Rozpoczęcie pracy nad operą zainspirowaną mitem Romeo i Julii nie wynikało bynajmniej z chęci Charles’a Gounoda przypodobania się gustom ówczesnej publiczności, ani z postanowienia wydłużenia długiej już listy lirycznych adaptacji tekstu Williama Szekspira. To pełen pasji i nacechowany pewną dozą mistycyzmu charakter francuskiego twórcy, który już uprzednio zmierzył się z powodzeniem z mitem Fausta, znalazł w historii kochanków z Werony teren sprzyjający rozbudzeniu jego artystycznej wyobraźni.

Nie chodziło tutaj zatem o szukanie jakiegoś samozadowolenia, lecz o owoc wieloletniego i powolnego dojrzewania rzeczonego tematu w sferze przemyśliwanych projektów. Dlatego też właśnie Gounod nie dokonuje tak często przez innych stosowanej adaptacji, tylko proponuje własną wizję muzyczną uniwersalnej historii. Zarazem warto zauważyć, iż wyprzedzając Carmen swego przyjaciela Georges’a Bizeta, a następnie Manon Jules’a Masseneta, tworzy on tutaj model opery wymykający się konwencjom francuskiej grand opéra i tym samym przyczynia się do odnowienia gatunku lirycznego.
Podobnie jak to miało miejsce w przypadku Mireille, tak i partytura Romeo i Julii powstawała w przepięknej scenerii Prowansji, a dokładniej mówiąc - w miasteczku Saint-Raphaël. O tym w jakim stanie ducha Gounod pisał nowe dzieło świadczą pisane przezeń regularnie do żony Anny listy.

W jednym z nich czytamy na przykład takie oto słowa: „Wstałem dzisiaj wcześnie rano wraz ze wschodem słońca. Spędziłem dwie lub trzy godziny nad morzem, trzymając pod pachą album z nutami. Następnie zająłem miejsce w domku, znajdującym się zaledwie dwadzieścia metrów od morskich fal, które rozbijały się tuż przede mną, po czym zabrałem się z miłością do pracy.

Nawet sobie nie wyobrażasz do jakiego stopnia spokój takiej egzystencji ułatwia myślenie”. Biorąc pod uwagę te idealne warunki do komponowania łatwo zrozumieć dlaczego nowa opera powstała w tak szybkim tempie: została wykreowana w paryskim Théâtre Lyrique du Châtelet w kwietniu 1867 roku i od razu spotkała się z niezwykle entuzjastycznym - jeszcze bardziej niż w przypadku innych dzieł tego kompozytora - przyjęciem. Nic zatem dziwnego, że sięgają po nią regularnie wszystkie teatry świata i - co ważne - nie muszą się one bynajmniej troszczyć o frekwencję, albowiem bilety rozchodzą się w zaiste ekspresowym tempie.
Tak też się obecnie dzieje w Operze w Awinionie, w której nowa produkcja opery Gounoda przyciągnęła natychmiast liczne rzesze melomanów. Na owo wzmożone zainteresowanie wpłynęło na pewno również w dużej mierze obsadzenie w roli Julii wspaniałej sopranistki pochodzenia bułgarskiego (ur. 1981) - Sonyi Yonchevej. Ponieważ nie jest ona jeszcze w Polsce znana, warto tutaj przybliżyć sylwetkę artystyczną tej wybitnej artystki. Śpiewu i gry na fortepianie uczyła się początkowo w Płowdiwie, w klasie Nelly Koitchevej, a następnie kontynuowała studia w Konserwatorium w Genewie w klasie Danielle Borst, gdzie uzyskała rozmaite wyrożnienia.

