Przegląd nowości

"Platée" Rameau w Opéra National du Rhin w Strasburgu

Opublikowano: wtorek, 23, marzec 2010 01:00

Marc Clémeur, pełniący od niedawna funkcje dyrektora Opéra National du Rhin w Strasburgu, ma zwyczaj często powtarzać, iż wystawianie dzieł lirycznych nie może się odbywać kosztem zaniedbywania strony teatralnej spektaklu i że sama muzyka nie jest w stanie udźwignąć wszystkich wymagań tego jakże trudnego gatunku sztuki scenicznej. To wydawało by się oczywiste podejście, przecież nie przez wszystkich szefów placówek lirycznych wyznawane, zaowocowało już w przypadku Clémeura wieloma wybitnymi kreacjami, zwłaszcza w trwającym osiemnaście lat okresie, w którym ten belgijski artysta stał na czele Opéra des Flandres w Antwerpii. Teraz jego metoda znajduje pozytywne potwierdzenie również w Strasburgu, o czym przekonuje nas najnowsza inscenizacja Platée (Platea) Jean-Philippe'a Rameau, opery niezmiernie rzadko pojawiającej się w bieżącym repertuarze, z którą zmierzenie się wymaga od wszystkich realizatorów nie lada umiejętności i artystycznej odwagi. Przypomnijmy, że ostatnie, ukoronowane niebywałym sukcesem i już niemalże legendarne wystawienie tej ze wszech miar ciekawej pozycji (w reżyserii Laurenta Pelly'ego i pod dyrekcją Marc'a Minkowskiego) miało miejsce w Opéra de Paris w 1999 roku, a następnie ta sama produkcja odbyła triumfalne tournée po wielu europejskich miastach i doczekała się szeroko rozpowszechnionej rejestracji filmowej.

 Image

Kłopoty z Platée biorą się stąd, że mamy tu do czynienia z dziełem zupełnie wyjątkowym w całej twórczości Rameau. Po raz pierwszy wybrał się on bowiem w nigdy przedtem przez niego nie odwiedzane rejony komizmu, przy czym chodzi tutaj o dowcip pozbawiony wulgarności, wręcz wyrafinowany i miejscami posiadający nawet wymiar pewnego uduchowienia. Mówiąc w skrócie - Rameau opowiada nam historię Jupitera, który częściowo dla zabawy, ale także aby dać nauczkę swej zazdrosnej żonie Junonie, zstępuje do mokradeł i udaje, że pragnie poślubić śmieszną najadę Plateę.


 

Już na samym wstępie należy podkreślić, że w kontekście panujących wówczas zwyczajów ośmieszanie bogów z Olimpu i robienie sobie żartów z kodów rządzących tragedią liryczną było zabiegiem nie tylko nowatorskim, ale i w dużej mierze ryzykownym. Decydując się na ten śmiały krok Rameau przetarł nowe ścieżki operowe, które sto lat później doprowadziły do powstania opéra-bouffon Orfeusz w piekle Jacques'a Offenbacha. Ponieważ zaś stajemy tu w obliczu dzieła tak oryginalnego w dorobku autora Dardanusa, jeszcze dzisiaj muzykolodzy nie potrafią rozstrzygnąć czy Platée należy do gatunku tragedii lirycznej, comédie-ballet czy może opéra-comique. Sam kompozytor opatrzył swą trzyaktową komedię z prologiem mianem ballet-bouffon, co ze względu na rolę, jaką odgrywają w niej fragmenty baletowe, wydaje się być - zdaniem prowadzącego przedstawienia w Strasburgu dyrygenta Christophe'a Rousseta - najwłaściwszym określeniem.

Image

Za realizację warstwy inscenizacyjnej omawianej produkcji jest odpowiedzialna młoda, ale już doświadczona reżyserka Mariame Clément, która uwspółcześnia historię opery, wychodząc widocznie z założenia, że dzisiejsza, pozbawiona odpowiedniego przygotowania publiczność miałaby pewne trudności ze zrozumieniem jej opartego na mitologicznych symbolach przesłania. Otóż biorąc pod uwagę, iż tytułową bohaterką dzieła jest istota dążąca do nie przynależnej jej pozycji społecznej i że całe otoczenie utrzymuje ją w opartym na iluzjach przekonaniu o słuszności tych z góry skazanych na porażkę ambicji, Clément uznała za celowe usytuowanie akcji opery Rameau w rzeczywistości Ameryki lat powojennych.


A rzeczywistość ta jest na scenie - dzięki współpracy Julii Hansen (dekoracje i kostiumy), Reinharda Trauba (oświetlenie) i Joshui Monten (choreografia) - odzwierciedlona w sposób zaiste imponujący i dla współczesnego odbiorcy całkowicie zrozumiały. Odnajdujemy tu bowiem bogato ilustrowaną symbolikę i wszelkie poruszające naszą wyobraźnię, uwypuklające sztuczność i różnorakie sprzeczności przywoływanego świata,  kody kulturowe.

