Przegląd nowości

Filharmonia Białostocka tym razem w Londynie i w Oksfordzie!

Opublikowano: środa, 23, grudzień 2009 01:00

Minęło zaledwie parę tygodni aby Orkiestra Symfoniczna Opery i Filharmonii Podlaskiej z Białegostoku wyruszyła w swoją kolejną, już ostatnią w tym roku, bardzo atrakcyjną podróż koncertową. Tym razem, po występach na Litwie (Wilno) oraz w Szwecji (Goeteborg i Sztokholm) ten świetny zespół prowadzony od 12 już lat przez 37. letniego dziś dyrygenta Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, pojechał nie byle gdzie bo do wiodącej kulturalnej stolicy Europy - do królewskiego Londynu.

Image

Orkiestra wystąpiła tam dwukrotnie w ważnych i prestiżowych miejscach, raz - nadto - wyjeżdżając do cudownej krainy nauki i historii, do Oksfordu - pięknego, pełnego niesamowitego uroku i historyczno-naukowej aury miasta, miasta wielkiego Uniwersytetu i równie wielkiej, pochodzącej z XII w. Katedry Christ Church.

Image

W tej imponującej świątyni i magicznym wręcz miejscu nie tylko kręcono niedawno... "Harry'ego Pottera", ale kościół ten jest też siedzibą jednego z najwspanialszych chórów chłopięco-męskich, który miałem okazję poznać i najszczerzej podziwiać dobrych 20 lat temu podczas międzynarodowego festiwalu chórów chłopięcych w Poznaniu. W tym roku trafiłem akurat na nabożeństwo, w czasie którego ubrani w tradycyjne komże chłopcy śpiewali do mszy, mogłem też usłyszeć brzmienie tamtejszych nieskazitelnie czystych organów - piękne, nie ukrywam, było to przeżycie. Tradycja tego wspaniałego chóru, liczy sobie dziś - bagatela - ponad 500 lat!


Pierwszy po długiej podróży kontakt z królewskim Londynem rozpoczął się od przyjazdu na próbę do robiącej wrażenie siedziby Royal College of Music który z właściwym majestatem ulokował się dokładnie u stóp górującej i wielce okazałej Royal Albert Hall, na którą, z kolei, z dumą spogląda z góry Książę Albert (1819-61), niemiecki kompozytor, śpiewak, pianista, organista, organizator koncertów na Zamku Windsor i w Pałacu Buckingham, którego do dziś, w uznaniu jego zasług - przede wszystkim za prowadzenie słynnego Consortu Królowej Wiktorii - honoruje się z wielką czcią.

Image

Myślę, że i wszyscy muzycy Orkiestry ze szczególnym wzruszeniem spoglądali na tę pełną magii wielką rotundę, która jest miejscem wielu ważkich wydarzeń, przede wszystkim zaś, od 1941, kiedy to zniszczona została Queens Hall - siedzibą Koncertów Promenadowych (z tej wypełnionej po brzegi prawie siedmioma tysiącami melomanów sali, w połowie września br., TVP Kultura transmitowała The Last Night of the Proms, którą to transmisję miałem zaszczyt prowadzić).

Image

Jestem przekonany, że niejeden zespół największej miary chciałby tam wystąpić ale rzeczywistość dla świetnie grających Filharmoników z Podlasia i tak była łaskawa bo i sali koncertowej Royal College niczego nie brakuje. To obiekt równie wartościowy, instytucja  uświęcona równie wielką tradycją, założona prawie 130 lat temu (pierwszym dyrektorem był George Grove - redaktor I wyd. słynnego Grove's Dictionary)....