W 2010 roku zdobyła Grand Prix na prestiżowym konkursie Operalia, jak wiadomo powołanym do życia i organizowanym przez Placido Domingo. Została też uhonorowana nagrodą specjalną „Cultur Art”, ofiarowaną przez Bertitę i Guillermo Martinez, nagrodą Przyjaciół Festiwalu w Aix-en-Provence (2007) za rolę Fiordiligi w Cosi fan tutte i wieloma innymi odznaczeniami. Uczestniczyła w Akademii Młodych Śpiewaków „Jardin des Voix”, prowadzonej przez Williama Christiego, i zaraz potem została zauważona i zaangażowana przez Glyndebourne Festival, Télévision et Radio nationale Suisse, wspomniany wyżej Théâtre du Châtelet w Paryżu i Festival Proms w Londynie. Śpiewała już między innymi w Madrycie, w mediolańskiej La Scali, w Pradze, Montpellier, Lille, w Nowojorskiej Brooklyn Academy of Music i w tamtejszym Lincoln Center, w londyńskim Barbican Center, Frankfurcie, Lizbonie, Moskwie, Sankt-Petersburgu, Kopenhadze, Hamburgu, Zurichu, Monte Carlo itd.
Występowała u boku tak znamienitych artystów jak Placido Domingo, Emmanuelle Haim, James Conlon, Pierluigi Pizzi, Robert Carsen, Bryn Terfel, Adam Fischer, Ottavio Dantone, Fabio Biondi, Giovanni Antonini, Alain Gilbert. Oprócz bowiem swego zjawiskowo prowadzonego i pięknie we wszystkich rejestrach brzmiącego głosu, fantastycznego frazowania i technicznego mistrzostwa, Sonya Yoncheva porywa bywalców operowych osobistym urokiem i naturalnym wdziękiem, swobodą sceniczną i aktorskim temperamentem.

Te wszystkie walory objawiają się w całej krasie również i podczas przedstawień w Awinionie, podczas których Yoncheva porusza publiczność wrażliwym i pełnym zaangażowania budowaniem nieszczęśliwej postaci Julii. Godnym partnerem w partii Romeo okazuje się francuski tenor Forian Lanconi, przekonujący zarówno wokalnie, jak i aktorsko.

Występ tej młodej pary wywołuje na widowni rzadko tu spotykane entuzjastyczne owacje. Ale właściwie wszyscy soliści zasługują na słowa uznania: Isabelle Vernet jako Gertruda, Alexander Duhamel w roli Merkucja, Christophe Fel w partii Starego Kapuleta, Jerôme Varnier jako Brat Laurenty oraz Marie Lenormand (Stefano), Stanislas de Barbeyrac (Tybalt), Bernard Imbert (Gregorio), Jean-Marie Delpas (Książę Werony) i Pierrick Boisseau (Parys). Jak zawsze świetnie się też spisuje przygotowany przez Aurore Marchand chór. Zaś na czele doskonale dysponowanej Orchestre Lyrique de Région Avignon Provence stoi bezbłędnie się we francuskim repertuarze operowym z XIX wieku odnajdujący Alain Guingal, dzięki któremu muzyka Gounoda nabiera wyrazistych barw, odpowiedniego powiewu dramaturgicznego i ujmującej świeżości.
Niestety niewiele dobrego da się powiedzieć o inscenizacji francuskiego reżysera Paul-Emile’a Fourny’ego, który wyraźnie poświęcił walory estetyczno-wizualne na rzecz przeintelektualizowanej i praktycznie zupełnie nieczytelnej lektury dzieła, w dodatku nie do końca zgodnej z treścią libretta, a mającej podobno w założeniu nawiązywać do poetyki filmów Tima Burtona. Przestrzeń sceniczna jest wypełniona widokiem biblioteki, której ściany - podobnie zresztą jak łóżko Julii - są zwieńczone rogami jeleni.

Pośrodku wznoszą się aż do sufitu kręte schody, mające - według sygnalizowanego zamiaru reżysera - symbolizować pragnienie Julii wyrwania się z zamkniętego i wywierającego na nią trudną do wytrzymania presję środowiska rodu Kapuletów. Jego członkowie odziani są w długie i ciemne płaszcze, a na głowach noszą dość komicznie wyglądające peruki. Natomiast przedstawiciele rodziny Montekich, przemieszczający się nieustannie w grupie, mają prawo do bardziej ozdobnych, choć niezbyt efektownych strojów. W dodatku cały sceniczny obraz rozczarowuje brzydką i przygnębiającą kolorystyką, tak jakby reżyser zapomniał o sile promieniującej jasnością miłości i to niezależnie od dramatycznego zakończenia związku Romeo i Julii. Jeszcze raz zatem się okazuje, że to realizacja muzyczna musi rekompensować niedostatki warstwy wizualnej, co zdaje się ostatnio stawać swojego rodzaju regułą.
Leszek Bernat