Przegląd nowości

Powrót na "Zielone wzgórze"

Opublikowano: niedziela, 05, wrzesień 2010 02:00

Po trzyletniej nieobecności muzyczne drogi znowu zaprowadziły mnie na Bayreuther Festspiele. Zapowiadająca się - teoretycznie - interesująco wizyta niestety, nie do końca spełniła moje oczekiwania. Żadne z trzech przedstawień nie satysfakcjonowało na tyle by nie patrzeć na nie krytycznym okiem i uchem. Nowa dyrekcja Festiwalu Wagnerowskiego: Eva Wagner - Pasquier i Katharina Wagner postanowiły wypuścić go na szeroko rozumianą nowoczesność, co w przypadku zaprezentowanych inscenizacji okazało się przysłowiowym strzałem w płot. I chociaż nadal intensywność wrażeń jakie się z Bayreuth wywozi nadal nie da się z niczym porównać, to nie można zauważyć tego, że proponowana nowoczesność jest, delikatnie mówiąc, dziwna!

Image

Na szczęście jak zawsze w Bayureuth było czego posłuchać! Festiwalowa orkiestra i chór są jak zawsze poza wszelką konkurencją, a i kilka fantastycznych głosów w partiach solowych też można było posłuchać. "Blacha" w Bayreuth zachwyca pięknym nasyconym dźwiękiem, a zarazem stopliwym brzmieniem, a kwintet smyczkowy ujmuje jedwabistą miękkością.

Image

O idealnym wprost stopniu zgrania i zestrojenia to nawet nie wypada pisać. Zresztą otrzeć się o wspaniałą atmosferę tego festiwalu to czysta przyjemność. Spacer po otaczającym Festspielhaus parku, rozlegające się z zewnętrznego balkonu trąbki i puzony grające motyw prezentowanego tego dnia dzieła, godzinna przerwa między aktami co jest okazją do skonsumowania bawarskich kiełbasek popijanych dobrym piwem to rzeczy, do których się później tęskni. Ale po kolei. 


Parsifal 

Od tego scenicznego misterium rozpocząłem moje nowe wagnerowskie doświadczenia. Reżyser Stefan Herheim przenosi akcję w czasy I wojny światowej i prowadzi ją w tym duchu do końca zmieniając przy tym nie tylko charakter postaci i ich znaczenie, ale również całe sceny. Akcja rozpoczyna się już podczas uwertury sceną śmierci matki Parsifala, którą ten jako mały chłopiec w marynarskim mundurku obserwuje. Przypomnę tylko, że monolog Ich sah das Kind, w którym Kundry wspomina śmierć matki Parsifala jest w połowie II aktu. Sam II akt rozpoczyna się projekcją filmową sceny walki żołnierzy w okopach. Ten obraz płynnie przechodzi w akcję sceniczną, a ta zamiast do czarownego ogrodu Klingsora prowadzi nas do szpitala dla rannych żołnierzy. Cześć dziewcząt - kwiatów zmieniona została w pielęgniarki, pozostałe mają kolorowe sukienki i licho wie jaki charakter.
 
Image
 
Po chwili jesteśmy świadkami ich zbiorowej kopulacji z żołnierzami - co jest nieco szokujące. Scena ta ma świetnie w scenografię wkomponowane lustra co zwielokrotnia akcję. Nagle w tym szpitalu pojawiają się panie rodem z paryskiego kabaretu -piękne pióra, barwne kostiumy, gołych biustów brak. Oszczędzając Państwu przydługiego opisu zaznaczę jedynie, że mamy w tym akcie jeszcze Klingsora w czarnych podwiązkach i pończochach, czarnych szpilkach, blond peruczce i fraku, co sprawia, że zamiast demonicznego czarownika mamy śmiesznego faceta co udaje kobietę. Zresztą Thomas Jesatko w tej roli też nie rzucał na kolana, jego głosowi brakuje potężnego "dołu" i dynamicznej ekspresji.