To właśnie w tym gmachu, w odrestaurowanej dopiero co ogromnymi środkami Sali Koncertowej, przyszło zagrać Symfonikom z Białegostoku we środę 9 grudnia. Nie było - tego dnia - w szkole codziennego tumultu ponieważ w tenże środowy dzień odbywały się tam egzaminy wstępne, na które przybyli młodzi ludzie z wielu stron świata, w tym i z Polski. Próba była szczególnie aktywna, dwudniowa podróż uniemożliwiła bowiem jakiekolwiek granie (do jazdy autokarami dołożyła się jeszcze szczególna atrakcja: półgodzinna podróż Eurotunelem pod Kanałem La Manche). Akustycznie, sala RCM jest nie tylko korzystna dla grających i słuchających, ciepła i przyjazna ale przede wszystkim idealna wręcz dla mniejszego składu orkiestry (zespół z Białegostoku przyjechał w składzie siedemdziesięciorga muzyków). Nie było więc tego, czego zespół doświadczył w Skandynawii, gdzie przyszło mu grać w tym składzie w salach dużych, przepastnych wręcz. Muzycy na próbie i na koncercie świetnie siebie słyszeli, także nam, słuchaczom muzyka podawana było jak na dłoni. Na marginesie jedno spostrzeżenie: organowy prospekt bardzo przypomina ten zainstalowany w Auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, nie mówiąc już o nieco podobnej też architekturze samej sali.

Image

Dwa słowa o organizacji koncertów i...widowni

Londyńskie koncerty zostały zorganizowane przez Instytut Adama Mickiewicza, w ramach szeroko zakrojonej akcji kulturalnej "Polska ! Year" 2009-2010. Zastanawialiśmy się więc jak tym razem, po nie najlepszych szwedzkich doświadczeniach, zostanie "zorganizowana" widownia na oba londyńskie polskie koncerty symfoniczne. Nikt się chyba nie liczył z tym aby londyńczycy mieli nagle tłumnie przyjść  na koncert nikomu tam nieznanej orkiestry, i jeszcze płacić za bilet - to jest po prostu niemożliwe. Wątpliwości, jak już wspomniałem, spowodowane były fatalną frekwencją podczas dwóch udanych wielce od strony artystycznej szwedzkich koncertów (o czym mogła zaświadczyć bardzo dobra recenzja po drugim koncercie w Sztokholmie, zamieszczona w poważnym Dagens Nyhetter).


Nie da się ukryć, że Filharmonia Podlaska zapraszając z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym na koncerty przedstawicieli wszystkich naszych istniejących tam placówek (ambasady, konsulaty ale i Instytuty Polskie, tak w Sztokholmie jak i w Londynie), liczyła na to, że instytucje te wykorzystają te koncerty jako znakomitą okazję do zaproszenia ważnych gości, jakichś istotnych dla współpracy z naszym krajem szefów biur, przedsiębiorstw, kontrahentów, nie mówiąc już o obecności samych ich wysokich przedstawicieli. Niestety, nic takiego się nie stało, nadto nikt z zaproszonych naszych tam reprezentantów nie zdołał nawet pofatygować się na koncert. Nikt też nie wpadł na pomysł aby np. wręczyć kwiaty dyrygentowi, zorganizować jakieś skromne choć pokoncertowe spotkanie z zespołem... Na domiar złego, w tym samym dniu kiedy Orkiestra grała w Royal College of Music, w Londynie spotkali się najwyżsi przedstawiciele głównego organizatora tych koncertów, Instytutu Adama Mickiewicza, z brytyjskimi partnerami, i - jak się okazało - nawet będąc nieopodal, nie zechcieli pofatygować się na ten organizowany... przez siebie, szczególny polski wieczór, w samym sercu Londynu.

Image

Nieprawdopodobne...Piękne miejsce, arcyciekawy bo polski program (z dziełami Mieczysława Karłowicza, ze znakomitym też Preludium symfonicznym wielkiego Brytyjczyka, Sir Edwarda Elgara - Polonia, wykorzystującym nasze najpiękniejsze narodowe melodie, z wkomponowanym przez Elgara mazurkiem Dąbrowskiego na czele)... Tyle pieniędzy, tyle zachodu, tyle przejechanych tysięcy kilometrów - i w zasadzie wszystko poszło w tzw. dym. Moim zdaniem tak bezprzykładnego wręcz braku zainteresowania, i to jeszcze swoimi imprezami - tolerować się nie powinno.

