Przegląd nowości

Pianiści świata na dwusetne urodziny kompozytora

Opublikowano: piątek, 09, kwiecień 2010 02:00

Cykl "urodzinowych koncertów"  zorganizowanych przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina w Sali koncertowej Filharmonii Narodowej, w Sali Wielkiej Zamku Królewskiego oraz w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej cieszył się ogromnym zainteresowaniem publiczności. Codziennie, od poniedziałku 22 lutego do drugiej daty urodzin - 1 marca, sale wypełniały się prawie zawsze w stu procentach, a na kilku recitalach i koncertach melomani tłumnie podpierali  filharmoniczne ściany, jak za dawnych lat bywało w gmachu na Jasnej. Mimo, że - moim zdaniem - nie wszyscy artyści zasługiwali na zaszczyt obecności na tych koncertach (wszak nie wszystkich zapraszamy na urodzinowe spotkania) to jednak obecność tak znakomitych pianistów - chopinistów, zwycięzców Konkursów Chopinowskich jak Garrick Ohlsson, Dang Thai Son, Yundi czy Rafał Blechacz, także świetne występy Jewgienija Kissina czy Leifa Ove Andsnesa były wspaniała ozdobą tych niezapomnianych wieczorów. Do takowych zaliczyłbym też recital Piotra Anderszewskiego, żeby artysta zagrał choć jedną chopinowską nutę... Takie ostentacyjne odwrócenie się pianisty plecami do Jubilata, i to na jego urodzinowym przyjęciu, było dla mnie pewnym nietaktem a już na pewno swoista niezręcznością.  Niechaj poniższe recenzje z niektórych wieczorów przybliżą nam atmosferę tamtych dni, ale i wątpliwości związane z repertuarem oraz z doborem zaproszonych, urodzinowych gości... 

                                                                                 Adam Rozlach, Polskie Radio


Na Chopina urodziny - Rafał Blechacz

Brylant. Klejnot najwyższej próby...Rzadko zdarza się aby w jednej postaci skupiło się tyle cech, bez których trudno sobie wyobrazić coś wielkiego, jedynego, niepowtarzalnego - zwłaszcza w dziedzinie interpretacji muzyki Fryderyka Chopina. Wrażliwość, uduchowienie, poetyckość odczuwania świata, młodzieńcze serce, a z drugiej strony nieprawdopodobna wręcz energia, jakby roznosząca go. Do tego ujmujący styl bycia, dużej miary skromność, a nadto nieskazitelna technika pianistyczna i wysoka muzyczna świadomość pozwalająca na muzyczne gry i zabawy na wyrafinowanym poziomie. Wszystko to tworzy zjawisko, któremu na imię Rafał Blechacz. Celowo podkreśliłem moc energii, bo kiedy wbiegał na estradę FN - wydawało się, że już - jak kiedyś Światosław Richter, który jeszcze nie usiadłszy zaczynał grać - chce od razu pokazać to, co potrafi (mam nadzieję, że nie dlatego aby tylko zdążyć na następny koncert bo ma ich ponoć w tym roku jubileuszowym ogromnie dużo). Wrażenie "pośpiechu" odczuwałem zresztą często, łącznie z wolną częścią. Nb. zauważyłem go już na płycie z koncertami pod Jerzym Semkowem (DG 2009) ale w obu przypadkach, tak więc i po urodzinowym koncercie w Warszawie, uznałem ten wyraźnie słyszalny pęd do przodu za w pełni kontrolowany, bo w jednej sekundzie, kiedy tylko trzeba było, Blechacz potrafił  przenosić nas w świat poezji. Nagle pojawiało się tempo wolne, przychodził czas na pokazanie dźwięku, na różne smaczki. To jedno. Druga, doskonale tłumacząca ten swoisty pośpiech  okoliczność wiążę się z tym, że Koncert f-moll Chopin pisał w wieku młodzieńczym, mając 19 lat, czyli był jeszcze młodszy od Blechacza o kilka lat. Obaj, podobnie młodzi, pełni humoru, swady, inteligencji ale i świadomości tego, co chcą osiągnąć. Śmiem zauważyć, że bardzo rzadko słyszy się takie właśnie "młodzieńcze" wykonanie tego dzieła.


