Obejmując funkcję dyrektora Opery Paryskiej Nicolas Joël zapowiedział, że głównym priorytetem jego działań artystycznych będzie przywrócenie warstwie wokalnej należnego jej w spektaklu operowym miejsca. W tej nieco celowo kąśliwej wypowiedzi postawił się w zdecydowanej opozycji wobec poprzedzającego go na tym stanowisku Gérarda Mortiera, który z upodobaniem wywoływał wiele kontrowersji stawianiem na pierwszym planie w założeniu nowatorskich, a w gruncie rzeczy prowokacyjnych inscenizacji. Wszakże miłośnicy sztuki operowej, którzy mieli okazję śledzić poczynania Joëla w Théâtre du Capitole w Tuluzie i podziwiać jego umiejętność celnego dobierania obsad solistów do poszczególnych produkcji, ani przez chwilę nie wątpili w szczerość tej wielce obiecującej deklaracji. Zostaje ona zresztą potwierdzona raz jeszcze za sprawą sprowadzonej z londyńskiej Coven Garden i wystawianej obecnie przy placu Bastylii fantastycznej pod każdym względem realizacji Werthera Julesa Masseneta.
Otóż to wzbudzające powszechny zachwyt publiczności i krytyki - co w Paryżu należy do niezmiernie rzadko występującego zjawiska - przedstawienie przygotował debiutujący w teatrze operowym, choć mający już w swoim dorobku ekranizację Toski (2001), reżyser filmowy Benoît Jacquot. Powiedzmy od razu, iż jego trzymająca się wiernie libretta oraz surowa i ograniczona do wizualnego minimum, czyli pozbawiona plastycznych fajerwerków wizja zmierza do istoty tragizmu opowiadanej nam w trakcie czterech aktów historii, a zarazem umiejętnie wydobywa z niej esencję wylansowanego przez Goethego, za pomocą literackiego pierwowzoru, preromantyzmu.
Dzięki Jacquotowi, a także współpracującemu z nim Charles Edwardsowi (scenografia), Christianowi Gasc (kostiumy) i André Diotowi (oświetlenie) zostajemy od samego początku zanurzeni w przejmującym klimacie tego prześwietlającego ludzkie uczucia i odsłaniającego ich kruchą naturę dramatu muzycznego, którego treść jest w prezentowanym nam obrazie scenicznym powiązana z kolejnymi porami roku. I tak w pierwszym, przeprowadzanym na tle zamglonego nieba, akcie Werther pojawia się przed wysokim, obrośniętym bluszczem murem, w którym dostrzegamy przywoływaną przez protagonistę fontannę. Następnie scena pokrywa się jesiennymi liśćmi, kojarzonymi z pełną nostalgii i melancholii refleksją na temat przemijania i kresu życia, a w finale opery, w nawiązaniu do śpiewanej w oddali przez grupkę dzieci kolędy, cała przestrzeń wypełniona zostaje widokiem gęsto padającego śniegu i tylko umieszczona pośrodku, zastępująca gabinet roboczy Werthera, szopa symbolizuje przytłaczające i oddzielające bohatera od całego świata miejsce, w którym ten oszalały z bólu niespełnionej miłości młodzieniec popełnia samobójstwo. Natomiast nieco odmienny w charakterze jest odddziaływujący tajemniczym urokiem akt trzeci, rozgrywany w dekoracjach wzorowanych na płótnach duńskiego malarza Vilhelma Hammershoia. Ogólnie mówiąc, ta subtelnie i finezyjnie zaplanowana inscenizacja, w każdym momencie eksponująca główny wątek opery (tzn. swoiste studium niszczącego uczucia), wzrusza widzów szlachetną prostotą, delikatną powściągliwością i nie skażonym choćby cieniem histerii umiarem.

W podobnej tonacji utrzymana jest po mistrzowsku ustawiona i unikająca wszelkich melodramatycznych akcentów - przenosząca się niekiedy nawet na widownię - gra aktorska, w której drobny ruch, spojrzenie czy ledwie postrzegalna zmiana pozy mają konkretny cel, sens i znaczenie. U Jacquota każde nieśmiałe zbliżenie się rąk, każde jakby powstrzymane w pół drogi dotknięcie czy chwilowe znieruchomienie kochanków dużo więcej mówią o ich naznaczonej cierpieniem i rozpaczą miłości niż patetyczne i przerysowane zachowania obserwowane nieraz w innych realizacjach tej opery. Aliści wypełnianie tak trudnych zadań scenicznych jest tutaj możliwe tylko dzięki temu, że soliści, z którymi reżyserowi dane było pracować nad omawianym przedstawieniem, reprezentują wyjątkowo wysoki i doprawdy rzadko spotykany poziom.
