotnie występujących swego czasu z zespołami Filharmonii Narodowej właśnie w tym dziele. Myślę o Izabeli Kłosińskiej i Annie Lubańskiej. Argentyński tenor Gustavo Porta, choć miał w swym głosie wszystkie dźwięki zapisane w nutach, jednak z przedziwną manierą atakował je od dołu, z długim glissandem. Wreszcie polski bas Rafał Siwek wyglądał na nieprzygotowanego, szczególnie dotkliwie fałszując w zestawieniu z innymi głosami.

Wygląda na to, że ze strony wokalnej najlepiej wypadł chór, precyzyjny w swoich odezwaniach, ładnie prowadzący głosy w fugach, posiadający piękne piana i mocne forte. Jednak w finale dzieła soprany odezwały się krzykliwie, ostro, z wysiłkiem i ... czar prysł. Sumując wrażenia z koncertu trzeba zauważyć, że dyrygent przedstawił dosyć spójną i atrakcyjną interpretację, pełną emocjonalnych wyciszeń i gwałtownych spięć dramatycznych. Nie tylko zapanował nad orkiestrą, ale wydobył z utworu Giuseppe Verdiego logikę narracji, która w wielu operach tego mistrza wydaje się dosyć miałka i prymitywna. A skojarzenia Requiem z dziełami operowymi tego kompozytora nasuwało się nieodparcie. Na podsumowanie Festiwalu Chopin i jego Europa, który był artystycznie dosyć atrakcyjny, Verdi w wykonaniu zespołów Filharmonii Narodowej wstydu nie przyniósł. Warto natomiast do innych dzieł wokalno-instrumentalnych bardziej starannie dobierać solistów, pamiętając, że i w Polsce są dobrzy śpiewacy. Słabo przygotowani soliści przeszkadzają dyrygentowi i całemu zespołowi muzyków zbudować prawdziwą atmosferę twórczą i są jak kula u nogi.
Joanna Tumiłowicz