Do tego pianista umie "bawić" się tą muzyką. Uśmiecha się, przekręca głowę, jakby rozmawiał z graną właśnie frazą, przekomarzał się z nią czy przekonywał do jakiegoś wykonawczego pomysłu sam instrument. Cały czas, widzimy i słyszymy, że to co robi sprawia mu ogromną przyjemność, a znaczy to dla nas bardzo wiele bowiem daje komfort słuchania, daje wręcz pewność, że nic "złego" się nie stanie, i nie staje się. Blechacz świetnie kontroluje bowiem cały proces wykonania, zna wszystkie problemy wykonawcze, ma je dopracowane do najdrobniejszego detalu i przygotowane na każdą okoliczność (np. współpracy z dyrygentem czy z orkiestrą).

Image

Interpretacja zaś - wydaje się - tak jest precyzyjnie wyreżyserowana przez pianistę, że równie dobrze mógłby zagrać Koncert obudzony w środku nocy. Jak zawsze zwracało uwagę panowanie nad klawiaturą, fortepian nigdy nie miał, nie ma i dziś przed nim żadnych tajemnic. Finał, podobnie jak i pierwsze, największe ogniwo, wywierał wrażenie. Pianista konsekwentnie bowiem potrafił zachować ten sam gatunek energii i temperamentu, wzbogacony tylko akcentami ludowymi - ciekawie zresztą a nie nachalnie. Bardzo starali się dorównać pianiście w tym jego radosnym, młodzieńczym pędzie, muzycy Orkiestry FN, z Antonim Witem na czele, ładnie wypadł i zagrał z całością waltorniowy sygnał (minęły już czasy podejmowanych w naszych filharmoniach zakładów czy uda się go zagrać precyzyjnie). A potem była wielka, zasłużona owacja i dwa pięknie wykonane mazurki. Ciekawie wykreował wpierw Mazurka a-moll op. 17 nr 4 a potem Mazurka As-dur op. 50 nr 3. Poruszająco...


 Garrick Ohlsson - wciąż zwyciężający !

Wśród urodzinowych gości codziennych koncertów w FN pojawił się drugi już zwycięzca Konkursu Chopinowskiego - Amerykanin Garrick Ohlsson. Kiedy obserwowałem tego potężnego - jak wyraziłem się w radiowym komentarzu - wielkiego jak Ameryka pianistę, nie chciało mi się wierzyć, że w tym samym miejscu zwyciężał dokładnie 40 lat temu. To nieprawdopodobne, może tym bardziej, że grał żywiołowo, z niezwykłą werwą, z wręcz młodzieńczą energią. A do tego swoją nieprawdopodobną dyspozycją pianistyczną sprawiał wrażenie, jakby właśnie przyjechał do Warszawy, aby wygrać Konkurs Chopinowski.

Image

Styl, w jakim zagrał na bis Etiudę cis-moll z op. 10, był na miarę najwyższej nagrody. Nie wiem czy ktoś zagra tak tę etiudę na najbliższym październikowym Konkursie ! Skoro jestem przy bisach to każdy z nich olśniewał wręcz: Walc cis-moll z op. 64 - zachwycił fantazją, oryginalnością, artysta zwrócił uwagę na takie szczegóły, jakich nikt, lub prawie nikt dotąd bodaj nie zauważył. Podobnie było z super błyskotliwie zagranym Walcem As-dur oraz z pierwszym bisem - pełnym delikatności i chopinowskiej poezji, Mazurkiem a-moll op. 7 nr 2.


