Przegląd nowości

"Zemsta nietoperza" w Opéra de Montpellier

Opublikowano: wtorek, 12, październik 2010 02:00
Johann Strauss, syn, powinien zgodnie z życzeniem swego ojca, który w swoim czasie przyczynił się do niewyobrażalnej już chyba dzisiaj popularności walca, obrać drogę kariery urzędnika bankowego. Na szczęście dla nas i milionów melomanów na całym świecie złamał jednak ojcowskie nakazy i zamierzenia rozpoczynając w ukryciu naukę gry na skrzypcach (w dodatku u członka założonej przez ojca orkiestry) i fortepianie. W roku 1844 zadebiutował jako kapelmistrz (mając zaledwie dziewiętnaście lat), a po śmierci ojca przejął jego orkiestrę - którą znacznie rozbudował - i stojąc na jej czele "roztańczył" cały ówczesny Wiedeń.
 
Image
 
Dzięki temu zdobył ogromną popularność (był również podziwiany przez takich muzycznych gigantów jak Liszt, Brahms i Wagner) i prestiżowe stanowisko dyrektora balów dworskich - to z myślą o nich napisał znaczną ilość swych słynnych aż do dzisiaj walców, polek, marszów czy galopów, wykonywanych na przykład ku naszej radości każdego roku na Noworocznym Koncercie Filharmoników Wiedeńskich. Jednakże spośród szesnastu operetek, które wyszły spod jego pióra, zaledwie (a może należało by powiedzieć - aż) trzy zyskały światowy rozgłos. Chodzi tutaj oczywiście o Zemstę nietoperza (Die Fledermaus), Noc w Wenecji (Eine Nacht in Wenedig) i Barona cygańskiego (Der Zigeunerbaron).
 

Zwyczajowo te operetkowe klejnoty pojawiają się na scenach teatrów lirycznych w okresie noworocznym, aliści dyrekcja Opéra de Montpellier postanowiła tym razem zerwać z rutynowym działaniem i na otwarcie bieżącego sezonu umieściła na afiszu właśnie Zemstę nietoperza,  w realizacji, która przed trzema laty oczarowała już widzów Tuluzy i Monte Carlo. Zanim jednak przejdę do omówienia tej ze wszech miar udanej produkcji, przypomnę w skrócie okoliczności powstania owej trzeciej z kolei w dorobku Straussa operetki. Otóż chociaż autorami libretta byli Karl Hafner i Richard Gené, to nie należy zapominać, że za pierwowzór posłużyła im komedia-wodewil Le Réveillon Henri Meilhaca i Ludovica Halévy'ego, współautorów największych sukcesów Jacques'a Offenbacha i przyszłych librecistów Carmen Bizeta.

Image

Podkreślić też należy fakt, że pomimo tego, iż Hafner i Gené przenieśli akcję komedii - przez wzgląd na austriacką publiczność - z Paryża do Wiednia, zmieniając zarazem imiona protagonistów i niektóre związane z nowym miejscem realia, to przecież w całości zachowali błyskotliwą, choć naszpikowaną niekonsekwencjami, intrygę. Prapremiera Zemsty nietoperza miała miejsce w Theater an der Wien w 1874 roku i od razu odniosła przekraczający wszelkie oczekiwania sukces, chociaż ogólnie panująca sytuacja polityczna wcale tego powodzenia nie zapowiadała. Warto bowiem przypomnieć, że w wyniku trawiącej przez dwa lata tamtejsze społeczeństwo gorączki giełdowo-spekulacyjnej w roku 1873 doszło do poważnej zapaści finansowo-bankowej, której konsekwencje najbardziej dotkliwie dotknęły właśnie pokazywaną w operetce Straussa - a także obecną na prapremierze - grupę ludności.


Po sukcesie wiedeńskim nastąpiła długa seria wznowień na całym świecie, natomiast do Paryża Zemsta nietoperza dotarła dopiero w roku 1904, tym razem w wersji dużo bliższej oryginału, albowiem dokonano wiernej wspomnianej wyżej sztuce adaptacji tekstu, znów umiejscowiono akcję w Pontoise i Paryżu, a większości bohaterów przywrócono francuskie brzmienie imion i nazwisk. Ta nieco spóźniona kreacja została przyjęta zaiste triumfalnie i od tamtej pory kolejne realizacje słynnej operetki przyciągają, we Francji oraz innych krajach, reprezentujących różne pokolenia widzów. Tak też się stało i tym razem w Montpellier, co zapewne wpłynęło na decyzję o przeniesieniu przedstawienia z zabytkowego gmachu Opéra Comédie do nowoczesnej sali Opéra Berlioz/Le Corum, zdolnej pomieścić znacznie większą ilość melomanów. Autorem rzeczonej - przygotowanej w koprodukcji z pięcioma innymi placówkami - inscenizacji jest były dyrektor belgijskiej Opéra de Wallonie w Liège, a obecnie szef Opery w Monte Carlo Jean-Louis Grinda.

Image

Powiedzmy od razu, że atrakcyjne wyreżyserowanie tej pokazującej francuskie wpływy na narodziny operetki wiedeńskiej pozycji, której oparte na nieporozumieniach i przebierankach libretto jest zarazem rodzajem swoistego hymnu na cześć frywolności i...szampana, nie należy wbrew pozorom do łatwych zadań. Ponieważ obserwujemy tutaj otwarcie manifestowane przez klasę dorobkiewiczów lekceważenie autorytetu władzy, prawa i moralności, wielu inscenizatorów ulega niefortunnej pokusie wykorzystania Zemsty nietoperza do snucia refleksji na temat upadku wartości społecznych czy wręcz - co gorsza - do pokazania walki klas. Jeszcze inni uznają za stosowne dokonywanie tzw. uwspółcześniania lub pozwalają sobie na szokowanie widzów niekiedy aż za bardzo osobistymi wizjami.


