Sen Scypiona jest dziełem typu azione teatrale, napisanym w dwóch częściach z epilogiem. Dyrektor Stefan Sutkowski jako jedyny propagator muzyki genialnego Salzburczyka od siedemnastu już lat wystawia wszystkie dzieła Mozarta, które można pokazać na scenie. Il sogno di Scipione na afiszu tegorocznej edycji Festiwalu pojawiło się 16 lipca. Akcja powinna dziać się w Afryce. Akurat w warszawskiej inscenizacji Afryki nic nie przypomina, lecz dla przebiegu akcji nie ma to nawet najmniejszego znaczenia. Sen Scypiona ma miejsce w chmurach okalających granatowe, gwieździste niebo. Ono obrazuje miejsce, w które sen zostaje przeniesiony, jakby do niebiańskiej świątyni. W niej La Fortuna i La Costanza między siebie wytoczą działa, na podstawie, których tytułowy bohater ma dokonać wyboru swej towarzyszki. W niebiańskiej krainie pojawiają się w nim wszyscy bohaterowie sztuki, także Publio jego przybrany i Emilio, prawdziwy ojciec.

Odtwórca partii tytułowej, Krzysztof Kur prezentuje przyjemnej barwy, mocny, niemal spintowy tenor, którym nieźle włada. Jednak już na początku arii Lieve sono al par del vento dało się zauważyć, że pod technicznym względem formułując niektóre dźwięki opiera je o nos, co zdecydowanie odbiera im naturalny blask. W omawianej arii oddalając żądania w kwestii podjęcia decyzji, przy której zdecyduje się pozostać - zachwycał eleganckim prowadzeniem głosu w długich frazach. Subtelnym, lekko stonowanym warsztatem aktorskim starał się podkreślać, iż wyłącznie środkami muzycznymi oddaje określone stany uczuciowe granej postaci.
U Mozarta granice emocjonalnej zmienności pozostają w dosyć ciasnych ramach. Ale i z tym nieźle poradził sobie w drugiej części, po podjęciu decyzji, że pozostanie z piękną Costanzą. W arii Di che sei l'arbita del mondo intero gest połączył w organiczną całość ze stroną wokalną dając tym samym wspaniały wyraz artystyczny. Chociaż w tej arii natrafił na pewne problemy w kwestii zbyt masywnie wykonywanych koloratur. Agnieszka Kozłowska jako mniej sympatyczna La Fortuna jest artystką wizualnie piękną i obdarzoną równie pięknym sopranem. We wszystkich rejestrach bardzo dobrze nim włada i błyskotliwie wykonuje łańcuchy długich koloratur. Arię Lieve sono al. par de vento w pierwszej części oraz A chi serena io giro w drugiej, zaśpiewała brawurowo. Ale cóż z tego skoro śpiewała do publiczności zamiast do scenicznego partnera? Muszę przyznać, że takie aktorstwo niewiele ma wspólnego z teatrem operowym. Oglądanie koncertu w kostiumach z pójściem na spektakl właśnie akcją sceniczną powinien się różnić. W znacznym podobieństwie postać La Costanza przedstawiła Marzanna Rudnicka. Może podczas przecudnej urody, słowiczym głosem ślicznie śpiewanych arii: Ciglio che sol si gira oraz Biancheggio in mar li sogno używała bardziej eleganckich, z wdziękiem podawanych gestów, godnych bogini sceny, ale i one nie brały udziału w akcji. Nie były kierowane do Scypiona, lecz do widowni. O wiele bardziej "teatralnie" znaleźli się ojcowie Scypiona, przybrany i rodzony. Publio, którego kreował Leszek Świdziński nieskazitelnie prowadzonym głosem w arii Se voui che te raccolgano questi soggiorni przedstawił synowi, jaką pośmiertną sławę przyniosą ziemskie zasługi. W interpretacji tego tenora linia muzyczna tak bardzo jest połączona treścią wyrazową śpiewanego słowa, że znajomość języka włoskiego wcale nie jest potrzebna. W partii Emilio wystąpił tenor Piotr Rafałko. Prawidłowo prowadzonym głosem w arii Voi collagiù ridete bogatym zróżnicowaniem wyrazu artystycznego, płynnie akcentując punkty kulminacyjne, przedstawił Ziemię jako teatr ludzkiej pychy. Pozostała jeszcze jedna solistka, Marta Boberska, która jako Licenza w Epilogu ujawniła swoje ogromnie możliwości wokalne w arii Ah, perchè cercar degg'io. Chór solistów jak zwykle śpiewał pięknie, a Warszawska Sinfonietta pod batutą Dariusza Waszaka grała wspaniale. Wspomnieć również przystoi o doskonałym wyczuciu i dobrej współpracy z solistami klawesynistki Lilianie Grobelny.
Wilfried Górny