Kundry też upozowana jest najpierw na Marlenę Dietrich z Błękitnego anioła, później przypomina zmarłą matką Parsifala (to jedyna scena w całej inscenizacji, w której reżyser podkreślił dwoistość jej natury). Szkoda tylko, że Susan Maclean w tej roli była w tej roli mocno bezbarwna. W finale pojawiają się na scenie symbole nazizmu: czerwone flagi ze swastyką i  orłem ze swastyką w szponach. Cały ten upiorny świat runie kiedy Parsifal złapie ciśniętą przez młodzieńca z hitlerjugend włócznię (w wersji oryginalnej rzuca Klingsor). Trzeci akt zaczyna się krajobrazem po wojnie, czyli mamy ruiny i zgliszcza, po których snują się Gurnemanz, Parsifal i Kundry. W finale przenosimy się do współczesności na forum parlamentu, gdzie każdy wykrzykuje swoje racje. Jednak pojawiający się nad sceną w ostatnim momencie jaśniejący gołąb pokoju nie pozostawia wątpliwości co do przesłania całej inscenizacji.
 

Bogactwo pomysłów jakie reżyser zawarł w tej inscenizacji budzi uznanie, ale musi też budzić wątpliwości czy właśnie o to w tym scenicznym misterium chodziło Ryszardowi Wagnerowi, który uważał Parsifala za swój artystyczny testament. Podobnie ma się rzecz z symbolami, które nie zawsze były w pełni czytelne. Na dodatek takie ustawienie wyprało przedstawienie z atmosfery skupienia i uroczystego misterium co najbardziej odbiło się na muzyce. Jednocześnie, przez kostiumy ozdobione różnego kalibru skrzydłami, marynarskie mundurki  jest to przedstawienie bardzo w wymowie mieszczańskie.

Image

Dyrygujący przestawieniem Daniele Gatti nawet nie bardzo się starał oddać muzycznie ogrom ekspresji zawartej w partyturze dzieła. W sumie była to interpretacja dość monotonna i pozbawiona właściwej dynamiki. Z obsady największe wrażenie pozostawili: Kwangchul Youn w partii Gurnemanza i Detlef Roth jako Amfortas. Pierwszy z panów imponował pięknym szlachetnym brzmieniem potężnego głosu, drugi ujmował dobrym jego prowadzeniem i bezmiarem cierpienia i rezygnacji jakie zawarł w swojej kreacji. Reszta obsady była po prostu poprawna. Takie też grzecznościowe były oklaski po zakończeniu przedstawienia.

Najbardziej cennym pod względem wokalnym momentem była scena Kundry i Parsifala z II aktu prowadzona w niemal ascetyczny sposób. Dopiero tutaj Christorer Ventris i Susan Maclean pokazali pełnię swoich wokalnych i aktorskich możliwości. Pewne prowadzenie frazy  z uwzględnieniem specyfiki wagnerowskiego śpiewu, mocne dobrze brzmiące głosy budziły uznanie. 


Lohengrin

Nie będę ukrywał ta romantyczna opera jest od dawna moją wielką miłością. Lubię w tym dziele jego mroczną i tajemniczą atmosferę oraz jej fantastycznie przeprowadzone w muzyce kulminacje. Lohengrin  to jedno z najważniejszych dzieł muzycznego romantyzmu, w którym splatają się mit z historią oraz baśń z tragedią, jest zarazem pełnym ukoronowaniem pierwszego okresu twórczości Wagnera. Zanika tutaj już niemal zupełnie podział na poszczególne operowe numery przez co melodia, nieskrępowana tradycyjnymi regułami okresowej budowy, płynie zupełnie swobodnie szeroką falą. Dlatego możliwość obejrzenia każdej nowej inscenizacji traktuję jak moje prywatne muzyczne święto.