Gwoli ścisłości dodam, że Filharmonia Białostocka wykupiła kilka gazetowych anonsów koncertów, i to w tych najważniejszych tytułach, tak w przypadku Skandynawii jak i Londynu, zajęła też wiele przestrzeni na portalach internetowych, np. BBC Music Magazine ale i agencji informacyjnych, turystycznych i polonijnych w końcu, dyrektor M. Nałęcz-Niesiołowski udzielił wywiadu rozgłośni radiowej BBC Coventry. W Instytucie Polskim w Sztokholmie powiedziano nam w październiku, że gdyby byli organizatorami tych szwedzkich koncertów, bądź przynajmniej współorganizatorami - aktywniej włączyliby się w tzw. organizację widowni - szkoda tylko, że nie powiedzieli o tym pół roku wcześniej, kiedy w marcu br. Filharmonia Białostocka powiadomiła ich o obu szwedzkich koncertach i poprosiła o pomoc w tym zakresie. Na tłumy - w obu tych krajach - trudno byłoby oczywiście liczyć ale proszę mi wierzyć - nie jest przyjemnością dla muzyków grać w salach na tysiąc miejsc dla zaledwie 50 czy 80 słuchaczy... Dodam jeszcze, aby już nie wracać do tych wstydliwych ale jednak - na szczęście - pozamuzycznych spraw, że koncerty brytyjskie Orkiestry z Białegostoku swoim medialnym patronatem objęły: Londynek.net  - portal polskiej społeczności w Londynie i w Wielkiej Brytanii oraz nasz znany i popularny portal Onet.eu.


  

Koncert pierwszy

Na dobry początek Preludium Polonia 1915 Elgara, napisane w hołdzie Polsce i Ignacemu J. Paderewskiemu - co za brzmienie, jaka pełna blasku instrumentacja! Orkiestra świadoma tych wartości, stworzyła okazały muzyczny monolit, wzbogacony - w warstwie melodycznej - polskimi pieśniami historycznymi, naszym hymnem narodowym, także cytatami z Paderewskiego. Wzruszające dzieło, wzruszająco wykonane. Podczas tej prezentacji zastanawiałem się czy nie powinna narodzić się tradycja wstawania publiczności podczas grania w samym finale dzieła mazurka Dąbrowskiego. Uczucia te nabrały jakiejś szczególnej mocy właśnie w tym, tak patriotycznym i ważnym zawsze dla nas Londynie. Ktoś musiałby uczynić to spontanicznie aby porwać tym samym pozostałych słuchaczy, zwłaszcza w miejscu, w którym kiedyś powstanie króla podczas wykonywania Alleluja z Mesjasza Haendla zrodziło tradycję, z którą liczy się i uznaje cały muzyczny świat (czy w królewskim Londynie nie mogłem sobie troszkę pomarzyć ?). Potem były Odwieczne pieśni Mieczysława Karłowicza.

 Image

Ile piękna, tak polskiego znów nastroju, ile kolorów tej muzyki...Świetne było brzmienie orkiestry, gra bez żadnych przerysowań - szczera, prawdziwa, czytelna, bogata muzycznie. Wszystko to imponowało mi szczególnie kiedy uzmysłowiłem sobie w jak wolnym tempie przebiega narracja I ogniwa, myślę, że dopiero wtedy trzeba umieć zagrać to właściwie. Fantastycznie zagrała swoją partię na rożku angielskim, chwalona już przeze mnie w Szwecji - Kinga Szmigulska. Za każdym razem, grała ją trzykrotnie, zachwycała pięknem prowadzenia frazy, muzyczną różnorodnością i atrakcyjnością - partia ta jest organicznie wręcz z nią zespolona. Wielkie wrażenie. Nie można też nie wyróżnić przy okazji i innych solistów grających w orkiestrze, nie tylko zresztą w dziele Karłowicza - myślę tu przede wszystkim o włoskim oboiście  - równie wrażliwie i pięknie "śpiewającym" - Luce Neccia, także o znakomitym klarneciście - Grzegorzu Puchalskim. Druga odwieczna pieśń, zagrana była szczególnie subtelnie, zwracając uwagę miękkością smyczków, ich artykulacyjną jednością , uważam, bezpośrednio wynikającą z pełnego kultury stylu dyrygowania Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego.