 Image

I tak na przykład przestrzeń sceniczną opanowują modne wówczas wynalazki urządzeń z zakresu gospodarstwa domowego, nowoczesne łazienki, szerokie limuzyny i wszelkie inne atrybuty wzbogacającego się i zachłystującego postępem technicznym mieszczaństwa. Już prolog ukazany jest w formie zakrapianej mocno alkoholem "imprezy", po której skacowane pary z trudem wydostają się z łóżka i kierują swe kroki w stronę nieodzownego w każdym gospodarstwie tostera. Wraz z upływającym czasem robi się coraz weselej, a celowo absurdalne gagi nadają przedstawieniu cokolwiek trudne do śledzenia, ale wyzwalające coraz mocniejsze salwy śmiechu tempo.


 

Ustylizowane na Marilyn Monroe Szaleństwo wychodzi z umieszczonej w ścianie lodówki, a następnie przybiera postać słodkiej idiotki z reklamy telezakupów, Momus ukazuje się w otoczeniu meksykańskiej orkiestry, Merkury opala się na nasłonecznionym tarasie, a Jupiter zaprasza Plateę do MacDonalda, gdzie zostają obsłużeni przez śmigające na wrotkach kelnerki. Niezwykle sprawny zespół baletowy bawi dowcipnie poprowadzonym tańcem z odkurzaczami czy pomysłowo zaaranżowaną bójką pomiędzy przybyłymi prosto z umieszczonego w głębi sceny ekranu telewizyjnego indianami i kowbojami, natomiast rozczarowuje prymitywno-wyuzdaną symulacją aktów seksualnych dokonywanych na ławkach fast-foodu. Aliści jednym z bardziej trafnych rozwiązań inscenizacyjnych jest wyrównanie różnicy wzrostu pomiędzy Plateą, będącą przecież żabią nimfą, a bogami i ludzkimi kreaturami przy pomocy powiększenia stanowiącego jej schronienie akwarium.

 Image

Cała ta realizacja imponuje nieskończoną ilością świadczących o niewyczerpanej wyobraźni reżyserki pomysłów, godną podziwu precyzją ustawionych jak w szwajcarskim zegarku działań scenicznych, przednim poczuciem humoru. Problem polega jedynie na tym, że to nadmierne nagromadzenie przesuwających się z dużą szybkością przed oczami widza gagów, inscenizacyjnych wynalazków i rozmaitego typu efektów doprowadza do wizualnego zmęczenia i przesytu, do zmącenia przezroczystości głównego wątku akcji, wreszcie do utraty zdolności wywoływania spontanicznego śmiechu. Daje się to na przykład wyraźnie odczuć w finale, do którego Mariame Clément niepotrzebnie i nie wiadomo po co wprowadza postacie de Gaulle'a, Einsteina czy Supermana. To nieustanne bombardowanie publiczności na ogół przecież celnymi "odkryciami" osłabia częściowo wymowę tego skądinąd błyskotliwie skonstruowanego przedstawienia.


 

Największej satysfakcji dostarcza jednak świetnie dobrana obsada wykonawcza, której filarem jest kreujący tytułową rolę Platei Emiliano Gonzalez Toro, artysta nie tylko wzorcowo sobie radzący z trudnościami wokalnymi tej rozbudowanej i wymagającej nieprzeciętnych umiejętności partii, ale również potrafiący oddać dwuznaczną naturę oscylującej pomiędzy żabą, fantazmem, a ludzką naturą istoty - jej wrażliwość i szczera naiwność są dzięki Gonzalezowi Toro naprawdę w stanie nas wzruszyć.

Image 

Trudno też pozostać obojętnym wobec pięknie brzmiącego kontratenora wcielającego się w postacie Tespisa i Merkurego Cyrila Auvity, czy aktorskich popisów François Lisa (Jupiter), Judith van Wanroij (Junona), a także anielskiego zabarwienia sopranu Céline Sheen (Amor i Clarine).  Ponadto najwyższy profesjonalny poziom prezentuje odgrywający w tej operze ważną rolę chór, którego interwencje są za każdym razem popisem kolektywnej sztuki wokalno-aktorskiej.

 Image

Wszakże głównym bohaterem wieczoru jest stojący na czele znanego zespołu "Les Talents Lyriques" Christophe Rousset, dyrygent, klawesynista, w dodatku wybitny znawca muzyki Rameau, często ją w trakcie licznych koncertów z powodzeniem wykonujący. Dzięki niemu partytura Platée ujawnia przed słuchaczami smakowite szczegóły dźwiękowe, szlachetność i elegancję stylu, przedni muzyczny humor oraz zaskakującą jak na ówczesne czasy zdolność do przełamywania sztywnych operowych konwencji. Dzięki Roussetowi nowa inscenizacja w Strasburgu nabiera orzeźwiającego polotu i dynamicznego rozmachu, za co wdzięczna publiczność nagradza cały zespół wykonawczy gromkimi i długotrwałymi owacjami.

                                                                              Leszek Bernat