Z takim właśnie nastawieniem zasiadłem drugiego wieczoru w słynnej z doskonałej akustyki festiwalowej widowni. Po pierwszych taktach uwertury kurtyna idzie w górę a Lohengrin popychając przed sobą potężna białą ścianę usiłuje się wydostać z pułapki czy więzienia (?) - odpowiedź to słodka tajemnica reżysera. Po chwili drzwi się otwierają i Lohengrin wychodzi, a scenę opanowują zastępy myszy! Mamy myszy czarne, które towarzyszą Królowi Henrykowi, który nie jest żadnym władcą Brabancji, ale mysim królem z papierową koroną. To wśród mysich zastępów mając w tle rachitycznego badyla w doniczce zamiast wiekowego dębu sprawuje swoje sądy. Tutaj Telramund oskarża Elże o zabicie własnego brata Gotfryda. W tym czasie na ekranie pojawia się projekcja przekroju mysiej głowy, gdzie centralne miejsce zajmuje korona co ma być obrazem tego co ma w głowie Telramund (ależ łopatologia - pomyślałem!). Wchodzącej na scenę Elzie towarzyszą białe myszy - kolejna łopatologia, czarne złe, białe dobre. Później pojawią się jeszcze myszki różowe. I tak przez całe przedstawienie co jakiś czas myszy zdejmują kostiumy (fantastyczne!!!) i wieszają je na hakach jak w szatni górników. Raz pod spodem mają żółte garniturki, później będą w czarnych smokingach, za każdym razem pozostają im jednak mysie łapki i stópki. Jak już wydaje się, że mysi problem mamy z głowy to pojawiający się na scenie orszak ślubny pań towarzyszących Elzie brany jest w bajecznie kolorowe sukienki, a każda z nich ma ...mysi ogon! Który szybko staje się obiektem pieszczot dla towarzyszących im panów. Na tym tle dzieje się dramat Elzy i Lohengrina uknuty przez Otrudę i Telramunda. W finale nonsens sięga szczytu! Jakby tych myszy na scenie  było mało to w pewnym momencie trzeciego aktu mamy kolejną projekcję z tabunem gnających przed siebie białych myszek. Kiedy tytułowy bohater wie, że przegrał i musi opuścić Elzę na scenie pojawia się czarna trumna w czymś jajowatym co przykryte jest woalem. Lohengrin go ściąga i obraca to jajo, w którym siedzi siebie płód, który wstaje odrywa sobie pępowinę i rzuca jej fragmentami po scenie. Jednym słowem nonsens goni nonsens, a wszystko to nie trzyma się kupy. Ma się to tak do romantycznego przesłania tego dzieła jak kwiatek do kożucha. Myślę, że nie będą się Państwo dziwić jeżeli napiszę, że takiej porcji dezaprobaty dla tego co zrobił reżyser Hans Neuenfels jeszcze nie słyszałem w tym teatrze. Publiczność go bezlitośnie wybuczała i wygwizdała. I tylko gdzie niegdzie w tle odzywały się nieśmiałe oklaski aprobaty kiedy stanął na scenie. 


Na szczęście było w tym przedstawieniu czego posłuchać. Andris Nelson, na przekór reżyserii, zadbał o właściwą dawkę liryzmu i magiczną atmosferę silnych namiętności i narastającego w muzyce dramatu, dzięki czemu przykuwał uwagę słuchacza od pierwszych taktów wstępnego preludium. Dyrygent zadbał o tajemniczy klimat, czytelność każdej muzycznej frazy i pojawiających się tutaj już bardzo wyraźnie motywów przewodnich na czele z tymi, które po wielu latach odnajdziemy w Parsifalu. W obsadzie na pierwszy plan wyszła Annete Dasch obdarzona pięknym dźwięcznym sopranem, jest wręcz wymarzoną Elzą.

Image

Jej głos zachwyca delikatnością niewinnego dziewczęcia niezbyt świadomego w jakiej znalazła się sytuacji. Silny, dźwięczny i znakomicie brzmiący w każdym rejestrze głos oraz świetna technika, pozwoliły Simonowi O'Neill, który zastąpił chorego Jonasa Kaufmanna, na stworzenie obrazu prawdziwie romantycznego bohatera. Evelyn Herlitzius jako demoniczna Otruda prezentuje ogromny wolumen pięknego głosu i świetne wokalne aktorstwo. Szkoda tylko, że partnerujący jej w roli Telramunda Lucio Gallo okazał się bezbarwny tak pod względem wokalnym jak i aktorskim. Pięknie brzmiącym basem ujmował Georg Zeppenfeld w partii Króla Henryka. W przeciwieństwie do tego co festiwalowa publiczność zgotowała reżyserowi, tutaj zgotowała wykonawcom gorącą owację.


