Udostępniono też do zwiedzania kulisy i scenę główną, która była przygotowana do przedstawienia Piękna Helena i inne. Przy okazji oddano do dyspozycji zainteresowanych kostiumy, w których można było się fotografować. Panie z Działu Imprez i Reklamy dwoiły się i troiły by wszystkim ułatwić przemieszczanie się po teatrze no i pilnie baczyły by nikt się nie zagubił w tym labiryncie sal i korytarzy. Jednocześnie uczestnicy "Nocy w Operze" mogli obejrzeć wystawy: "Plakat operowy na świecie", "Straszny dwór w Operze Śląskiej" oraz "Od Katowic do Bytomia". Dużym zainteresowaniem przechodniów cieszyły się występy bytomskich śpiewaków na balkonie gmachu teatru.
Jednak centralnym punktem sobotniego wieczoru był spektakl Piękna Helena i inne obdarzony podtytułem Operetta Mixta w reżyserii Macieja Wojtyszki, który co prawda z Pięknej Heleny Offenbacha wziął tylko tytuł, no i może kilkanaście procent oryginalnej partytury. Zmienił nie tylko treść operetki i jej bohaterów, ale również jej partyturę wprowadzając fragmenty najbardziej znanych oper w zupełnie nowej aranżacji dokonanej przez Łukasza Wojakowskiego. Była więc m. in. Aida Verdiego, Cyganeria i Manon Lescaut Pucciniego, Czarodziejski flet Mozarta, Eugeniusz Oniegin Czajkowskiego i Gioconda Pochiellego. Do tego dołożył nieśmiertelne hity z Księżniczki czardasza, Wiktorii i jej huzara, Pericholi, Wesołej wdówki. Wszystko to zostało wymieszane i podane z humorem i sporym dystansem do operetkowo-operowej rzeczywistości. Wyszedł z tego miszmasz, który jednak oglądało się z przyjemnością i uśmiechem, tym większym, że występujący tego wieczory śpiewacy również potraktowali swoich bohaterów z dystansem i dobrze się bawili ich perypetiami. W sumie miły wieczór!

Właściwej inauguracji sezonu dokonano nazajutrz przestawieniem Strasznego dworu w reżyserii Wiesława Ochmana, którego premiera odbyła się na zakończenie poprzedniego sezonu. W reżyserii nic się nie zmieniło. Wybierając się na przedstawienie, któremu kształt sceniczny nadał Ochman jednego można być pewnym; będzie ono tradycyjne (w najlepszym znaczeniu tego słowa) w swoim kształcie i formie, a wszystko co dzieje się na scenie podporządkowane jest wierności autorskim didaskaliom i muzyce, z którą potrafi zharmonizować sceniczną akcję. Widz z pełnym poczuciem bezpieczeństwa zasiada na widowni by poddać się magii jego teatralnych wizji. Ochman nie szukając na siłę nowych treści, zawsze stara się zachować właściwy charakter dzieła i jego klimat. Tak jest i tym razem. Siłą reżyserii jest wierność tradycji, czytelne zawiązanie i przeprowadzenie uknutej przez Cześnikową intrygi, delikatnie zarysowany humor i dynamika scen zbiorowych, a przede wszystkim utrzymanie polskiego klimatu. Ochman subtelnie maluje poetyckie epizody prezentujące stare obyczaje oraz obrazy liryczne płynące z umiłowania polskości. Właśnie to sprawia że każdy z jego obrazów ma właściwy sobie klimat i nastrój.
Oczywiście najważniejsze jest jasne zarysowanie charakteru każdej z występujących postaci, a te mają w tej inscenizacji wyraziste rysy i postawę. Nad całością czuwa piastowski orzeł w koronie pojawiający się w prologu, w finale którego Stefan i Zbigniew przyrzekli trwać w bezżennym stanie i służyć ojczyźnie całym sercem.
Dla pełnego obrazu należy wspomnieć o udanej scenografii Jana Polewki, który wyczarował na niewielkiej bytomskiej scenie potraktowane dosłownie obrazy polskiego szlacheckiego dworu. Jedno co zupełnie mnie nie przekonywało to dziwne, pozbawione jednolitości, kostiumy. Ani były one stylizowane na szlacheckie (gdzie szlacheckie kontusze i pasy słuckie, czy sukmany?), ani nawiązywały do okresu w który toczy się akcja. Można zaryzykować stwierdzenie, że była to składanka na zasadzie: co tam mamy panie ciekawego w szafie. Nie wypadło to najlepiej i w pewnym, sensie działało przeciw reżyserii.
Premierowym przestawieniu największe wrażenie pozostawili: Arnold Rutkowski w partii Stefana i Ewelina Szybilska w roli Hanny. Dzielnie im dotrzymywał kroku Zbigniew Wunsch w roli Zbigniewa oraz Bogdan Kurowski - Skołuba i Adam Szerszeń - Miecznik. Przedstawienie inauguracyjne zdominowali młodzi śpiewacy, których miałem okazję oglądać i słuchać po raz pierwszy. Niestety, większość z nich ma jeszcze niewiele do zaproponowania tak pod względem wokalnym jak i aktorskim. Spięci tremą nie wypadli najlepiej. Obdarzony niezłym głosem Tomasz Urbaniak, śpiewał partię Stefana po raz pierwszy w życiu i to słyszało się od pierwszej do ostatniej frazy. Głównie nie radził sobie z wokalną techniką, swobodą emisji, a przede wszystkim miał duże kłopoty z czystością intonacji. Ewa Majcherczyk jako Hanna też nie zachwycała, szczególnie umiejętnością opanowania nadmiernej wibracji i swobodnej emisji. Jej głos w górnych rejestrach nie brzmi najlepiej. Oboje, chcąc występować, muszą jeszcze sporo popracować nad swoimi głosami. Stanisław Kuflyuk w partii Miecznika też wypadł blado i nieprzekonywująco. Również po raz pierwszy słuchałem młodego Cezarego Biesiadeckiego obdarzonego dobrze brzmiącym basem, który jednak bez większego zaangażowania śpiewał partię Skołuby. W tej sytuacji uwaga widza skoncentrowana została na pozostałych wykonawcach: Renacie Dobosz - Jadwiga, Joanna Kściuczyk-Jędrusik - Cześnikowa, Zbigniew Wunsch - Zbigniew oraz Włodzimierz Skalski - Maciej. Swoistą ozdobą przedstawienia był Juliusz Ursyn-Niemcewicz w potraktowanej z przymrużeniem oka partii Damazego.
Dyrektor Tadeusz Serafin rozpoczynając inauguracyjny wieczór zapowiedział w tym sezonie dwie premiery. Najpierw, w lutym, będzie to musical Phantom Maurycego Yestona w reżyserii Daniela Kustosika. Na maj zapowiedziano premierę Don Carlosa Verdiego w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego.
Adam Czopek