Wydawać by się mogło, że sukces, z jakim spotkały się kreacje Konsula (wyróżnionego prestiżową nagrodą Pulitzera) i Medium, a także ogromna popularność zdobyta dzięki telewizyjnej realizacji opery Amahl i nocni goście powinny uczynić z Gian Carlo Menottiego szczęśliwego i pewnego swego twórczego potencjału kompozytora. A jednak ten cieszący się niebywałą sympatią publiczności i szacunkiem kolegów po fachu muzyk przeżywał w latach pięćdziesiątych minionego wieku wiele trudnych, naznaczonych rozmaitymi wątpliwościami chwil.

Po pierwsze niezależnie od tego, iż będąca jego przybraną ojczyzną Ameryka przyjęła go nadzwyczaj serdecznie, stwarzając mu właściwe warunki pracy, to serce Menottiego pozostało już na zawsze w jego rodzinnych stronach we Włoszech, co wywoływało u kompozytora, oprócz zrozumiałej tęsknoty, także poczucie pewnego wyobcowania.
W dodatku przyjazd do Filadelfii w wieku szesnastu lat i zanurzenie się w burzliwym stylu życia amerykańskiego społeczeństwa spowodowało praktyczne zerwanie z Kościołem katolickim, co z kolei stało się nieustającym źródłem wewnętrznych niepokojów i poczucia winy, które wraz z upływem czasu i jakby na przekór kolejnym sukcesom wciąż u Menottiego narastało.

Wreszcie trzeba też podkreślić, iż owemu duchowemu rozdarciu towarzyszyły wątpliwości natury estetycznej, biorące się ze zderzenia niezwykle indywidualnych poglądów twórczych włoskiego kompozytora z dokonującymi się w latach 1950-1960 radykalnymi zmianami w zakresie języka muzycznego oraz jego form i gatunków.

Ulubionym obiektem krytyki ówczesnych modernistów stała się przede wszystkim opera, uważana za przestarzałą, należącą już do przeszłości formę sztuki. Menotti nie odgradzał się od nowych prądów i tendencji muzycznych, wszak wolał przyjąć wobec nich niewątpliwie trudną i odważną postawę polegającą na wytrwaniu przy języku tonalnym. Wynikało to zresztą nie z braku zdolności dostosowania się do nowoczesnych trendów, lecz z autentycznej potrzeby i poprzedzonego przemyśleniami przekonania.
Jednym z rezultatów artystycznej refleksji Menottiego jest trzyaktowy dramat muzyczny Święta z Bleecker Street (The Saint of Bleecker Street) - do którego sam napisał libretto - zaliczany do najbardziej ambitnych dzieł tego kompozytora, tak pod względem ważkości tematu, jak i z powodu pokaźnych, w stosunku do innych pozycji, rozmiarów i rozmachu środków scenicznych. Skomponowanie tej czwartej już z kolei, wystawionej na Broadwayu (grudzień, 1954 rok), opery zajęło Menottiemu wyjątkowo dużo czasu, aliści trud ten zaowocował entuzjastycznym przyjęciem ze strony krytyki oraz powtórnym przyznaniem mu nagrody Pulitzera i to wbrew dość chłodnym początkowo reakcjom publiczności. Trzeba bowiem zauważyć, że nawet jeśli rzeczone dzieło utrzymane jest w bardziej tradycyjnym charakterze, niż poprzednie opery włoskiego twórcy, to mamy tu na pewno do czynienia ze złożoną, bogatą na różnych płaszczyznach i stanowiącą przełomowy etap w jego twórczości partyturą, której głębsze poznanie może nam dostarczyć wielu niespodzianek i pozytywnych doznań.
Intryga Świętej z Bleecker Street osadzona jest w nowojorskiej dzielnicy Little Italy lat pięćdziesiątych i opowiada historię Anniny, młodej kobiety, która corocznie w dzień Wielkiego Piątku wpada w mistyczną ekstazę i na której ciele pojawiają się przy tej okazji stygmaty. Mieszkańcy dzielnicy uważają utożsamiającą się z Chrystusem dziewczynę za świętą i wykorzystując jej uległość nalegają, aby dokonywała ona rozmaitych cudów. Fanatycznie rozmodlonemu tłumowi włoskich pobratymców sprzeciwia się gwałtownie brat Anniny, Michele, dla którego halucynacje siostry są jedynie wymysłem jej chorego umysłu. Szaleńczo ją kocha i wiedziony zazdrością nie dopuszcza myśli o tym, iż ktokolwiek mógłby chcieć wykorzystać jej rzekomy dar. Nie zważając na pogarszający się stan swego zdrowia Annina pragnie jednak za wszelką cenę wstąpić do klasztoru i jak najszybciej poddać się ceremonii przyjęcia ślubów. Michele stara się wszelkimi możliwymi środkami do tego nie dopuścić i ostatecznie ta gwałtowna walka pomiędzy szczerą i nieugiętą wiarą dziewczyny, a agnostycyzmem jej brata doprowadza do tragicznego finału i śmierci tytułowej bohaterki.
Odpowiedzialny za nową, prezentowną obecnie w Marsylii inscenizację Świętej z Bleecker Street Stephen Medcalf (wraz z Jamie Vartan - dekoracje, Katią Duflot - kostiumy, Simonem Corderem - oświetlenie) skrupulatnie przestrzega wskazówek kompozytora - który w przeszłości sam reżyserował swoje opery - i wiernie odtwarza geograficzno-obyczajowy kontekst przedstawianych wydarzeń. Przypominając na scenie realia Little Italy z jej specyficzną, właściwą skoncentrowanym na sobie społecznościom atmosferą, obskurnymi budynkami, świątecznymi tradycjami (w tym przypadku jest to wesele przyjaciółki Anniny: Carmeli), religijnymi procesjami, zachowującymi się jak mafiosi typami ukazuje połączoną tym samym pochodzeniem, ale także poczuciem uwięzienia w przypominającej pułapkę sytuacji wspólnotę. Tym sposobem zwraca też naszą uwagę na ich psychiczne rozdarcie pomiędzy dwoma odmiennymi światami i rzeczywistościami, tzn. zachowanymi w pamięci Włochami i Ameryką, oraz pokazuje, że tak naprawdę to w żadnym z nich nie czują się oni u siebie. Celną inicjatywą jest również pokazanie na scenie wzmiankowanej w III akcie stacji metra, na której ksiądz Don Marco zorganizował ostatnie spotkanie Anniny z jej ukrywającym się przed policją, po zabójstwie Desiderii, bratem. Wychodzące ze stacji i ginące w niej sylwetki wprowadzają wątek podróży i zagubienia jednostki w obojętnym tłumie, a tym samym przywołują wspomniane problemy trudnego położenia imigranta i doświadczanego przezeń konfliktu tożsamości.

