Już od paru lat stojący na czele paryskiego Théâtre du Châtelet Jean-Luc Choplin znacznie oddalił się od tradycyjnego repertuaru operowego proponując swoim widzom lżejsze gatunkowo pozycje, które w zdecydowanej większości nigdy jeszcze we Francji nie były wystawiane. Początkowo w ten sposób nakreślona polityka artystyczna była obiektem dość ostrych krytyk i źródłem wyrażanego przez wielu obserwatorów tutejszego życia muzycznego niezadowolenia. Wspomnianemu dyrektorowi zarzucano godne potępienia odejście od ambitnych koncepcji jego poprzedników oraz niszczenie historycznego dorobku tego prestiżowego teatru.
Jeszcze dzisiaj opinie na ten temat są podzielone, wszakże nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy Choplina przyznają, że udało mu się przyciągnąć nową publiczność, która ma teraz okazję obejrzeć w Châtelet dzieła zupełnie pomijane przez inne placówki. Na przykład w tym roku na afiszu pojawiły się takie perły lekkiej muzyki jak musical Rodgersa i Hammersteina The sound of music, musical Stephena Sondheima A little night music, czy opera Scotta Joplina Treemonisha i komedia muzyczna Alaina Boubila i Claude-Michela Schönberga Les Misérables. Obecnie zaś na scenie Théâtre du Châtelet święci triumfy jeszcze we Francji nieznana Magdalena Heitora Villa-Lobosa. Entuzjastyczne reakcje publiczności świadczą o tym, że i w tym przypadku Jean-Luc Choplin odpowiedział na rzeczywiste zapotrzebowanie na tego typu kompozycje.
Zanim jednak napiszę parę słów o tej pod każdym względem udanej produkcji, chciałbym w skrócie przypomnieć postać urodzonego w 1887 roku w Rio de Janeiro Villa-Lobosa, jednego z największych i zarazem najbardziej oryginalnych brazylijskich kompozytorów XX wieku. Niezależnie od klasycznego wykształcenia muzycznego, był on zawsze otwarty na inne formy kulturowe, co zaowocowało wieloma wyprawami po brazylijskiej prowincji, podczas których Villa-Lobos zapisywał tradycyjne śpiewy ludowe, szczególnie te praktykowane przez wspólnoty indiańskie. W roku 1923 udał się po raz pierwszy do Paryża i to właśnie w czasie tego pobytu nad Sekwaną narodziła się jego pasja do języka i kultury francuskiej. W latach trzydziestych ubiegłego wieku zaangażował się w organizowanie edukacji muzycznej w Brazylii, przyczynił się też na tamtym terenie do powołania do życia ważnych instytucji kształcenia muzycznego. Jako wielki wielbiciel Jana-Sebastiana Bacha napisał pod wpływem jego twórczości słynne Bachianas Brasileiras, w których udało mu się połączyć wpływy europejskie z tradycyjną muzyką Brazylii.
Od lat czterdziestych minionego wieku utwory Villa-Lobosa były już wykonywane w Stanach Zjednoczonych, a dokładnie w roku 1944 kompozytor odbył po tym kraju pierwsze tournée. Swoje największe sukcesy zawdzięczał znajomości z Homerem Curranem, librecistą Broadwayu, który regularnie współpracował z Edwinem Lesterem, przewodniczącym Los Angeles Civic Light Opera Association. To właśnie Curran wpadł w 1945 roku na pomysł napisania opery, której treść byłaby osadzona w realiach Ameryki Południowej - precyzyjniej mówiąc chodziło o usytuowanie akcji nad kolumbijską rzeką Magdalena. Villa-Lobos zainteresował się tym pomysłem, z tą jednak poprawką, iż część akcji nowo powstającego dzieła przeniósł także do ukochanego przezeń Paryża. Ostatecznie - określona przez brazyliskiego kompozytora mianem "a musical adventure" - Magdalena została wystawiona po raz pierwszy w Los Angeles 26 lipca 1948 roku (w reżyserii Julesa Dassina i pod dyrekcją Arthura Kaya), a zaraz potem w San Francisco i w nowojorskim Ziegfeld Theatre. Niestety schorowany kompozytor nie mógł uczestniczyć w jej kreacji.
Celowo naiwna treść musicalu ukazuje przywódcę ruchów wyzwoleńczych w malowniczo, ale i z fantazją przywoływanej Kolumbii, opowiada o miłosnej przygodzie paryskiej kucharki z żałosno-komicznym tyranem, o niemiłosiernie wykorzystywanych przez kolonizatorów i zmuszanych do ciężkiej pracy w kopalniach szmaragdów Indianach, o konflikcie pomiędzy kościołem katolickim i lokalnymi religiami. Na tle tych wszystkich napięć rozgrywa się historia pełnej pasji miłości Marii i Pedro, o odmiennych, wszakże odważnych i upartych charakterach, którzy niezależnie od trudności i rozmaitych przeszkód walczą o uratowanie ich szczerego uczucia.

Już od pierwszych taktów partytury Villa-Lobosa słuchacz jest wciągnięty w wir najróżniejszych wpływów muzycznych (Kurt Weill, Puccini, tradycje broadwayowskiego musicalu, walc hiszpański, swing, reminiscencje z dzieł Rameau etc.), w rzadko spotykane kombinacje wydawałoby się trudnych do pogodzenia stylów muzycznych, w pstrokatą przeplatankę piosenek, tańców, arii i scen zbiorowych. W reżyserii Kate Whoriskey, współpracującej ze świetnym skutkiem z Derekiem McLanem (dekoracje), Paulem Tazewellem (kostiumy), Warrenem Adamsem (choreografia) i Alexandrem Koppelmannem (oświetlenie), ten zabarwiony wspomnianą naiwnością i nasączoną prostotą bezinteresownością sceniczny egzotyzm porywa udzielającym się widzom rytmem, oryginalną, mieniącą się setkami odcieni, pogodną atmosferą i niezwykle atrakcyjną, kokieteryjno-fantazyjną warstwą plastyczną.
Niezwykle istotną sprawą dla oddania sprawiedliwości temu odkrywanemu w Paryżu z radosnym zdumieniem musicalu było skompletowanie swobodnie się w tego typu muzyce czującego zespołu wykonawców. Również i pod tym względem omawiane przedstawienie wzbudziło podziw szczelnie wypełniających widownię Théâtre du Châtelet odbiorców.

Zarówno fantastycznie śpiewający soliści z Aurélią Legay (Teresa), Marie-Eve Munger (Maria), Mlamli Lalapantsim (Pedro) i François le Roux (Generał Carabaña) na czele, pięknie i niejednokrotnie lirycznie brzmiący chór, jak i niezwykle sprawna grupa choreograficzna zbudowali niezwykle barwne, zabawne, a miejscami także wzruszające przedstawienie. Na czele całego zespołu wykonawczego stanął doskonały francuski dyrygent Sébastien Rouland, którego przykuwająca uwagę muzykalność, błyskotliwa interpretacja i konieczna tutaj umiejętność bezbłędnego synchronizowania planów ciągle zmieniającej kierunek akcji i dynamicznej muzyki zasługuje na duże uznanie. Nic dziwnego, że po zakończeniu spektaklu zgromadzeni przed gmachem paryskiego teatru artyści zgotowali młodemu maestro standing ovation. Naprawdę na to zasłużył.
Leszek Bernat