Nowe widowisko z muzyką pojawiło się w repertuarze Teatru Żydowskiego im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie. To Marienbad oparte na wątkach powieści Szolema Alejchema. Obyczajowe problemy zamożnych rodzin żydowskich z Warszawy początków XX wieku stały się kanwą do opowieści o paniach i panach, którzy udali się do austriackiego wówczas kurortu po zdrowie i... po przygodę.

Oderwanie od domu, większa swoboda panująca w słynnej uzdrowiskowej miejscowości stają się jednak powodem rozmaitych plotek i towarzyskich skandalików, które docierają w formie listów, a później lakonicznych telegramów do współmałżonków pozostawianych w kraju, i są tam przyjmowane z ogromną powagą. Owa pisemna korespondencja jest motorem narracji w całym przedstawieniu, co z dużą wprawą wykorzystał reżyser Maciej Wojtyszko.
W pierwszej części spektaklu akcja jednak toczy się raczej niemrawo i stanowi tylko podbudowę do spiętrzenia emocji w części drugiej, kiedy konflikty między zazdrosnymi małżonkami a ich wypoczywającymi i bawiącymi się połowicami sięgają zenitu. Inscenizowanym dialogom towarzyszą piosenki Jerzego Derfla traktowane tutaj jako przerywniki. Styl muzyczny tych produkcji opiera się zarówno na popularnych balladach miejskich jak i skłaniających do tańca walcach serwowanych przez uzdrowiskowe orkiestry. Warto zaznaczyć, że choreografia w tym spektaklu jest dziełem Emila Wesołowskiego zaś kierownictwem muzycznym całości zajęła się Teresa Wrońska, absolwentka warszawskiej Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina (klasa fortepianu), a zarazem kierownik muzyczny Teatru Żydowskiego. Wszyscy wykonawcy przedstawienia zostali wyposażeni w mikroporty, które włączano w momencie przejścia z fazy mówionej do śpiewanej. Nie było to jednak bez wpływu na spójność przedstawienia, zwłaszcza, że nie wszystkim produkcje wokalne wychodziły równie dobrze, jak role mówione. W miarę zrównoważyła oba talenty wykonawczyni głównej roli Belli Izabella Rzeszowska. Swoją obecność w tej komedii zaznaczyli dobrzy aktorsko Henryk Rajfer i Jan Prochyra, ale wszystkie te postacie zbladły w mgnieniu oka, gdy w końcówce spektaklu pojawiła się na scenie Gołda Tencer w roli typowej mieszczki z Warszawskich Nalewek. Szkoda, że na tak krótko.
Na koniec uwaga do reżysera świateł Ewy Garniec. Bardzo dobrym pomysłem wprowadzającym w nastrój podróży jest scena, w której sapaniu lokomotywy towarzyszą przesuwające się po dekoracjach światła przejeżdżających wagonów. Kiedy jednak lokomotywa wyraźnie przyśpiesza wagony toczą się wciąż w tym samym tempie. Między wrażeniami wzrokowymi i słuchowymi nie ma korelacji. W całości przedstawienie Marienbad pogodne i pełne humoru z pewnością będzie się podobać widzom.
Joanna Tumiłowicz