Jest w tym dyrygowaniu tyle właściwej i oczekiwanej miękkości, delikatności, zarazem spokoju - trudno się więc dziwić takiej reakcji muzyków. Imponowało też rozwinięcie tej drugiej pieśni, świetnie zgrane i zagrane przez wszystkich muzyków. Zrobiło wrażenie wykonanie dzieła Karłowicza. Jest to muzyka, którą możemy się chwalić, wszędzie. W każdym miejscu rozmawiałem z publicznością w przerwie, wszyscy zachwycali się pięknem tej muzyki! Po przerwie, popisowy numer Orkiestry - IV Symfonia Schumanna, znakomita okazja do popisu dla orkiestry i dla dyrygenta. Nawiasem, przed i po koncercie rozmawiałem z dwiema Polkami, które ukończyły tamtejszy College, wiele lat temu, a dziś wciąż z wielką aktywnością uczestniczą w londyńskim życiu muzycznym.


Były bardzo szczęśliwe i ukontentowane wysokim poziomem wykonawczym orkiestry, najbardziej zaś  - co oczywiste - wzruszyła je, poza Elgarem, muzyka Karłowicza właśnie. Obie Panie wyraziły też swoją wielką radość, że mogą oglądać tam w Londynie TVP Kultura i być na bieżąco z polskim życiem muzycznym. Podziękowały, mnie także (co było miłą niespodzianką) za poprzedni Konkurs Chopinowski - przypomnę, w całości transmitowany przez tę stację i ogromnie ucieszyły się, że i w roku następnym będą miały taką możliwość (o ile pokonane zostaną finansowe trudności tej stacji). Istotnie, doskonale pamiętam oddźwięk telewidzów, nie tylko polskich - był imponujący, dzwoniono do naszego telewizyjnego studia z całego świata (dodatkowo iTVP transmitowała Konkurs przez internet).

Oksford                                                                                                                                                    Nazajutrz zespół czekała podróż do Oksfordu, dwie godziny jazdy autokarem do krainy nauki, kultury, księgarń naukowych, siedziby historycznego Uniwersytetu i wspomnianej już wcześniej imponującej Katedry Oksfordzkiej. Zaraz po przyjeździe zwiedzaliśmy to niezwykłe miasto, niemal od razu "wchodząc" na piękny, barokowy Sheldonian Theatre, gdzie wieczorem miał odbyć się koncert Filharmoników Podlaskich.

Image 

Ta imponująca przepychem choć bardzo kameralna w sumie budowla, powstała w 1669 roku jako część Uniwersytetu. Muzykę wykonywano tam od samego początku, a po 64 latach od powstania Teatru George Frederick Handel dyrygował tam swoja Athalią. Trudno się więc dziwić, że obok plakatu anonsującego polski wieczór symfoniczny, w Sheldonian Theatre wisiały też plakaty zapraszające na świąteczne wykonanie handlowskiego Mesjasza. Nawiasem mówiąc, i Londyn, i Oksford, pełne były bożonarodzeniowych akcentów, najbogatsze sklepy w Londynie wręcz prześcigały się w stylu i bogactwie świątecznych dekoracji. Spacerując po obu miastach spostrzegłem natomiast jedną wielką różnicę: w Oksfordzie co drugi sklep to księgarnia, także szczególnie bogata muzyczna przy Broad Street, a w Londynie, przechodząc jednego popołudnia kilka kilometrów, obok wielkich salonów mody i niekończących się restauracji nie spostrzegłem... ani jednej.

