Czy projektantka mody, która pragnie uchodzić za skandalistkę, chwali się licznymi kochankami i innymi podbojami, może zrealizować przedstawienie operowe? Oczywiście tak. Barwna biografia w najmniejszym stopniu nie przeszkadza twórczości artystycznej, a czasami nawet pomaga. Czy tak było w przypadku najnowszej premiery Czarodziejskiego fletu Mozarta w Operze Wrocławskiej, którą przygotowała Anna Długołęcka przy współpracy muzycznej jednego ze swych przyjaciół, dyrygenta Dariusza Mikulskiego? Tutaj trzeba postawić znak zapytania, bo choć do premiery doszło, nie było to przedstawienie w pełni udane. Opera Wrocławska do niedawna miała w repertuarze oryginalną i nowoczesną inscenizacją tego dzieła w reżyserii Marka Weiss-Grzesińskiego i z dekoracjami Marcela Sławińskiego, coś jednak skłoniło ten renomowany teatr do przygotowania niecałe cztery lata później kolejnego Fletu.

Tym czymś była zapewne fama podążająca za Anną Długołęcką, która akurat czuje wielki pociąg do Mozarta i jego nieśmiertelnej baśni o szlachetnym Tamino i złej Królowej Nocy. Artystka ta doprowadziła już wcześniej do realizacji swej koncepcji kostiumowo-scenicznej w pozbawionym stałego teatru operowego Wałbrzychu, gdzie Dariusz Michalski jest dyrektorem filharmonii. Jednak owo wydarzenie najwyraźniej nie usatysfakcjonowało Anny Długołęckiej i postarała się ten sam pomysł przenieść, już w większej skali, do stolicy województwa i do profesjonalnego teatru operowego.
Czarodziejski flet Długołęckiej różni się zdecydowanie od inscenizacji Weiss'a. Jest w swej warstwie narracyjnej aż do bólu tradycyjny, a przez to statyczny i nudnawy. Reżyserki nie interesowały żadne uwspółcześnione czy psychologizujące interpretacje zawiłej i tajemniczej opowieści o zaczarowanym flecie, jak to zrobił uroczo Grzesiński. Ona pokazała baśń, tak jakby chciała ją opowiedzieć jakiemuś małemu dziecku, a przy okazji oszczędzić mu nadmiernych emocji, ukrywając np. przed jego oczami strasznego smoka, który już na samym początku atakuje głównego bohatera.
Poszczególne postacie pojawiają się na scenie i schodzą z niej jak podczas pokazu mody, zwykle śpiewają stojąc bez ruchu na środku, a następnie wycofują się by ustąpić miejsca innym. Nawet tak podstawowe epizody w tej baśni, jak np. próby ognia i wody, którym poddawana jest para kochanków zostały zupełnie zbojkotowane przez panią reżyser. I tylko ich kostiumy, które są oryginalnym, i trzeba przyznać atrakcyjnym wizualnie pomysłem Anny Długołęckiej, możemy sobie obejrzeć z przodu i z tyłu. Inne zabiegi i techniki reżyserskie najwyraźniej są autorce przedstawienia zupełnie obce. Ważnym elementem scenografii stały się natomiast projekcje slajdów i obrazów wideo dosyć interesująco współgrające głównie z kostiumami i uzupełniające przebieg akcji.
Jedynym elementem łączącym przedstawienie Weiss-Grzesińskiego z operą Długołeckiej, oczywiście poza genialną muzyką Mozarta, jest wykonawca roli Papagena - Jacek Jaskuła, nota bene najlepiej obsadzona i zagrana rola w tym spektaklu. To śpiewak o nie do końca jeszcze ujawnionych możliwościach, doskonały ruchowo, aktorsko i wokalnie, pełen naturalnej werwy i humoru, przykuwa uwagę w tym szalenie hieratycznym spektaklu. Dobrze mu partneruje pojawiająca się jednak tylko na krótką chwilę Papagena - Iryna Zhytynska. Pozostali wykonawcy dają najczęściej dobre świadectwo swej muzykalności i kwalifikacji wokalnych, co nie zmienia faktu, że są tylko modelami i modelkami do prezentacji kostiumów wymyślnie utkanych z grubej włóczki. Przedstawienie premierowe w dniu 3 stycznia 2010 roku miało w obsadzie młodego, uzdolnionego Tamina - Łukasza Gaja, który tę trudną partię tenorową zaśpiewał poprawnie, jednak nie było w jego wykonaniu swobody. Można też dobrze ocenić rolę Paminy w wykonaniu Aleksandry Szafir, choć jej głos brzmiał niekiedy w forte zbyt ostro. Pewne zastrzeżenia co do precyzji koloratur można wysuwać pod kierunkiem Królowej Nocy - Anny Terleckiej-Kierner - jednak popisowe flautety w obu karkołomnych ariach wykonała bez zarzutu, a poza tym miała na sobie dość ekstrawagancką suknię, która hojnie odsłaniała jej ładny biust. Monostatos w wykonaniu Rafała Majznera śpiewany był nieporządnie, właściwie wykrzykiwany, ale to być może wiązało się z charakterystycznością kreowanej postaci, zawód przyniósł też Sarastro - Damian Konieczek, bo choć dysponuje odpowiednią postawą i zdrowym niskim basem, to jednak miał w średnicy wyraźne kłopoty intonacyjne. Bardzo przyzwoicie wypadły natomiast Trzy Damy i Trzej Chłopcy - w wykonaniu żeńskim; w obu trójkach najsłabszym ogniwem był o dziwo głos najwyższy, prowadzony zbyt siłowo. Przedstawieniem w dniu 3 stycznia nie dyrygował Dariusz Michalski. Przy pulpicie zastępował go Tadeusz Zathey; prowadził orkiestrę, chór i solistów pewnie, czujnie i stylowo. Jednak jeśli ktoś chciałby się wybrać na baśń o zaczarowanym flecie z dziećmi powinien się przygotować na ziewanie i głośne protesty.
Joanna Tumiłowicz