Śpiewacy norymberscy

To jedyne pogodne dzieło w całej twórczości Wagnera, mówi się o nim, że to jedyna kropla radości w morzu łez i cierpienia jakie panują w pozostałych jego dziełach. Wagner ciasnym ramom pedantycznej szkółki, która ze sztuki robiła sztywne pozbawione ducha artyzmu rzemiosło, przeciwstawił poetę pełnego życia, pasji tworzenia i wiary w wolną, niczym nie skrępowaną sztukę. Z humorystycznym zacięciem pokazuje ostry konflikt między entuzjazmem i geniuszem tworzenia, a  kostycznymi przedstawicielami szkoły nie uznającej żadnych nowych  trendów rozwojowych, dla których liczy się tylko ich wydumana tabulatura.

Image

Głównym bohaterem jest Walter von Stolzing, który w tej inscenizacji z woli reżysera, Kathariny Wagner z rycerza stał się nieco zwariowanym i ekscentrycznym malarzem. To on jest motorem napędowym akcji i to jego postępowanie prowadzi do szczęśliwego finału. Po drodze mamy ukazane w krzywym zwierciadle niemieckie zamiłowanie do porządku, karność i paramilitarne wychowanie dzieci oraz umiejętność pracy w grupie. No i ta pyszna scena z narady konserwatywnych mistrzów cechu śpiewaków.


Akcja toczy się wartko i dynamicznie, a występujące postaci mają jasno określone charaktery. Oko cieszy ładna oprawa scenograficzna, a ucho lekko i wdzięcznie brzmiąca muzyka co jest zasługą Sebastiana Weige, który właśnie lekkość i finezję brzmienia każdej frazy i motywu umiejętnie wyeksponował. On się wręcz, z lekkim dystansem, bawi perypetiami bohaterów. Muzyka pod jego precyzyjną batutą płynie swobodnym szerokim strumieniem zachwycając klarownie przejrzystym brzmieniem. W finale pierwszej sceny trzeciego aktu pojawia się melodyjny kwintet Selig wie die Sonne meines Glückes lacht pięknie śpiewany przez Ewę, Magdalenę, Sachsa, Waltera i Dawida. Nie brakuje też wielkich, pełnych wewnętrznej dynamiki, scen zbiorowych bardzo precyzyjnie prowadzonych. W finale drugiego aktu, w scenie nocnej awantury, mamy jedyną w dziełach Wagnera potężną podwójną fugę, co również zostało właściwie przez dyrygenta wyeksponowane.

Image

I tylko dwa zgrzyty burzą pozytywną ocenę całości. Oba pojawiają się w trzecim akcie. Najpierw teatrzyk gadających głów, wśród których można rozpoznać Wagnera i Liszta, wywijających penisami i w finale pojawienie się dwóch golasów. I w tej ostatniej scenie rozumiałbym ten zabieg gdyby pan miał właściwą muskulaturę (co sprawiło by pewnie frajdę paniom), a pani uwodziła zgrabną i ponętną sylwetką (to ku uciesze panów). Niestety, tak nie było, a rzucanie przez nich w chór piłek nie miało żadnego uzasadnienia dramaturgicznego. Mało wyrazisty, pod względem dynamiki, był też finał II aktu.  

W bardzo pod wokalnym względem wyrównanej obsadzie brylował Klaus Florian Vogt dysponujący świeżo brzmiącym i wyrównanym w każdym rejestrze tenorem, którym pod względem emisyjnym bezbłędnie władał. To była prawdziwa przyjemność słuchać go w tej roli kipiącej temperamentem. Konkursowa pieśń Waltera Morgenlich leuchtend in rosigem Schein, von Blüth und Duft o majestatycznej i szlachetnej melodii, kulminacyjny punkt całego dzieła, była w jego wykonaniu prawdziwym majsterszykiem. Pięknym głosem imponował też Norbert Ernst w partii Davida. Ponad wszelkie pochwały był James Rutheford w roli Hansa Sachsa, którego głos ujmował miękkim szlachetnym i ciepłym brzmieniem. Jedynie Magdalena Kaune w roli Evy nie budziła mojego szczerego entuzjazmu, ani wokalistyką (jej głos często ginął w ansamblach) ani aktorstwem.

                                                                                                 Adam Czopek