Image

Koncert w Oksfordzie prowadził osławiony u nas wielką londyńską karierą Paweł Kotla - nb. kolega ze studiów Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego z warszawskiej AM. Jego udział w tym, koncercie wynikał z faktu, że był pomysłodawcą tego wieczoru. Wiedział, że Wydział Muzyczny oksfordzkiego Uniwersytetu, którego zresztą Kotla jest absolwentem (studiował tam muzykologię i praktykę wykonawczą, tam też przez dwa lata prowadził Orkiestrę i Filharmonię tej renomowanej i wielce prestiżowej uczelni) nosi się z zamiarem zorganizowania tam seminarium poświęconego twórczości i osobie Mieczysława Karłowicza i zaproponował to muzyczne zwieńczenie popołudniowego spotkania polskich i angielskich muzykologów. Nieszczęśliwe w tym wszystkim było tylko to, że miał poprowadzić koncert z tym samym repertuarem, który Filharmonia Białostocka prezentowała podczas dwóch pozostałych koncertów londyńskich dyrygowanych przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, w przeddzień i nazajutrz. Problem polegał na tym, że obaj dyrygenci - co zrozumiałe - prowadzili te dzieła inaczej, a jednak pewne nawyki, przyzwyczajenia nabyte przez codzienne próby trudno nagle wyeliminować.


Próbowanie więc i koncert tych samych utworów w zupełnie innych tempach, w innej narracji, w ciągu kilku dni, nadto - co też zrozumiałe - w zupełnie innym stylu, mogło wprowadzić i wprowadziło sporo wykonawczych niepewności. Co jednak najważniejsze, Paweł Kotla to, co mógł w tych warunkach osiągnąć - osiągnął. Poprowadził koncert z wielką energią, czasami wręcz brawurowo i efektownie, szczególnie w Symfonii Schumanna  - co mogło podobać się publiczności (mnie też) może i dlatego, że na widowni dominowało raczej młode pokolenie słuchaczy. Przyszli oni bowiem na koncert swojego angielskiego kolegi - utalentowanego wielce 24. letniego skrzypka Charlesa Siema, który nauczył się specjalnie na tę okazję (tak może jeszcze troszkę nie do końca) niełatwego Koncertu skrzypcowego A-dur Mieczysława  Karłowicza! Śmiem przypuszczać, że będzie go grać w przyszłości, wierzę, że na pewno lepiej niż udało mu się go zaprezentować w Oksfordzie i nazajutrz w Cadogan Hall w Londynie. Za często odnosiło się wrażenie, jakby Siem nie miał za wiele doświadczeń w grze z orkiestrą (co akurat nie jest prawdą bo gra często i dość intensywnie już).

Myślę jednak, że o charakterze i stylu wykonania  decydował jego młodzieńczy wręcz temperament, który całkowicie unosił go gdzieś daleko w przestworza, gdzie miał wtedy znakomitą okazję do gubienia po drodze muzyki i wykonawczej precyzji. Jednego natomiast nie brakowało mu - bardzo pięknego brzmienia, zwłaszcza w wolnej części, w Romanzy, oraz w drugim, pięknym od lirycznej strony temacie części pierwszej, na co pewnie miał wpływ bardzo dobry instrument, o czym nieco później. Talentu mu zapewne nie brakuje - zabrakło pewnie opanowania tego niełatwego Koncertu i - być może - umiejętności ujarzmienia swojego temperamentu. Skonstatowałem  jednak podczas obu koncertów, że jeśli młody człowiek musi stracić przynajmniej połowę swojej wartości podczas żywego występu, bo tak najczęściej  bywa  -  to lepiej będzie dla nas, jeśli straci ją w takiej właśnie grze, pełnej fantazji i temperamentu, choćby nie do końca udanej i skutecznej wykonawczo. Tak też - moim zdaniem - stało się na obu koncertach Ch. Siema z Filharmonia Białostocką. Może dodam, że londyńczyk Charles Siem jest absolwentem tamtejszych Guildhall School of Music oraz Royal College of Music, gdzie uczył się pod kierunkiem Itzhaka Rashkovskiego i Shlomo Mintza.

Brytyjsko-polskie seminarium karłowiczowskie  na Oksfordzie.  

