Serge Dorny, dyrektor Opéra National de Lyon - od siedemnastu lat działającej w odnowionym, a właściwie na nowo wzniesionym, według projektu słynnego architekta Jeana Nouvela gmachu - ma wiele powodów do satysfakcji. Przede wszystkim przyszło mu działać w mieście, które aż dwadzieścia procent swego rocznego budżetu przeznacza na kulturę, co oznacza, iż dokonywane powszechnie pod pretekstem kryzysu cięcia finansowe nie są dla lyońskich teatrów aż tak bardzo dotkliwe, jak dla innych francuskich placówek. Poza tym Dorny jest świadomy tego, że stoi na czele teatru o wspaniałych tradycjach, cieszącego się doskonałą renomą w całym operowym świecie i posiadającego łatwo rozpoznawalne oblicze artystyczne. W dużej mierze jest to zasługą kierujących przez ostatnie dziesięciolecia losami rzeczonej placówki dyrektorów (na przykład reżysera Louisa Erlo czy Jean-Pierre'a Brossmanna), a także Johna Eliota Gardinera, który w 1983 roku powołał do życia operową orkiestrę - czego byłem szczęśliwym świadkiem - a następnie, jako jej szef muzyczny, potrafił w ciągu pięciu lat uczynić z niej prezentujący niezwykle wysoki poziom zespół. Na marginesie warto nadmienić, że na stanowisku koncertmistrza zasiada tutaj do dzisiaj znakomity polski skrzypek Kazimierz Olechowski i że obok niego grają także Karol Miczka, Magdalena Mioduszewska (skrzypce), Ewa Miecznikowska (wiolonczela) i Jacek Piwkowski (obój).
Po Gardinerze funkcję szefa muzycznego pełnili kolejno tak wybitni dyrygenci jak Kent Nagano, Louis Langrée i Ivan Fischer, którzy prowadzili bardzo śmiałą politykę artystyczną opartą między innymi na zamawianiu nowych dzieł, a także na promowaniu intensywnej działalności nagraniowej. Wystarczy przypomnieć, że to właśnie w Lyonie zostały wykreowane takie pozycje jak Les Nègres Michaëla Levinasa, Faustus, the Last Night Pascala Dusapina, Lady Sarashina Petera Eötvösa czy Jérémy Fischer Isabelle Aboulker oraz zasygnalizować, iż w marcu tego roku będziemy mieli okazję odkryć nową operę Kajii Saariaho Emilie. Zaś kolejny projekt będzie realizowany z kompozytorem Thierry Escaichem. Dodajmy jeszcze, że od 2006 roku niektóre z prezentowanych w Lyonie produkcji operowych są odtwarzane za pośrednictwem stacji radiowej France Musique i że fragmenty na bieżąco wystawianych przedstawień są do obejrzenia na operowej stronie internetowej.
Od 2003 roku Opera Lyońska nie miała stałego dyrektora muzycznego, lecz zatrudniała do poszczególnych przedsięwzięć artystycznych występujących gościnnie dyrygentów: na przykład Kirilla Petrenko do cyklu oper Czajkowskiego, Evelino Pido do bel canto czy Williama Christiego do realizacji "mozartowskich". Półtora roku temu Serge Dorny zmienił ten stan rzeczy mianując szefem muzycznym kierowanej przez siebie placówki Japończyka Kazushi Ono, młodego, ale doświadczonego artystę, który stał już na czele takich formacji jak Orkiestra Filharmoniczna Tokyo, Orkiestra Badisches Staatstheater w Kalsruhe i Orkiestra brukselskiej la Monnaie. Obecnie słuchacze ponownie mają okazję się zachwycić jego talentem przy okazji pokazywanej w Lyonie nowej realizacji Manon Lescaut Pucciniego, w reżyserii - jakże odmiennej od tej, którą oglądaliśmy niedawno w Marsylii - katalońskiego inscenizatora Luisa Pasquala, byłego asystenta Adama Hanuszkiewicza, Jerzego Grotowskiego oraz Giorgio Strehlera.