Przed bisami, w II części znakomitego urodzinowego recitalu Ohlssona było op. 28 Chopina. Spojrzenie na 24 Preludia - absolutnie nietuzinkowe, skrótowo rzecz ujmując, zostawiające głęboki, muzyczny ślad. Ogromnie dynamiczne, zapowiadające mocny finał - co też się stało. Zwracała uwagę burzliwość 16 Preludium b-moll (mimo "zjedzenia" paru nutek); fantastyczne było 18 Preludium f-moll, cudownie spokojne F-dur, tak właśnie znienacka przygotowujące wybuch w tym ostatnim, podsumowującym całość...To była faktycznie jakaś całość, trochę żałowałem, że Ohlsson zrobił dość głęboką cezurę pośrodku cyklu...Część pierwsza też mogła przypaść do gustu najbardziej wybrednym miłośnikom muzyki Chopina. Rozpoczął wieczór od op. 36, rzadko grywanego, nie wiedzieć czemu. Impromptu Fis-dur zachwycało jasnym i wyrazistym zarysowaniem ujęcia, także więc czytelną logiką narracji. Robiła wrażenie burzliwa kulminacja, także pianistyka Ohlssona. Bardzo atrakcyjny muzycznie był początek recitalu. Ciekawie przedstawił Balladę As-dur choć nie było to takie do końca gładkie i potoczyste spojrzenie na całość dzieła. Są pianiści, którzy nie tak wyraziście "składają" II temat, jakby mniejszą wagę przywiązując wtedy do rozdzielających akcję pauz. To - jak sądzę - jest wyłącznie kwestią jakiegoś osobistego wyważenia tego "kulejącego" rytmu... Całościowo jednak i op. 47 zachwycało, z finałową kulminacją na czele. Potem usłyszeliśmy Fantazję f-moll op. 49 - znakomitą. Porywającą, trudną do opisania mocą kulminacji, brzmiących wręcz wielkomocarstwowo (jak nazywał taki kolosalny dynamizm gry mój profesor - Marian Wallek Walewski), ale i ujmującą delikatnością poezji finału, bajecznego w ujęciu Ohlssona, mimo wyjątkowo dramatycznej wymowy całości tego dzieła. Podobnie ogromny w swoim dynamizmie był też - niespodziewanie - Nokturn cis-moll op. 27 przez co, o ileż znaczniejszą rolę odgrywała wtedy gra kontrastów. Jak dla mnie stanowczo za burzliwy był ten poemat nocy, do tego grany bardzo mocną ręką - "nokturnowo", czyli elegancko rzecz ujmując...  Byłoby to groźne, gdyby Ohlsson powtórzył ten styl w drugim Nokturnie z tego opusu. Nic podobnego. Zagrany niemal attaca utwór nagle przeniósł nas szeroką ale delikatną, piękną śpiewnością w marzycielskie obszary "nocnego" przeżywania. Nastrój artysta stworzył wyjątkowy. I część kończyło Scherzo cis-moll - mocne i diaboliczne ale zarazem rozważne i stateczne. Poniósł go jednak w końcu temperament, ale czyż nie lubimy takich robiących wrażenie brawurowych szarż. Efekt był kolosalny ! Owacja jak najbardziej zasłużona, owocująca czterema bisami ! Chciałem napisać, że to Scherzo cis-moll jest szczególnie mu bliskie, jego estetyce, ale to nie byłaby prawdziwa puenta bowiem - moim zdaniem - jak mało komu, Ohlssonowi najbliższa jest cała muzyka Fryderyka Chopina. On się dla niej urodził. Zachwycał jej kreacjami, wygrywając VIII Konkurs Chopinowski w 1970 roku - dokładnie tak samo zachwycił i dziś, po czterdziestu latach, też zwyciężając !


Murray Perahia - sukces połowiczny

Trzecim pianistą grającym Chopinowi na dwusetne urodziny był Murray Perahia - renomowany, głośny artysta, który wiele czasu, od lat, poświęca naszemu kompozytorowi. Moim zdaniem jest to miłość, jeśli jego gra w ogóle może wyrażać tak duże uczucie - jednostronna. Ilekroć gra tu Chopina, gra go nerwowo, często z błędami. Może w końcu jakoś akceptujemy tę jego sztukę interpretacji i samego wykonania, ale na pewno nie jest to gra do podobania, do smakowania. Jak artysta tej miary może grać etiudy bez poczucia porządku, jakiejś stabilności (np. Etiuda c-moll op. 25 nr 5).  Jak może grać mazurki niczym walce ? Np. tak "bezproblemowo", w nastroju nawet nie walca, a walczyka, zagrał Mazurka As-dur op. 59 nr 2. Podobnie było w Mazurku fis-moll op. 59 nr 3. Wiele szczegółów "uciekało" mu w Mazurku cis-moll op. 50 nr 3, ale szczęśliwie nie brakowało nastrojowości.

