Od pewnego już czasu Opéra National du Rhin w Strasburgu dba o to, aby w każdym sezonie w jej repertuarowych propozycjach nie zabrakło chociaż jednej z najbardziej popularnych i znaczących oper Verdiego. Dzięki temu przed dwoma laty mogliśmy tu obejrzeć Bal maskowy, w zeszłym roku na scenie pojawił się Falstaff, a za parę miesięcy przyjdzie kolej na Simona Boccanegrę.
Obecnie na afiszu umieszczono Makbeta (w tzw. paryskiej wersji z 1865 roku przetłumaczonej na język włoski), dzieło pełne przemocy i krwawych namiętności, które doskonale wpisuje się w obraną w tym sezonie przez dyrekcję teatru tematykę zderzenia pokoleń na tle konfliktów politycznych, rozpoczętą już we wrześniu minionego roku przedstawieniem Ryszarda III Giorgio Battistelliego. Autorem przygotowanej w koprodukcji z Opera w Monte Carlo inscenizacji tej pierwszej zainspirowanej tekstem Szekspira opery Verdiego jest Francisco Negrin, którego zaskakująca wpierw intrygującymi pomysłami wizja plastyczna okazuje się ostatecznie dosyć konwencjonalna i pozbawiona oczekiwanej z utęsknieniem dramaturgicznej spójności. Otóż przede wszystkim cała jego realizacja osadzona jest w jednej - od początku do końca spektaklu tej samej - i metaforycznej oprawie scenograficznej przygotowanej we współpracy z dekoratorem i autorem kostiumów Louisem Désiré oraz odpowiedzialnym za ustawienia świetlne Bruno Poetem.
Zgodnie z zapowiedzią reżysera ma ona symbolizować rodzaj wyrwy w zamieszkanej przez prymitywne istoty puszczy lub może opuszczoną od dawna i przez wszystkich zapomnianą kopalnię. Tym sposobem Negrin chce przywołać przeklęte, pełniące funkcję śmietniska miejsce, na które wyrzuca się odpady zdegenerowanej i zwyrodniałej ludzkości: widok gnijących ciał staje się tutaj niepodważalnym dowodem na ślepe okrucieństwo, mordercze zapędy i bezsensowne dążenie do samounicestwienia zagubionego moralnie człowieka. Na bocznych ścianach tak zagospodarowanej przestrzeni dostrzegamy zawieszone w różnych pozycjach tajemnicze insekty oraz wielkie pająki, wydające się snuć nici życia i śmierci brutalnych, nieludzkich i nie zważających na konsekwencje swych podłych czynów protagonistów.
Przedstawiony przez Negrina świat rządzi się prawem przemocy, odpycha wyjątkową brzydotą i bezlitosnym barbarzyństwem snujących się postaci. Dodajmy jeszcze, że w perspektywie scenicznego pudła wznosi się dominujący nad rozgrywającymi się wydarzeniami mur, po którym przemieszczają się w pionie trzy uwiązane na linach akrobatki-czarownice (warto zresztą w tym miejscu zauważyć, że ograniczenie ich liczby do trzech jest świadomym powrotem do koncepcji z szekspirowskiego oryginału, albowiem w powstałej do libretta Francesco Maria Piave operze Verdiego mamy do czynienia z trzema rojami odgrywanych przez chórzystów czarownic). W zamieszczonej w książeczce programowej rozmowie z reżyserem czytamy, iż mają one swym wyglądem, pokracznymi pozycjami i wydobywanymi z gardeł dźwiękami - a właściwie piskami - przypominać widzom o ponurych konsekwencjach nieodpowiedzialnych działań człowieka (wojny, niszczenie środowiska naturalnego itd.), w rzeczywistości jednak stała obecnośc tych złowrogich kreatur na scenie z upływem czasu ociera się o męczący i zdradzający brak nowych pomysłów schematyzm.Tę uwagę można zresztą odnieść do całości tej dobrze się zapowiadającej, wszakże szybko rozczarowującej brakiem świeżych tropów interpretacyjnych warstwy wizualnej. Zamiast bowiem sugerować pewne wydarzenia - i tym samym zaufać wyobraźni odbiorcy - reżyser ulega pokusie zbytniej dosłowności, nie potrafiąc się jeszcze na dodatek ustrzec przed wywołującymi czasem uśmiech wpadkami.
Z tego punktu widzenia szczególnie zabawnie wypada moment, w którym płatni mordercy na zlecenie Makbeta zabijają Banko, a następnie, wbrew czasowej chronologii, oddalają się w celu oczekiwania na swoją przyszłą, aliści martwą już ofiarę. A nie jest to przecież jedyna niekonsewencja w tej nowej produkcji. Razi też przesadne i nie wiadomo czemu służące mnożenie epizodów skrupulatnie ukazujących kolejne zabójstwa, popełniane zresztą na ogół własnoręcznie przez Makbeta i jego popadającą w szaleństwo małżonkę.
Czy konieczne jest na przykład wprowadzenie aż nazbyt naturalistycznej sceny, podczas której stajemy się świadkami metodycznego pozbawiania życia każdego z dzieci szlachetnego Makdufa? Wszakże cały ładunek przemocy i zabójczego obłędu zawarty jest już w posiadającej ogromną siłę oddziaływania muzyce Verdiego, toteż nadmierna ilustracyjność doprawdy niczemu tutaj nie służy. Chyba że owa swoista "rzeź niewiniątek" ma jakiś związek z nieustannym podkreślaniem przez inscenizatora faktu, iż podstawowym motorem nieludzkich poczynań żony Mackbetha jest jej niemożność wydania na świat potomstwa. Wprawdzie w czwartym akcie Negrin umieszcza scenę porodu, ale w tym przypadku chodzi o koszmar krwiożerczej Lady Macbeth, która w lunatycznym śnie wyobraża sobie, iż wysuwające się z jej łona maleństwo jest w gruncie rzeczy spłodzonym przez czarownice potworem. Zresztą właśnie to pomylenie przerażającego widzenia z rzeczywistością popycha ją do popełnienia samobójstwa.
