Przegląd nowości

Bayreuth w 200. rocznicę urodzin Wagnera

Opublikowano: środa, 28, sierpień 2013 16:09

Festiwal w Bayreuth odbył się po raz pierwszy w 1876 roku: Wagner wystawił wtedy cały „Pierścień Nibelunga”. Impreza okazała się finansową klapą, a następne takie wydarzenie – drugie i zarazem ostatnie za życia kompozytora – miało miejsce w roku 1882, kiedy zaprezentowano prapremierę „Parsifala”. Potem festiwal odbywał się nieregularnie, a wskrzeszenie tradycji po wojnie to rok 1951. Od tego czasu wydarzenie co roku ściąga do małego bawarskiego miasta dziesiątki tysięcy miłośników znanego Niemca.

Bayreuth 1

W tym roku okazja jest wyjątkowa, bo cały muzyczny świat obchodzi 200. rocznicę urodzin Wagnera. Z tej okazji w Festspielhaus zaprezentowano premierowe spektakle całego „Ringu”, a na trawniku przed gmachem ustawiono setki małych, kolorowych figurek przedstawiających kompozytora. Poza tym całe miasto świętuje ten rok dziesiątkami koncertów, odczytów, wystaw i innych imprez związanych ze swoim sławnym mieszkańcem. Tylko willa Wahnfried, w której mieszkał, jest obecnie remontowana.

Bayreuth 2

Na Zielonym Wzgórzu jak zwykle komplet widzów, a ludzie, którzy chcą odkupić bilet, przyjeżdżają wcześnie rano i przez cały dzień trzymają kartkę z napisem „Suche eine Karte”. Nie rezygnują nawet, kiedy spektakl się już zacznie, a co więcej: uparcie próbują zdobyć bilet nawet podczas ostatniej przerwy (antrakty w Bayreuth trwają zawsze godzinę).

Widziałem spektakle „Tannhäusera”, „Lohengrina” i „Złota Renu”. Inscenizacyjnie znacznie odbiegają one od tego, co prezentowane jest na scenach polskich. U nas rzadko spotkać można reżyserię tak odważną, co oczywiście nie zawsze jest atutem.


Pierwsza historia (reż. Sebastian Baumgarten) rozgrywa się w socrealistycznej fabryce, a z groty Wenus, która ukryta jest w zapadni, wyskakują w pewnym momencie aktorzy przebrani za wielkie plemniki i – ku uciesze widowni – zaczynają tańczyć na proscenium. W drugiej opowieści (reż. Hans Neuenfels), najczystszej wizualnie, atrakcją był chór, który przebrany został za olbrzymie szczury. Muszę przyznać, że choć na początku wyglądało to nieco groteskowo, to na końcu opery obraz ludzi-szczurów nasuwał raczej smutne refleksje.

Bayreuth 3

Ostatnia scena, mimo że wciąż ładna, biało-czarna, była przerażająca i trąciła turpizmem, ponieważ odczarowany brat Elsy okazał się płodem, który w dodatku w ostatnich taktach muzyki rozrzucał po scenie kawałki swojej pępowiny. Na tym tle zupełnie inaczej rysuje się koncept Franka Castorfa, który wyreżyserował „Złoto Renu”. Pomysł miał iście karkołomny, ponieważ cały, trwający nieprzerwanie dwie i pół godziny spektakl dzieje się na stacji benzynowej… Jakkolwiek oceniać tę inscenizację, trzeba przyznać, że jest niezwykle spójna wizualnie.

Bayreuth 4

Solistów widzieliśmy w zasadzie cały czas, ponieważ nawet kiedy nie brali udziału w konkretnej scenie, ich akcję na drugim planie (przestrzeń zamontowana była na obrotówce) przekazywały widzom dwie kamery, które stale towarzyszyły śpiewakom. Obraz pokazywany był na dużym ekranie stanowiącym element dekoracji, dzięki temu można było obserwować grę aktorską wykonawców bardzo dokładnie. Uwagę przykuwała również ich precyzyjna stylizacja wizualna.

Muzyczny poziom spektakli był bardzo wysoki, ale to w Bayreuth norma. Axel Kober („Tannhäuser”), Andris Nelsons („Lohengrin”) i Kirill Petrenko („Złoto Renu”) prowadzili orkiestrę precyzyjnie, chociaż dobierali szybkie tempa.


Soliści i chór doskonale się w tym czuli. Widocznie w Niemczech dyrygenci nie boją się tego, że ktoś posądzi ich o zabicie niuansów muzycznych u Wagnera. Poza tym szybkie tempa akurat w przypadku tego kompozytora mają wymiar pragmatyczny: sprawiają, że obiektywnie długie dzieła wydają się mniej wyczerpujące.

Bayreuth 5

Tylko niektóre wybory solistów wydają się nietrafione: tenor Torsten Kerl nie brzmiał dobrze w tytułowej partii w „Tannhäuserze”, a Annette Dasch zupełnie nie poradziła sobie z partią Elsy w „Lohengrinie”, która – jak się wydaje – nie odpowiada w ogóle obecnym możliwościom wokalnym uznanej w Niemczech solistki. O wiele lepiej poradziła sobie Petra Lang, która zaśpiewała rolę Ortrud z niebywałą siłą dramatycznego wyrazu. Z kolei Klaus Florian Vogt, który w tej samej operze wcielił się w tytułową rolę, zebrał zupełnie zasłużenie największe brawa, jakie słyszałem podczas trzech moich przedstawień. Tenor śpiewa w tej inscenizacji od premiery w 2010 roku.

Bayreuth 6

Możemy jedynie pomarzyć, żeby na polskich scenach operowych, które powoli wprowadzają do repertuaru opery Wagnera, usłyszeć dramaty sceniczne w takim wykonaniu i w tak interesujących inscenizacjach jak w Bayreuth. Chociaż może lepiej rzeczywiście zacząć przybliżać Polakom dzieła niemieckiego kompozytora jednak bardziej tradycyjnie, żeby na wszelki wypadek nie zrazić publiczności, która wciąż ma pretensje, że Violetta pracuje w nocnym klubie, a Stefan nie nosi kontusza. I choć takie wątpliwości warto rozsądnie rozważyć, podobnie jak nie należy czołobitnie reagować na pomysły inscenizacyjne z niemieckich teatrów operowych, można by tchnąć na polskie sceny jakiś artystyczny powiew świeżości.

Mateusz Wiśniewski