Niezależnie jednak od tego realistycznego, niekiedy nawet przewrotnie malowniczego - nawiązującego do włoskiego weryzmu czy francuskiego naturalizmu - obrazu Little Italy, Stephen Medcalf stara się tak ustawić wszelkie działania sceniczne, aby widz miał świadomość, iż ten geograficzny kontekst jest tylko tłem służącym do rozegrania dramatu o znacznie bardziej uniwersalnej i prawdziwie ludzkiej wymowie. Dzięki temu dostrzegamy symboliczne znaczenia tej opery, która w żadnym wypadku nie zawiera antyreligijnych akcentów - jak to nieraz próbowano sugerować - lecz wręcz przeciwnie, pozwala śledzić wewnętrzne, związane z życiem duchowym dylematy, wahania i rozterki.
Opera Menottiego wymaga solidnej obsady solistów, dysponującej nieprzeciętnymi umiejętnościami wokalnymi i szczególną wrażliwością w zakresie rozumienia psychologicznego profilu każdej z postaci. Pod tym względem przedstawienie w Marsylii pozostawia dość mieszane odczucia. Obsadzona w roli Anniny Karen Vourc'h wzbudza uznanie plastycznością brzmienia swego sopranu, zdolnością do płynnego prowadzenia szerokich linii melodycznych i przede wszystkim sugestywną, pełną zaangażowania grą sceniczną, natomiast rozczarowuje systematycznym forsowaniem górnych dźwięków.

Wypada w tym miejscu jednak przyznać, że musiała się ona tutaj zmierzyć z wyjątkowo ciężką partią wokalną, której miarą trudności może być wielka, naładowana wciąż rosnącą ekspresją aria z pierwszego aktu. Postać Michele ucieleśnia obdarzony sceniczną intuicją Atilla B.Kiss, którego tenor o dość słabym wolumenie nie jest wszakże w stanie się bez słyszalnego wysiłku przebić przez masę dźwiękową orkiestry. W tej zbliżonej pod względem charakterystyki wokalnej do bohaterów Pucciniego roli jest to dość poważny mankament.

Żadnych zastrzeżeń nie można wysunąć pod adresem śpiewającego partię Don Marco Dmitry'ego Ulyanova, którego pięknie prowadzony bas w pełni oddaje autorytet, siłę moralną i dostojeństwo przedstawiciela hierarchii kościelnej, zdolnego też niekiedy do szczerej empatii dla cierpiącego rodzeństwa. Wysoce pozytywnych wrażeń dostarczają ponadto tacy artyści jak Giuseppina Piunti (Desideria), Juliette Galstian (Assunta), Pascale Beaudin (Carmela) i Sandrine Eyglier (Maria Corona). Słowa podziwu należą się jednolicie brzmiącemu chórowi, pełniącemu w omawianym dziele rolę zbiorowego bohatera, reagującego na wydarzenia, cierpiącego, współczującego, biorącego czynny udział w akcji.
Głębokie wzruszenia wywołuje stojący za pulpitem dyrygenckim Jonathan Webb, pod którego batutą Orchestre de l'Opéra de Marseille przekonuje słuchacza o tym, że muzyka Menottiego posiada cechy i siłę wyrazu porównywalne z właściwościami kamery filmowej. Oznacza to, że jest ona zdolna nakreślać ogólne stany emocjonalno-ekspresyjne, a zarazem, tam gdzie tego wymaga akcja, wyodrębniać plany dźwiękowe przypisane tylko jednemu protagoniście czy nawet jednemu słowu.

Muzyka ta nie jest zresztą nośnikiem jakiejś niepodważalnej prawdy, lecz w najprostszy z możliwych sposobów, choć jakże intensywnie, wyraża zawirowania ludzkiego sumienia. Tak zwana nowoczesność nie jest w niej celem samym w sobie, a dominującym czynnikiem okazuje się tutaj być wspomniana już ekspresja oraz twórcza, przejawiająca się w rozmaitości stylistycznej hojność i chęć dzielenia się ze słuchaczem szeroką paletą subtelnych uczuć.

To z pewnością za to Menotti jest tak gorąco kochany przez publiczność na całym świecie. Jego promieniujące humanistycznymi walorami i miłością do ludzi dzieło wymyka się łatwemu szufladkowaniu, lub zmiennej i kapryśnej modzie i dlatego wciąż pozostaje aktualne - w dobrym znaczeniu tego słowa - i warte poznawania. Najwyższa już zatem pora, aby tak rzadko jeszcze i wręcz z pewną nieśmiałością wystawiana Święta z Bleecker Street znalazła wreszcie należne jej już od dawna miejsce w bieżącym repertuarze teatrów lirycznych.
Leszek Bernat