Na czele owej wymarzonej obsady stoi elektryzujący publiczność swą nieprzeciętną osobowością sceniczną i wspaniałymi walorami wokalnymi Jonas Kaufmann, jeden z najwybitniejszych współczesnych tenorów, u którego umiejętność pięknego, ale i inteligentnego frazowania, cudowna muzykalność, rozległa paleta niuansów i perfekcja techniczna idą o lepsze z niemalże wrodzonym wyczuciem stylu, nieprzeciętnym talentem aktorskim i artystyczną wrażliwością. U jego boku występuje ucieleśniająca z przejęciem postać młodej Charlotte - rozdartej pomiędzy nieszczęśliwą miłością i wiernością złożonej przysiędze - mezzosopranistka Sophie Koch, szczególnie wzruszająca w słynnej scenie listów z aktu trzeciego. Trudno też pozostać obojętnym wobec przepojonej męską godnością interpretacji barytonowej partii Alberta przez Ludovica Tézier oraz wnoszącego świeży powiew niemalże dziecięcej naiwności śpiewu uroczej Anne-Catherine Gillet w roli Sophie. Wśród nich pojawia się ponadto wciąż utrzymujący doskonałą formę weteran sztuki wokalnej Alain Vernhes, występujący jako Sędzia le Bailli.

Za pulpitem dyrygenckim stoi znany na całym świecie ambasador muzyki francuskiej w osobie Michela Plassona, zbliżający się już do osiemdziesiątki i mający na swoim koncie imponujący dorobek artystyczny dyrygent, który - choć trudno w to uwierzyć - nigdy przedtem nie został zaproszony do występu w operowym gmachu przy placu Bastylii, a którego ostatnie pojawienie się w kanale orkiestry w Palais Garnier sięga aż 1987 roku. Nie od dzisiaj wiemy, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, wszakże sposób, w jaki przez te wszystkie lata odpowiedzialni za życie muzyczne Paryża "decydenci" traktowali swego zasłużonego kapelmistrza oburza i daje naprawdę dużo do myślenia. Tym bardziej dobrze się zatem stało, iż przybyli na przedstawienie Werthera i w pełni świadomi tych skandalicznych zaniedbań widzowie zgotowali francuskiemu maestro triumfalne, przyjmujące formę prawdziwej manifestacji przyjęcie i to już w momencie jego pojawienia się przed Orchestre de l'Opéra National de Paris. A wzruszony Plasson pokazał im raz jeszcze, iż muzyka jest jego intymnym światem, w którym żyje z wielką pokorą i poczuciem szczęśliwego spełnienia.
Pod jego dyrekcją muzyka Masseneta mieni się wprost baśniowymi barwami, a tam, gdzie trzeba, nabiera przyciemnionej nadchodzącą tragedią protagonistów konsystencji, porusza nasze serca i umysły śpiewnym liryzmem i szlachetną poezją, dociera do zmysłów, a jednocześnie odkrywa swe uniwersalno-ludzkie wartości.
Batuta francuskiego szefa zakreśla w powietrzu szerokie łuki, niczego nie narzuca, lecz raczej sugeruje, postępuje za solistami i razem z nimi oddycha, sprawia, że muzyka wypływa ze swego naturalnego i ożywczego źródła zniewalając słuchaczy swym zdradzającym tęsknotę do tego co niezniszczalne, ponadczasowym charakterem. Nieomylna intuicja Plassona w połączeniu z wielowymiarową i skupioną grą orkiestry hipnotyzuje publiczność, która doskonale sobie zdaje sprawę, iż jest jej dane uczestniczyć w wyjątkowej rangi wydarzeniu artystycznym. Oby w naszym coraz bardziej zdehumanizowanym świecie, często spychającym uważaną już za zbędną kulturę na coraz dalsze pozycje, takie wydarzenia nie stały się oczekiwaną z utęsknieniem rzadkością.
Leszek Bernat