Przegląd nowości

„Don Giovanni” plenerowo

Opublikowano: poniedziałek, 22, lipiec 2013 12:06

Zakończenie XXIII Festiwalu Mozartowskiego w Warszawie zaplanowano szczególnie atrakcyjnie, jako dwukrotne wykonanie plenerowe arcydzieła W. A. Mozarta Don Giovanni. Ten spektakl jest oczywiście w stałym repertuarze sceny, jednak jego realizacja na dziedzińcu Pałacu w Wilanowie została przygotowana z większym rozmachem, z wykorzystaniem projekcji wideo rzucanych na ściany Pałacu oraz przezroczyste ekrany rozpięte po obu stronach sceny a także z udziałem wielu kamer, które przesyłały obraz na telebimy. Wykorzystano też dwa wejścia do pałacu, jako naturalne dekoracje dwóch fragmentów opery, przy pierwszej arii Leporella oraz przy serenadzie Don Giovanniego.

Don Giovanni,plener

Do realizacji dzieła zaangażowano znakomitych artystów, znanych nie tylko z występów w WOK, ale robiących dziś poważne międzynarodowe kariery. W tytułowej roli wystąpił w pierwszym przedstawieniu Wojciech Gierlach, operujący mocnym, doskonale wyrównanym i nieco metalicznym w barwie głosem. Artysta był też bardzo przekonujący aktorsko. Rolę upiornego Komandora kreował bas Rafał Siwek. Jego głos został silnie wzmocniony i obdarzony pogłosem w finałowej scenie, gdy bohater dramatu wkracza na scenę jako marmurowy pomnik. W roli Don Ottavia wystąpił tenor Leszek Świdziński, pięknie wykonujący swoją popisową arię Dalla sua pace. Znakomicie przygotowani byli też wykonawcy ról Leporella - Sławomir Jurczak oraz Mazetta - Bogdan Śliwa. Dobrze spisały się wykonawczynie ról kobiecych. Wśród nich prym wiodła Justyna Stępień jako Zerlina, bo operowała krystalicznie czystym, miękkim i aksamitnym w barwie sopranem, co szczególnie urzekało w słynnym duecie z Don Giovannim La ci darem la mano. Donna Anna w wykonaniu Małgorzaty Rodek była bardziej dynamiczna aktorsko od Donny Elwiry (Tatjana Hempel), miała też głos silniej osadzony i perfekcyjniej opanowany w koloraturach. W przedstawieniu brali też czynny udział mimowie, chórzyści a nawet ubrani w stroje z epoki niektórzy członkowie orkiestry przygrywający w czasie pałacowych przyjęć. Całość bardzo sprawnie i z temperamentem poprowadził muzycznie Zbigniew Graca.


O plenerowym przedstawieniu Don Giovanniego warto wspomnieć także dlatego, że był to debiut reżyserski nowego dyrektora Warszawskiej Opery Kameralnej Jerzego Lacha. Podjęta przez niego decyzja „umasowienia widowni operowej”, co znakomicie się udaje w ramach tzw. superprodukcji Opery Wrocławskiej, była z pewnością słuszna i godna najwyższej pochwały. Festiwal Mozartowski będący do tej pory wizytówką WOK a także kulturalnej Warszawy w miesiącach wakacyjnych, zyskał dodatkowo mocny akcent na zakończenie. Jerzy Lach najwyraźniej nie chciał sobie przywłaszczyć wszystkich zasług tej inscenizacji, bo zamiast prostego określenia - reżyser - został opisany w programie za pomocą długiej formuły: reżyseria widowiska plenerowego w oparciu o inscenizację opery Don Giovanni w Warszawskiej Operze Kameralnej. Nie podano jedynie, że pierwotnie ową operę wyreżyserował Ryszard Peryt. Nie podano również kto był autorem oryginalnej „wideo-scenografii” (może to Jerzy Lach?), która dosyć trafnie opisywała nastrój i sens poszczególnych scen tego „dramma giocoso”. Np. gdy Leporello w „arii katalogowej” wylicza romansowe podboje swego pana na ekranach pokazują się setki wykaligrafowanych kobiecych imion oraz szeregi cyfr, zaś gdy para wieśniaków- Mazetto i Zerlina - zapewnia się nawzajem o swej miłości towarzyszy temu animacja ukwieconego i pełnego owoców sadu. W owych projekcjach dostrzec można było też pewną przesadę, bowiem na ścianach pięknie odnowionej fasady wilanowskiego Pałacu co jakiś czas wyświetlano kontury jakieś innego pałacu czy zamku, tymczasem sceny z udziałem autentycznych fragmentów architektonicznych wilanowskiej rezydencji królewskiej wypadały znakomicie i całkiem naturalnie. Co by jednak nie powiedzieć wirtualna scenografia mimo drobnych mankamentów dobrze współgrała z librettem i muzyką opery. Działania wykonawców poszczególnych postaci następowały po sobie dosyć logicznie, choć mimo rozmachu inscenizacji przedstawienie w wielu scenach było dosyć statyczne. Realizatorzy widowiska dokonali kilku skrótów, które jednak tej dosyć długiej operze nie przyniosły znaczącego uszczerbku. Zwłaszcza, że nocny spektakl na świeżym powietrzu sprawił, iż wszyscy opuszczali dziedziniec pałacu mocno zziębnięci (15 st. C i wiatr). Nikt nie miał chyba pretensji, że skrót objął także ostatnią (czasami pomijaną) scenę opery - optymistyczny kwintet bohaterów po odejściu w zaświaty Don Giovanniego. Rzecz w tym, że ów fakt nie został uwidoczniony w drukowanej w programie „Treści przedstawienia”, gdzie pozostało owo oryginalne zakończenie dramatu. Warto przypomnieć, że wszystkie opery Mozarta będące dotąd w stałym repertuarze WOK wykonywano w najbardziej pełnych wersjach - bez jakichkolwiek skrótów. Co innego jednak przedstawienia „elitarne” w liczącej niewiele ponad sto miejsc sali Warszawskiej Opery Kameralnej, a co innego widowisko plenerowe dla czterech tysiecy widzów.

                                                                    Joanna Tumiłowicz