Otóż w tym przypadku osadzona przez librecistów w XVIII wieku historia młodzieńczej, namiętnej, aliści z powodu bezlitosnych norm społecznych ostatecznie doprowadzającej do tragedii miłości przeniesiona została do bliższych nam czasów lat pięćdziesiątych wieku XX. W dodatku już od pierwszej odsłony dowiadujemy się, że większa część akcji rozegra się nie na wzmiankowanym w libretcie placu w Amiens, ale na bardzo realistycznie odtworzonym dworcu kolejowym. Dlatego Manon, jej brat i wysoki urzędnik Geronte de Ravoir nie przybywają z Arras dyliżansem, lecz pociągiem, to właśnie pociągiem, a nie karocą Geronta, młodzi kochankowie uciekają do Paryża, wreszcie skazane na banicję do Luizjany dziewki publiczne zostają przywiezione do portu towarowymi wagonami, co szczerze mówiąc, ze względu na usytuowanie akcji w okresie powojennym, nasuwa skrajnie ponure skojarzenia. "Kolejowy" motyw został również wykorzystany - w mającym pierwotnie się rozegrać na pustyni w pobliżu Nowego Orleanu - akcie IV, kiedy to unosząca się do góry kurtyna ukazuje niemalże pustą scenę, otwartą z tyłu na perspektywę czarno-białego oceanu, z umieszczonymi pośrodku i donikąd już nie prowadzącymi torami. I chociaż ta ostatnia odsłona razi zbytnią dosłownością wizualną, to przecież nie można jej odmówić plastycznych walorów. Wydaje się zresztą, że ta cała, budowana w monumentalnej i metalowej scenografii Paco Azorina, sugestywnie podświetlanej przez Pascala Mérata, wizja została niejako przez Pasquala wyprowadzona z jednej, pojawiającej się w pewnym momencie w podawanym przez Manon tekście, metafory: "życie jest niespodziewaną podróżą, która może nas prowadzić w różnych kierunkach". I jedynie drugi akt zostaje przeprowadzony w zupełnie odmiennej estetyce, okazuje się bowiem, że wystawny pałac Geronta jest po prostu filmowym studiem i że wszystkie rozgrywające się w nim sceny są kolejnymi ujęciami filmowymi, o czym przypominają ustawione wokół kamery, reflektory oraz odliczane przez dyżurnego planu "klapsy". Z tego punktu widzenia duże wrażenie robi epizod madrygału, kiedy to sławiący urodę Manon śpiewacy wyglądają (ciekawie zaprojektowane przez Frankę Squarciapino stroje) i poruszają się (choreografia Montsego Colomé) tak jakby ich żywcem wyjęto z niemego filmu, w którym tytułowa bohaterka walczy o zaszczytne miejsce gwiazdy siódmej muzy. Czyżby kataloński reżyser chciał w ten sposób przywołać szekspirowskie "życie jest snem" lub balzakowską "komedię ludzką"?
Pewne zastrzeżenia budzi niezbyt trafne obsadzenie głównych ról. Wcielający się w postać kawalera Des Grieux Misha Dydyk, który w zeszłym roku na tej samej scenie podbił publiczność wspaniałą kreacją w opisywanej przeze mnie na łamach "Ruchu Muzycznego" inscenizacji Gracza Prokofiewa, tym razem sprawia wrażenie jakby styl Pucciniego znajdował się poza zasięgiem jego aktorskiej i wokalnej wrażliwości, jakby nie potrafił się wczuć w sytuację tego protagonisty. Niewiele lepiej wypada śpiewająca partię Manon Svetla Vassileva, prowadząca przekonywującą grę sceniczną, natomiast rozczarowująca forsowaną górą, niedbałą emisją i zbyt często zdradzającym zmianę zabarwienia przy zmianach rejestru sopranem. Paradoksalnie najmocniejszymi podporami obsady wykonawczej tej nowej realizacji są obsadzeni w drugoplanowych rolach artyści, zwłaszcza świetny pod każdym względem Lionel Lhote (Lescaut) oraz imponujący pięknie nasyconym basem Alexander Teliga (Geronte).
O interpretacji stojącego na czele Orchestre de l'Opéra de Lyon Kazushi Ono można mówić tylko w samych superlatywach, bo to właśnie jego pełne wizji i realistycznie przemawiających do słuchacza obrazów odczytanie partytury stanowi o sile omawianego przedstawienia. Oszczędza on słuchaczom nadmiernej afektacji i przesadnej ekspresji, a w zamian za to proponuje przesyconą wyobraźnią kolorystyczną i odpowiednio splatającą liryczne i dramatyczne pierwiastki, naturalną i porywającą narrację muzyczną. To w każdej chwili wierne intencjom kompozytora i posłuszne batucie dyrygenta współbrzmienie całego aparatu wykonawczego sprawia, iż warto się na tę produkcję do Lyonu wybrać.
Leszek Bernat