Budowanie portretów psychologicznych poszczególnych protagonistów nie należy z pewnością do mocnych stron omawianego przedstawienia, które razi systematycznym statyzmem oraz brakiem precyzyjnie i pomysłowo ustawionych zadań scenicznych czy też zbyt szybkim zadowalaniem się banalnymi i stereotypowymi działaniami aktorskimi, co wyraźnie nie służy kreśleniu przejrzystych relacji zachodzących pomiędzy bohaterami opery. Sytuację pogarsza jeszcze pogrążenie całej inscenizacji w głębokim półmroku, co sprawia, iż nawet bardziej indywidualne inicjatywy podjęcia gry aktorskiej spełzają na niczym, gdyż właściwie nie mogą być przez widzów dostrzeżone.
Kolejną niefortunną decyzją reżysera jest także częste umiejscawianie solistów w głębi przestrzeni scenicznej, co nie pozostaje bez wpływu na realizację niektórych partii wokalnych i - niezależnie od prawidłowej emisji danego artysty - zakłóca właściwe rozchodzenie się dźwięku po sali widowni. I tak na przykład ofiarą braku zrozumienia specyfiki teatru operowego ze strony Negrina pada kreujący rolę Banko Wojtek Śmiłek, którego ciekawie budowana postać sceniczna nie jest w tej sytuacji prawidłowo wyeksponowana i należycie dowartościowana.
Tym większa to szkoda, że występ polskiego artysty jest - podobnie jak w przypadku wielu innych przedstawień z jego udziałem - niekwestionowaną ozdobą rzeczonej realizacji. Bezbłędnie opanowana technika wokalna, doskonałe wyczucie verdiowskiego stylu i nieprzeciętna aparycja idą u niego o lepsze z aksamitno-szlachetnym brzmieniem pięknie nasyconego, gęstego i nośnego basa. Pomimo imponującego wolumenu swego przykuwającego uwagę głosu Śmiłek nie nadużywa dynamiki i nie przytłacza masywnym dźwiękiem, co zawdzięczamy jego umiejętności myślenia frazą, różnicowania oblicza wyrazowego i dogłębnego rozumienia podawanego tekstu. To wszystko składa się na żywą i efektowną kreację, która na pewno długo pozostanie w pamięci wdzięcznych słuchaczy.
Żywiołowy aplauz wywołuje również talent Koreańczyka Sébastiena Na - obsadzonego w tenorowej partii Macdufa - artysty wrażliwego i wyjątkowo muzykalnego, czarującego młodzieńczym, delikatnie rozwibrowanym i odznaczającym się rzadko spotykaną urodą głosem. Podobać się też może solidny i zdradzający profesjonalną znajomość rzeczy, zarazem giętki i mięsisty baryton śpiewającego tytułową rolę Bruno Caproniego, któremu jednak w moim odczuciu brakuje nieco dramatycznego zaangażowania i głębszej identyfikacji z budowaną przezeń postacią.
Pewne wątpliwości budzi natomiast występ szumnie w Strasburgu zapowiadanej Elisabeth Matos, która w partii Lady Macbeth poraża niesłychaną mocą zdolnego do wypełnienia każdej chyba sali sopranu, aliści rozczarowuje nie zawsze precyzyjną intonacją, pozbawionym plastyczności frazowaniem i brakiem wyrównanej barwy przy zmianie rejestrów. Można wprawdzie powiedzieć, że ten "szorstki" profil wokalny pasuje do psychologicznego portretu krwawej manipulatorki, jednak poszerzenie skali kontrastów dynamicznych i środków wyrazowych wydaje się w tym przypadku rzeczą wysoce pożądaną.
Na zakończenie duże słowa uznania należą się niezwykle sprawnemu włoskiemu dyrygentowi Enrique Mazzoli, który z często krytykowanej - nie bez powodu - Orchestre Symphonique de Mulhouse potrafi tym razem uczynić zgrany, dobrze brzmiący i posłuszny jego interpretacyjnym zamierzeniom zespół. Posługujący się precyzyjnymi i doskonale czytelnymi gestami Mazzola skutecznie pilnuje równowagi pomiędzy poszczególnymi grupami instrumentalnymi, dba o przejrzystość planów dźwiękowych, idealnie wyważone tempa i umiejętne rozładowywanie nagromadzonej energii bezbłędnie też panuje nad synchronizacją całego aparatu wykonawczego.
Pozorna - bo z pewnością poprzedzona wnikliwą pracą i świetną znajomością partytury - naturalność i swoboda włoskiego kapelmistrza zdradza jego teatralne podejście do wykonywanej muzyki, wyrafinowany gust i drapieżny temperament. Dzięki niemu konstrukcja dramaturgiczna dzieła Verdiego zostaje wzniesiona bez żadnych przeszkód i zakłóceń przyczyniając się ostatecznie do sukcesu tej pomimo wszystko pozytywnie przyjętej przez publiczność produkcji.
Leszek Bernat