Image

Bardzo dobrze zapowiadał się i przebiegał Nokturn cis-moll op. 27 nr 1, ale dobre wrażenie zepsuł wyraźny błąd, już prawie u celu drogi... Ładnie zaczął Scherzo E-dur, ale nie wygrywanie wszystkich figur, nie trafianie w dźwięki, granie dość niepewne, nie wystawiło mu najlepszego świadectwa. Z innej zaś, interpretacyjnej strony, było to prawdziwe scherzo, ogniste, nawet diaboliczne. Na bis zagrany Nokturn F-dur op. 15 nr 1 wreszcie zadowolił w całości ! Bezwarunkowo. Ładne i ciekawe były w nim kontrasty, świetna też kulminacja. Tak się zastanawiałem czy nie peszy go warszawska publiczność ? Może jakoś przerasta Perahię magia miejsca, że tak odbieram te jego tu koncerty... Ale nie, znam jego chopinowskie nagrania płytowe, w których wiele tych nie zawsze oczekiwanej, chopinowskiej specyfiki gry i ujęcia, potwierdza się w dużej rozciągłości. Jakże często zwraca uwagę ledwie pewną - może i niekiedy wyższych lotów ale jednak - poprawnością gry. Nie ma w niej wiele do podziwiania...


Natomiast bez porównania ciekawsza była I część jego wieczoru w FN. Wpierw zagrał VI Partitę e-moll Bacha, z pięknie zinterpretowaną Sarabandą (nb. nastrojowość gry mogła też podobać się w wielu chopinowskich propozycjach). Jego Bach zatrzymywał uwagę. Artysta przekonywał, ukazywał jej genialność. Było to granie mądre, idące do przodu, pełne przy tym dystynkcji i powagi. Grał bez technicznych i wykonawczych wątpliwości, do tego świetnie wyreżyserował muzycznie, wręcz kunsztownie swoje interpretacje, swoją drogą, podobają mi się też jego bachowskie nagrania płytowe. Podobnie atrakcyjna była jego wizja Sonaty E-dur op. 109 Beethovena. Tak samo imponowała pewna i skuteczna technika gry, wystarczająco wyrazista i atrakcyjna muzycznie. Patrząc jednak na ten wieczór pod chopinowskim kątem i w tym przypadku, też raczej zastąpiłbym Perahię kimś innym, komu Chopin odwzajemnia romantyczne uczucia...

Piotr Anderszewski - bez Chopina...

A jak wytłumaczyć - w tym urodzinowym kontekście - pojawienie się w Warszawie Piotra Anderszewskiego, którego nie stać było na zagranie choć jednej chopinowskiej nuty... Oczywiście, możemy sobie gaworzyć o różnorodności artystycznych ofert występujących w tym urodzinowym cyklu pianistów, że była to oferta atrakcyjna, że przyjechali słynni pianiści... Owszem, ale czyż nie mogli przyjechać i zagrać w innym cyklu wspomniani już tu Pogorelic, Perahia, także Anderszewski czy Barenboim, którzy do wybitnych chopinistów nigdy przecież nie należeli. a tej zasadzie można by było zaprosić na chopinowskie urodziny inne klawiszowe znakomitości, np. Elżbietę Chojnacką czy Andreasa Steiera...O tym, że Piotr Anderszewski należy do elity współczesnych pianistów wiemy od dawna. Zawsze sięga po mało znane kompozycje, zawsze stara się znajdować repertuar, jak najdalej odbiegający od jakiejkolwiek sztampy. Jego warszawski recital był ogromnie ciekawy i wartościowy. Artysta sprawił mi wielką radość, bo jego gra podobała mi się jeszcze  bardziej niż gra utytułowanego Perahii. Bach Anderszewskiego był jeszcze ciekawszy, a już na pewno całkowicie inny. Podobnie Beethoven (artysta, tego samego wieczora zagrał kolejną perłę z ostatniej sonatowej korony Mistrza z Bonn - op. 110). Anderszewski należy bowiem do rzędu tych -nielicznych - artystów, którzy zasiadając do instrumentu mają jeden główny cel: chcą nas wzbogacić i w szczególny, w o wiele bardziej niekonwencjonalny niż inni sposób, zainteresować wykonywaną muzyką. Ten styl polega i na tym, że Anderszewski z koncertu tworzy coś w rodzaju artystycznego misterium. Każe gasić światła, tworząc niecodzienną aurę (wszak sala filharmoniczna - jakby na to nie patrzeć - nie jest salą teatralną czy kinową...) o wiele bardziej sprzyjającą temu tak innemu podejściu i spojrzeniu na muzykę. Podobieństwo stylu i kierunku przeżywania, bo pewnie jeszcze nie kalibru kreacji, ze Światosławem Richterem jest tu bezpośrednie. To znakomity kierunek przy tym typie intelektualnego i pianistycznego wtajemniczenia. Jego muzyka płynie, płynie swoim i tylko swoim nurtem. Jest to zawsze niczym niewymuszona a frapująca i w sumie wielce zdystansowana opowieść artysty o muzyce, o kompozytorach, o ich świecie dźwięków. Płynęła muzyka Bacha, płynęła i Schumanna choć w o wiele bardziej - co zrozumiałe - romantyczny sposób, z wieloma kontrastami, z falowaniem nastrojów. Finałowe Adagio, nie wykonywanych, pewnie nie tylko u nas, 6 utworów w formie kanonu op. 56 (w wersji na 1 fortepian) R. Schumanna było czymś zjawiskowym i szczególnie misteryjnym właśnie. 


