Z ponad dziewięciu oper Amilcare Ponchiellego jednym dziełem, które utrzymało się do dziś w tak zwanym żelaznym repertuarze jest Gioconda, która miała swoja prapremierę w La Scali w Mediolanie 8 kwietnia 1876 roku. Dla nas twórczość tego kompozytora ma jeszcze jeden walor, napisał on bowiem operę Litwini, której libretto oparte zostało na Konradzie Wallenrodzie Adama Mickiewicza. Niestety, podzieliła ona los większości dzieł tego twórcy i prawie nie można jej spotkać na scenie. W Polsce miała swoją prapremierę dopiero w 1996 roku i to jako wykonanie koncertowe.

Gioconda jest typowym wytworem XIX wiecznej opery romantycznej. Jej akcję wyznaczają intrygi, potajemne spotkania, odtrącona miłość, zazdrość, sztylet i trucizna. Wszystko to w oprawie pięknej muzyki, efektownych arii, duetów i potężnych scen zbiorowych. Właśnie to sprawia, że praktycznie nie schodzi z afisza jeżeli tylko dyrekcja teatru, który chce ją wprowadzić do repertuaru, dysponuje odpowiedniej klasy solistami, bo jednak partie wokalne w tej operze do łatwych nie należą.
Podobnie jest z nagraniami, nie jest ich wiele, ale za to firmują je nazwiska wielkich śpiewaków by wspomnieć Marię Callas, Renatę Tebaldi, Anitę Cerquetti, Montserrat Caballé, a ostatnio Violetę Urmanę, które odnosiły sukcesy w partii tytułowej bohaterki. Podobnie jest w przypadku partii Enza, z którą znakomicie radzili sobie Mario del Monaco, Carlo Bergonzi, Gianni Poggi oraz Luciano Pavarotti i Placido Domingo. Właśnie nagrania z udziałem wymienionych śpiewaków dominują na płytowym rynku.
Ale jest wśród nich nagranie, które powinno być obiektem westchnień miłośników tej opery. Dokonano go w 1968 roku w Teatro San Carlo w Neapolu. Utrwalono w nim „na żywo” piękne kreacje Renaty Tebaldi (Gioconda), Gianfranco Cecchele (Enzo), Anzelmo Colzani (Barnaba) oraz Franci Mattinucci (Laura) i Paolo Washington (Alvin). Niewielką partie Niewidomej, matki Giocondy pięknie śpiewa Della Lago. Niestety, dzisiejszemu melomanowi większość nazwisk (mimo, że byli w swoim czasie znanymi i cenionymi artystami) niewiele już mówi, ale nie dla nich – mimo, ze świetnie wykonują swoje partie – sięgamy po ten album. Warto po niego sięgnąć dla kreacji Renaty Tebaldi, która zdecydowała się zaśpiewać tę partię jako już dojrzała i doświadczona śpiewaczka. I to właśnie słyszy się od pierwszych fraz Giocondy. Tebaldi prowadzi głos pewnie i z pełną swobodą nie nadużywając forte (co niektórym śpiewaczkom dla, zademonstrowania dramatyzmu chwili, się zdarza). Jak zawsze głos tej śpiewaczki ujmuje pięknym we wszystkich rejestrach głosem. W przypadku Tebaldi mamy doczynienia z płynnością frazy, i wzorcową ekspresją. Ona nie epatuje słuchacza dramatycznym forte, jej kreacja ma w sobie refleksyjny dramatyzm kobiety, która wie, że musi się poświęcić dla miłości. Najpiękniej to słyszy się w słynnej arii Suicidio!, śpiewanej ze spokojną świadomością nieuchronnej śmierci. W jej śpiewie jest więcej rezygnacji niż dramatycznego napięcia, mamy je w świetnie zaśpiewanych duetach z Barnabą. Anzelmo Colzani okazał się godnym, pod względem wokalnym, przeciwnikiem Tebaldi. Warto jeszcze, z kronikarskiego obowiązku, przypomnieć, że Tebaldi dwukrotnie nagrała Giocondę, jest jeszcze nagranie z Carlo Bergonzim i Robertem Merillem.
To nagranie od lat konkuruje z dokonanym w 1952 roku nagraniem Marii Callas, której towarzyszą Gianni Poggi, Fedora Barbieri i Paolo Silvestri. Od niedawna mam oba, ale przyznaję, że dla piękna głosu Tebaldi i sposobu ujęcia tej partii oraz świetnie poprowadzonych przez Lamberto Gardellego scenach ansamblowych i zbiorowych, preferuję jej nagranie.
Adam Czopek