Znalazłem się tam, aby obejrzeć wznowienie Mazeppy, w inscenizacji Petera Steina i pod dyrekcją Kirilla Petrenki, przedstawienie, które niezależnie od upływającego czasu wciąż zachowuje swą wizualną atrakcyjność. Jego podstawową zaletą jest wierność librettu i muzyce opery, to znaczy ominięcie tak mocno oddziaływującej na innych reżyserów pokusy tzw. transpozycji. Otóż Stein pozostaje w każdym szczególe wierny dziełu Czajkowskiego i rozgrywa akcję w historycznych - zarówno w warstwie przywołującej osiemnastowieczną Ukrainę scenografii Ferdinanda Wögerbauera, jak i w nawiązujących do tamtej epoki strojach Anny Marii Heinreich - realiach. Celowo skromne i unikające wszelkiego zbędnego nadmiaru czy scenicznego przeładowania dekoracje sugestywnie ilustrują zamek Koczubeja, więzienny loch, zamieniający się na miejsce kaźni plac czy epizody plenerowe: na przykład pokryte gęsto padającym śniegiem pobojowisko. Zręcznym pomysłem jest też pokazanie słynnej Bitwy Pod Połtawą z początku trzeciego aktu jedynie za pomocą umieszczonego centralnie w głębi pudła scenicznego i upamiętniającego to wydarzenie historyczne obrazu. Ponadto nie brakuje takich atrakcyjnych koncepcji jak wprowadzenie na scenę prawdziwych koni, na których wjeżdża dumny Mazeppa i jego służący Orlik, a także urokliwie prowadzonych przez Duane Schulera ustawień świetlnych, bezbłędnie kreujących odpowiednie dla danego momentu klimaty i nastroje.
To właśnie w tak nakreślonych odsłonach plastycznych Peter Stein skutecznie i interesująco rozwija dramaturgię opery Czajkowskiego, nasycając ją przykuwającą uwagę ekspresją i siłą wyrazu. Do powodzenia tego artystycznego przedsięwzięcia przyczynia się wydatnie niezwykła dyscyplina gry aktorskiej - którą wszakże niekiedy przydało by się nieco oczyścić, zwłaszcza w pierwszym akcie, ze schematycznych i aż boleśnie banalnych gestów - oraz zaangażowanie sceniczne solistów.
Wśród tych ostatnich dominuje śpiewający partię Mazeppy (zamiast Wojtka Drabowicza) Nicolaï Putilin intrygujący nieprzeciętną urodą nienagannie prowadzonego barytonu, dramatycznym nerwem i głęboką identyfikacją z rolą. Paradoksalnie z gorącym przyjęciem spotkał się też występ obsadzonego w roli Koczubeja Anatolija Kotschergi, który wprawdzie wzbudza najwyższe uznanie poruszającą osobowością sceniczną oraz swoim bezcennym doświadczeniem w budowaniu postaci gubernatora regionu Połtawy, aliści rozczarowuje niemalże kompletną utratą umiejętności prawidłowego śpiewania, zastąpioną tutaj czymś w rodzaju naładowanej emocjami deklamacji. Olga Guryakowa jako Maria prezentuje solidny warsztat wokalny, choć brzmieniu jej sopranu brakuje jasnej lekkości i pożądanej zmysłowości, zaś Andriej Mishy Didyka, niezależnie od dużego, niestety nie zawsze właściwie wykorzystywanego potencjału głosowego, irytuje zbyt częstym popadaniem w melodramatyczną emfazę. Ta operowa maniera pozostaje w jaskrawym kontraście z doskonałym wyczuciem i subtelnym frazowaniem Marianny Tarasowej, która w roli Lubow udziela pouczającej lekcji na temat sztuki odpowiedniego dobierania środków wyrazowych.
Prowadzący pewnymi ruchami znajdującą się jak zawsze w wyśmienitej formie Orchestre de l'Opéra de Lyon Kirill Petrenko intrygująco wydobywa z partytury Czajkowskiego dynamiczno-kolorystyczne kontrasty, klarownie odczytuje wszystkie tematy, prowadzi pulsującą wewnętrznym rytmem narrację muzyczną i zapewnia jej wewnętrzną spoistość. Mamy tu do czynienia z imponującym żelazną logiką, pełnym wizji i obrazów realistycznie przemawiających do słuchacza wykonaniem, które potwierdza raz jeszcze wyjątkowe miejsce lyońskiej placówki na mapie europejskich teatrów lirycznych. To, że jej dyrekcja kultywuje pamięć o przedwcześnie zmarłym Wojtku Drabowiczu, jest zwłaszcza dla przybysza z Polski faktem szczerze wzruszającym.
Leszek Bernat