 Z wieczorem Anderszewskiego wiążę inne jeszcze szczególne spostrzeżenie - otóż jego sztuka sprawia wrażenie jakby u niego w ogóle nie było czegoś takiego jak pianistyka. To chyba jedyny artysta, którego gra nie męczy. Gra swobodnie, nie rzuca się na klawiaturę, nie zauważamy żadnych metod "walki" z instrumentem. Tworzy się wrażenie jakby przy nim w ogóle nie było tego gigantycznego przecież w rzeczywistości instrumentu. Jest tylko wszechobecna muzyka, i to brzmiąca na tym najwłaściwszym, najwyższym planie. O jednym jeszcze fenomenie chciałbym napisać: ta jego muzyka czyni wrażenie bardzo obiektywnej, dalece zdystansowanej, ale w gruncie rzeczy jest najbardziej subiektywną i szalenie indywidualną. Niby nie ma tej spektakularnej pianistyki, nie czuje się jej, ale zarazem jaka niezwykła jest dyscyplina i precyzja wykonawcza.

Image

Anderszewski choć swobodny i wyluzowany, jest niesłychanie opanowany i skoncentrowany. Mało tego, powierzchownie na to spoglądając, może się wydawać, że u niego wszystko jest takie samo, ale o tym, że jest całkowicie inaczej nie muszę chyba nikogo przekonywać, kto choć raz słuchał jego gry, kto zetknął się z jego sztuką. Z kolei w Gesaenge der Fruehe, w kompletnie nieznanym i niewykonywanym op.133  Schumanna, solista pokazał niesamowitą żywość ujęcia, niemal brahmsowską głębię tej muzyki, skomplikowane wielce harmonie i rytmy. Niezwykła muzyka, takoż podana nam przez Piotra Anderszewskiego. Fascynowało dźwiękowo, muzycznie opus 110 Beethovena. Allegro molto łączyło dynamizm z tajemniczością, recytatywne zaśpiewy w Adagio podane nam były w sposób iście genialny, a skonstruowanie fugi w finałowym ogniwie zajmowało najszczególniej, także w pianistycznej i muzycznej przejrzystości... Potem, już blisko północy, były jeszcze bisy (Bartok, Schumann) - zabrakło tylko Chopina, mimo wyraźnej zachęty kogoś z widowni i okrzyku:  Chopina ! Nic z tych rzeczy, nie złamał się... 


Czy zaprasza się wszystkich na urodziny ?  Pogorelic ekstremalny...