Tym bardziej miło stwierdzić, ze podstawową zasługą Jean-Louisa Grindy jest pokazanie nam, iż mamy tu przede wszystkim do czynienia dziełem o charakterze rozrywkowym, czarującą kompozycją zachęcającą publiczność - wbrew słabościom dramaturgicznym opowiadanej historii - do wspólnej zabawy. Jego ustawiona z precyzją i dokładnością szwajcarskiego zegarka (przy współpracy Rudy'ego Sabounghi - dekoracje, Danièle Barraud - kostiumy, Laurenta Castaingt - oświetlenie i Laury Scozzi - choreografia) inscenizację cechuje rzadko spotykana, a kojarząca się z wylatującymi z szampana bąbelkami lekkość i elegancja, artystyczny smak i sceniczna intuicja, a na podkreślenie zasługują także wyrafinowane poczucie humoru i znowu nie aż tak często w teatrach doświadczany szacunek dla widza. Trudno wręcz nadążyć za niezliczonymi pomysłami i gagami Grindy, które nigdy nie są zawieszone w próżni i za każdym razem znajdują swoje uzasadnienie w treści libretta lub klimacie muzyki, a tym samym nadają przebiegowi akcji odpowiednie tempo i dynamikę.

Image

Wystarczy chociażby wspomnieć o unoszącym się niespodziewanie w górę fotelu Gaillardena, w momencie kiedy mający przed sobą perspektywę spędzenia kilku dni w miejskim więzieniu bohater otrzymuje zaproszenie na bal u księcia Orłowskiego, o fruwających jak stado ptaków kapeluszach wyrzuconych w powietrze przez korzystające z gościnności rosyjskiego dyplomaty wiedeńskie towarzystwo płci męskiej czy o zmieniającej się na naszych oczach scenografii pozwalającej widzom przenosić się z mieszczańskiego apartamentu do książęcego pałacu. Utrzymane w duchu epoki detale dekoracji, efektowne kostiumy, z polotem prowadzona reżyseria świateł oraz pełna fantazji i niewymuszonej swobody gra aktorska składają się na przykuwającą uwagę swą plastyczną urodą i sceniczną skutecznością warstwę wizualną.


Szczery podziw budzi celnie skompletowana obsada solistów, w której między innymi znajdują się tak bezbłędnie odnajdujący się w lżejszym repertuarze artyści jak czarujące w równym stopniu wzorowo prowadzonymi głosami, co urokiem osobistym Sophie Marin-Degor (Karolina) i Mélanie Boisvert (Adela), brylująca w męskiej roli znudzonego już rozkoszami księcia Orłowskiego Carmen Oprisanu, bawiący do łez uwodzicielskimi zabiegami Olivier Grand (Gaillardin), pieszczący ucho powabnym tenorem Marc Laho (Alfred), obsadzony w roli pełniącego funkcję dyrektora więzienia Tourillona Jean-François Vincinguerra czy obdarzony nieprzeciętną vis comica Jean-Philippe Corre wcielający się w postać Leopolda, wiecznie pijanego strażnika więziennego. Od bardzo dawna ustaliła się już tradycja polegająca na tym, że artysta podejmujący się zbudować rolę tego szalenie gadatliwego bohatera, wykorzystuje ją w trakcie przedstawienia do zabawnego komentowania bieżących wydarzeń. Otóż śpieszę powiadomić, że i tym razem tradycji stało się zadość - wśród rozlicznych, głównie politycznych, wysyłanych w stronę publiczności przez Leopolda "szpilek" nie zabrakło także - jak się można było spodziewać - złośliwych aluzji do wywołującej protesty w całej Europie akcji likwidowania cygańskich obozów we Francji.

Image

Pech sprawił, iż mający stanąć za pulpitem dyrygenckim Lawrence Foster uległ w ostatniej chwili niegroźnemu wprawdzie, ale nieprzyjemnemu w skutkach wypadkowi, co sprawiło, że w  nagłym zastępstwie przed Orchestre National de Montpellier pojawił się jego asystent, młody, wszak niezwykle uzdolniony angielski kapelmistrz Robert Tuohy. Pod jego sprawną batutą mieniąca się szeroką paletą odcieni i barw muzyka Straussa porywa swą nieposkromioną energią, szampańską błyskotliwością, kipiącą ekspresją i wirem wciągającej do tańca rytmiki. Jednocześnie ta prowadzona z młodzieńczym temperamentem interpretacja pozwala delektować się odurzającymi melodiami i migotliwą instrumentacją, uświadamia nam też do jakiego stopnia niepodzielnie królujący w tej partyturze walc jest w stanie być nośnikiem rozległej gamy emocji bohaterów: od radosnej beztroski, nieodpartego pragnienia szaleńczej zabawy, przelotnej skłonności do bratania się z bliźnimi, aż do nagłego zasępiania się, smutnej melancholii czy wręcz poetyckich akcentów. Rozpoczęcie sezonu w tak przednim stylu i dobrym nastroju wystawia Operze w Montpellier jak najlepsze świadectwo.

                                                                         Leszek Bernat