Hasłem przewodnim tegorocznego festiwalu, odbywającego się po raz 35, lecz pod zmieniowym kierownictwem: Wojciecha Knapika, zarazem dyrektora miejscowego Centrum Kultury i Sztuki im. Ady Sari, oraz artystycznym Marcina Szelesta, była „Muzyka polska i muzyka w Polsce”. A więc z jednej strony rodzime utwory, pochodzące między innymi ze zbiorów klasztornych: miejscowych klarysek (przeznaczony na instrument klawiszowy tzw. Kancjonał Fabiańskiej) oraz częstochowskich paulinów (Kantata do św. Cecylii oraz Msza B-dur Franciszka Lessla), z drugiej wykonywane prawdopodobnie na warszawskim dworze Augusta II Mocnego Sasa kompozycje autorów francuskich.

Najbardziej zapadł mi w pamięć właśnie koncert barokowej muzyki francuskiej, z którą nieczęsto mamy okazję obcować. Większość tych utworów, zgodnie z obyczajem epoki, przebrana została w mitologiczne decorum. Dotyczy to zarówno sonaty Couperina, jak i kantat. Wyjątkiem jest Odgłos dzwonów opactwa św. Genowefy Marina Marais’go, wydobytego przed dwudziestu dwu laty z niepamięci dzięki filmowi Alaina Corneau Wszystkie poranki świata, gdzie twarzy użyczył mu Gérard Depardieu. Mimo programowego tytułu trudno dosłuchać się tam ilustracyjności. Jest to chaconna przeznaczona na violę da gamba, skrzypce i basso continuo z rozbudowaną partią tej pierwszej, której wirtuozem był autor.
Dziełem znacznych rozmiarów jest Parnas, albo apoteoza Corellego François Couperina (ma on też na swym koncie apoteozę innego włoskiego kompozytora, naturalizowanego we Francji i zasłużonego dla jej kultury muzycznej Jana Chrzciciela Lullyego), w którym znalazły zastosowanie zasady sonaty triowej jego przywołanego w tytule mistrza.

We Włoszech urodził się również Jean-Baptiste Stuck, kompozytor kantaty U wód w Thoméry (uzdrowisko w regionie Île-de-France), lecz z Francją związał większość swego życia artystycznego. Z kolei nauczycielem córki Couperina był Michel Pignolet de Montéclair, autor kantaty Powrót pokoju, traktującej w kategoriach batalistycznych o epidemii, która dotknęła Paryż. Miasta tego prawie nie opuszczał natomiast Louis-Nicolas Clerambault, którego kantaty Muza opery op. 19 dopełniła wieczór w starosądeckim Sokole, wzniesionym przez Zenona Remiego, a którego architektura z zewnątrz przywodzi na myśl kościół z absydą i transeptem.

Natalia Kawałek-Plewniak skupiła się przede wszystkim na wydobyciu tak ważnej w muzyce francuskiej czytelności tekstu poetyckiego, któremu podporządkowana jest linia melodyczna z niewielką ilością wokalnych ozdobników, by nie przytłumiły zrozumiałości słów. Interesującym z czysto poznawczego punktu „słyszenia” była prezentacja dawnych instrumentów klawiszowych lub ich współczesnych kopii. A więc pozostający w zbiorach klasztoru klarysek siedemnastowieczny pozytyw z głosami regałowymi, zaopatrzonymi w piszczałki językowe, dzięki czemu uzyskiwać można interesujące efekty brzmieniowe, wzbogacające na nim grę, czy klawikord szkatułkowy, ten ostatni udostępniony za pośrednictwem wykonanej na jego podstawie kopii.
Pejzażu dźwiękowego dopełniały repliki dużego klawikordu oraz klawesynu, których oryginały znajdują się w niemieckich kolekcjach muzealnych. Krzysztof Urbaniak, Maria Erdman i Ewa Mrowca zagrali na nich arie, pochodzące z przechowywanego w klasztornej bibliotece Kancjonału Teresy Ozanny Fabiańskiej, osiemnastowiecznej klaryski starosądeckiej. Są to wszakże jedynie szacowne zabytki o wartości wyłącznie historycznej.

Wyprawę w stronę polskiego klasycyzmu stanowił finałowy koncert z utworami Franciszka Lessla. Ma on ustaloną reputację jako twórca muzyki instrumentalnej, głównie za sprawą Koncertu fortepianowego C-dur oraz Wariacji na flet z orkiestrą, najczęściej wykonywanych skądinąd w dwudziestowiecznych opracowaniach Zbigniewa Drzewieckiego i Kazimierza Sikorskiego w pierwszym przypadku, Piotra Perkowskiego w drugim. Ten dział jego spuścizny reprezentował Sekstet Es-dur nr 4, przeznaczony na instrumenty dęte. Dzięki muzykom z Capellae Cracoviensis zachował on wiele wdzięku, zwłaszcza w ogniwach o tanecznej proweniencji. Na dodatek przedstawiono go w wersji oczyszczonej z późniejszych naleciałości i na instrumentach z epoki. Nie da się tego powiedzieć o muzyce kościelnej tego kompozytora, nie wykraczającej poza ramy ciekawostek historycznych. Ani Kantata na dzień św. Cecylii, ani Msza B-dur, ta ostatnia poza, być może, polskim tekstem Franciszka Wężyka, nie odznaczają się większą oryginalnością, czy też walorami artystycznymi, które zapewniłyby im trwałe miejsce we współczesnym repertuarze oratoryjnym.
Lesław Czapliński