Chopin zniesie wszystko, i wszystkich, ale nie zniesie ekstremalnych przypadków. Jednym z takich, bardzo niechlubnych jest od dawna Ivo Pogorelic. O ile jednak na X Konkursie'80 był "tylko" (dla większości "aż") oryginalny o tyle dziś morduje muzykę Mistrza Fryderyka, czyni z niej, z premedytacją - prawdziwą karykaturę. To, co sprezentował Chopinowi na 200. urodziny było czymś niestosownym, wręcz niesmacznym.

Image

Myślę, że nikt z nas nie zaprasza wszystkich na urodziny, z wielu względów. Na pewno zaś nie powinno zapraszać się ludzi, dla których muzyka Chopina jest li tylko odskocznią do pokazania SIEBIE i swoich fanaberii. To nie mieści się w najwyższych standardach kultury jakie wyznacza muzyka Fryderyka Chopina. To nie ma nic wspólnego z szacunkiem dla kompozytora i jego estetyki. Pogorelic rozpoczął "niekonwencjonalnie" - kiedy publiczność zajmowała miejsce, ktoś sobie siedział przy instrumencie i cichutko muskał klawisze. Był ubrany w ciemnoszare ubranie, na głowie miał jakąś czapkę, nie pamiętam czy z pomponikiem. Po czym wstał, zabrał małą plastikową butelkę z wodą i ciężko wdrapywał się po stopniach estrady za kulisy. To był Ivo Pogorelic. Wielu mimowolnie oglądających tę scenkę moich sąsiadów nie chciało uwierzyć, ze to był ON. Patrzyli i nie widzieli...


Dochodziła godzina rozpoczęcia koncertu - zastanawialiśmy się czy zdąży się przebrać. Nie zdążył, koncert rozpoczął się z opóźnieniem, ale się przebrał. Nikt natomiast nie poprawił mu odstającego kołnierzyka z tyłu, ale to było najmniej ważne. Rozpoczęła Orkiestra Sinfonia Varsovia, brzmiała chyba ciekawiej niż w przeddzień Orkiestra Filharmonii Narodowej. Dyrygował nieznany mi Gruzin, George Tchitchinadze, nb. spodobała mi się jego sztuka dyrygencka - pełna elegancji, a przy tym czujna, precyzyjna i czytelna, dla wszystkich. Ale kiedy wszedł solista - zburzył wszelkie możliwe kanony elegancji, artyzmu, grał poza jakimikolwiek ustalonymi przez Chopina tempami. To ekstremalnie wolno, to znów biegunowo szybko, do tego w dynamice kilku forte, rąbiąc w klawisze i w fortepian bez opamiętania, akcentując czy wybijając nagle pojedyncze nuty granego tematu a la Webern, to znów grając na granicy słyszalności. Gdzieś tam może i było jakieś legato, ale gdzie mu do Chopina. Część druga - też ekstremalna w dynamice, w tym rąbaniu w fortepian, bardziej pasującym, jeśli już, do Koncertu b-moll Czajkowskiego choć przecież i tam obowiązują inne reguły gry. To nie ta muzyka, to nie ta estetyka, to nie to miejsce, to nie ten czas - na takie muzyczne bluźnierstwa i interpretacyjne karykatury. Byłem ogromnie zniesmaczony tym koncertem, także reakcją publiczności choć koncert przyjąłem znacznie spokojniej niż w listopadzie ub.r. w Krakowie. Były okrzyki, była standing ovation, były też skądinąd słuszne głosy tych zachwyconych: skoro wam się nie podoba - to po co przyszliście... Martwi mnie to, że nasze filharmonie wręcz żerują na tej niebotycznie bezgranicznej popularności Pogorelicha. Wystosowano kolejne zaproszenia...Niby jest prawdą, że jeśli publiczność chce przyjść, chce zapłacić kilkaset złotych za bilet, to grzechem byłoby go nie zapraszać, choćby i też dla podreperowania skromnych filharmonicznych budżetów ale - moim zdaniem - jest to działanie szkodliwe, nic nie mające wspólnego z edukacją, estetyką, kulturą czy z dobrym smakiem. Nasza publiczność choć niby doskonale znająca się na chopinowskiej rzeczy bałwochwalczo wręcz wybacza Pogorelicowi to, czego nigdy nie powinna wybaczyć. Nikomu... Pogorelic znów udowodnił nam, że jurorzy mieli absolutną rację w 1980 roku...