Najnowsza premiera tej popularnej opery Giacomo Pucciniego zrealizowana na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi była jednocześnie okazją od jubileuszu 40-lecia pracy artystycznej Tadeusza Kozłowskiego, znakomitego dyrygenta operowego od początku kariery związanego z łódzką sceną operową. Ten teatr był miejscem jego debiutu w grudniu 1972 roku, pierwszą operą jaka prowadził od dyrygenckiego pulpitu była Traviata Giuseppe Verdiego.

Przez te wszystkie lata przygotował w łódzkim teatrze ponad 55 premier operowych, operetkowych i baletowych. W tej liczbie jest kilka premier polskich (Ehnaton Philipa Glassa, Dialogi Karmelitanek Francisa Poulenca, Kandyd Leonarda Bernsteina, Lukrecja Borgia Gaetano Donizettiego). Tadeusz Kozłowski jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, w klasie dyrygentury symfoniczno-operowej Bogusława Madeya.

Pracę dyrygenta rozpoczął już po trzecim roku studiów, przeszedł wszystkie stopnie dyrygenckiej kariery. Trzykrotnie był dyrektorem artystycznym łódzkiego teatru operowego. W 1985 roku wraz z łódzkim zespołem inaugurował działalność odrestaurowanego po pożarze Teatro Vittorio Emanuele w Messynie. W latach 1987-1992 był pierwszym dyrygentem Macedońskiej Opery Narodowej i Filharmonii Narodowej w Skopje. W tym czasie współpracował też z Chorwacką Operą Narodową w Zagrzebiu. Powrót do kraju był jednocześnie powrotem do ukochanego Teatru Wielkiego w Łodzi, gdzie jak twierdzi czuje się najlepiej. Oczywiście jego dyrygencki kunszt poznali bywalcy Opery Narodowej – Teatru Wielkiego w Warszawie, gdzie pełnił też funkcję dyrektora muzycznego oraz Opery Krakowskiej.
Wracajmy już jednak do premiery Tosci, której kierownictwo muzyczne sprawował Szanowny Jubilat. Tadeusz Kozłowski jak zawsze prowadził premierowe przedstawienie z niezwykłą precyzją troszcząc się jednocześnie o wyeksponowanie pucciniowskiej finezji brzmienia, cieniowania frazy i kolorystyki.W jego interpretacji były nie tylko wielkie namiętności i kłębiące się w tej muzyce emocje, ale również prawdziwy, narastający z minuty na minutę dramatyzm. Dyrygent zadbał również o właściwe proporcje brzmienia orkiestry, co pozwalało śpiewakom na swobodne prowadzenie głosu.

Tosca Moniki Cichockiej gra pełną paletą emocji, od lirycznej czułości w duetach z Cavaradossim poprzez gwałtowną zazdrość, aż do pasji i nienawiści w scenach ze Scarpią. Jej pewnie prowadzony głos miał duży ładunek dramatyczny, ale nie zabrało w nim lirycznych subtelności. Wielkie brawa za pięknie zaśpiewaną arię Vissi d’ arte, vissi d’ amore. Godnym jej partnerem okazał się Adam Szerszeń, który stworzył bardziej cyniczną niż demoniczną postać okrutnego barona Scarpii, w głosie którego przydałby się większy jeszcze dramatyczny pazur. Trzecim bohaterem obsady był Sylwester Kostecki, pokonujący dobrze brzmiącym głosem trudności partii Cavaradossiego z imponującą swobodą. Podobnie jest w przypadku Grzegorza Szostaka, który pięknie brzmiącym głosem i wyrazistym aktorstwem realizował z pełnym powodzeniem partię i rolę Zakrystiana.
Tym razem nie do końca przekonywująca i satysfakcjonująca okazała się praca tandemu realizatorów Janiny Niesobskiej i Waldemara Zawodzińskiego. Czarne garnitury, wojskowe mundury, pistolety, karabiny maszynowe oraz telewizor, na ekranie którego przerażona Tosca obserwuje bicie Maria, to najistotniejsze atrybuty ich inscenizacji, której akcja przeniesiona została do czasów współczesnych. To jeszcze jestem w stanie zaakceptować, ale tarzających się w miłosnym uścisku po kościelnej posadzce Tosci i Maria, już nie koniecznie!

Zresztą w pierwszym akcie tych nietrafionych pomysłów było jeszcze kilka, a już śpiewający Zakrystian o brudnych pędzlach Cavaradossiego nie mający ich nawet w zasięgu wzroku po prostu śmieszy. Nie bardzo też podobała mi się pozbawiona dynamiki scena Te Deum. Jednak najwięcej pretensji mam do realizatorów za II akt pozbawiony finezji w prowadzeniu przez Scarpię wyrafinowanej gry kończącej się w tym ujęciu lubieżnymi pozycjami Tosci i rozpiętym rozporkiem Scarpii, który ginie ugodzony szpikulcem zauważonym przez Toscę na stole bilardowym (kolejna wątpliwość). Na szczęście trzeci akt miał już właściwą sobie dramaturgię. Cavaradossi ginie, jak chcieli libreciści, tylko dlaczego po skoku Tosci do Tybru pod stopy oprawców Scarpii spływa z góry, w zupełnie innym miejscu, jej zwiewny szal. No cóż, można i tak, ale czy trzeba?
Adam Czopek