Jako się już rzekło, pomysłem bezpośrednio łączącym się z koncertem było zorganizowane na Music Faculty Uniwersytetu w Oksfordzie seminarium na temat twórczości Mieczysława Karłowicza pod nazwą Karlowicz and the European Symphonic Poem. W projekcie tym, zainicjowanym przez prof. Petera Franklina z Oxford University także - jak koncerty - zorganizowanym w ramach festiwalu Polska! Year (pod auspicjami Instytutu Adama Mickiewicza i Uniwersytetu w Oksfordzie), wzięli udział autor hasła "Karłowicz" w Słowniku Grove'a  - Michael Murphy, Alistair Wightman - autor anglojęzycznej biografii Karłowicza Karlowicz, Young Poland and the Musical Fin-de-siècle, Stephen Downes - znawca muzyki polskiej czasów Karłowicza oraz dwie przedstawicielki polskiej myśli muzycznej, reprezentująca Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie  - Katarzyna Szymańska-Stułka oraz przedstawicielka bydgoskiej AM - Violetta Przech.


I temu przedsięwzięciu brakowało dotkliwie obserwatorów - na Sali zebrali się niemal wyłącznie autorzy wygłaszanych prac. Na pewno jednak trzeba się cieszyć z tego, że zapewne Anglicy wydadzą książkę będącą pokłosiem tej konferencji, a to Karłowiczowi i sprawie jakże zasłużonej popularyzacji jego muzyki, może tylko pomóc. Było więc czymś bardzo normalnym (choć jak przeczytaliśmy to wcześniej, mimo wszystko niecodziennym), że wszyscy zaproszeni na koncert muzykolodzy biorący udział w sesji, pod przewodnictwem prof. Franklina, przyszli do Sheldonian Theatre, a sam koncert bardzo im się podobał. Orkiestra istotnie pięknie zwłaszcza zagrała Odwieczne pieśni ożywiając omawiane wcześniej zagadnienia związane m.in. z tym fundamentalnym dla twórczości Karłowicza opusem 10-tym. Tutaj sens koncertu był najszczególniejszej miary.

Cadogan Hall 

Znów powrót do Londynu, na koniec tego kilkudniowego tournee, do miejsca ważnego - do Sali koncertowej, która powstała z wnętrza sakralnego. Cadogan Hall jest miejscem regularnych koncertów znakomitych londyńskich orkiestr - status resident orchestra ma tam "Jej Wysokość" - Royal Philharmonic Orchestra (nb. w lutym 2010 r. koncert tego zespołu poprowadzi właśnie tam Grzegorz Nowak, a w maju - Janina Fiałkowska zagra z tą orkiestrą Koncert e-moll Chopina). W Cadogan Hall swoją stałą serię koncertów ma też renomowana English Chamber Orchestra, a od kilku lat odbywają się w tym wnętrzu niektóre letnie koncerty promenadowe. W tej ciepłej i przyjaznej Sali przyszło zagrać i Orkiestrze Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego.

Image

Program jak w Sheldonian Theatre ale poszerzony o Preludium Polonia -  Elgara. Po raz drugi usłyszałem Ch. Siema, tego młodego, pełnego energii skrzypka. W Londynie zagrał chyba jeszcze bardziej dynamicznie ale co gorsza - także agresywniej, co miało się nijak do wagi i stylu Koncertu Karłowicza. Ale i tu były znakomite momenty - kiedy "pociągnął" frazę, szeroko, pełnie  - potrafił wzbudzić i zachwyt, myślę, że nie tylko mój. Gra na znakomitym instrumencie, program podawał, że gra na Guarneriusie del Gesu d'Egville , wypożyczonym  mu dzięki możnej fundacji (jaka szkoda, że my takich nie mamy, mając - za to - jeszcze lepszych młodych skrzypków...). Dźwięk wyjątkowo nośny, doskonale słyszalny. Troszkę szkoda, że nie bardzo jeszcze potrafi właściwie tego Guarneriusa wykorzystać - ciągle prowadzi jakieś ostre szarże, za często przerysowuje melodie.


 

Znakomita - i w Londynie - była wolna część - intensywna, żarliwa., nic nie tracąc z tej młodzieńczej ekspresji (Karłowicz pisał to dzieło będąc prawie równolatkiem angielskiego solisty). Najgorsze było ogniwo finałowe, najwięcej przytrafiało mu się kiksów, także - w parze - muzykom Orkiestry. Szedł do przodu, nie bacząc na konsekwencje ale mimo to, całościowo było to granie żywe i szczere emocjonalne. Tego wieczoru szczególne wrażenie zrobiło na mnie wykonanie IV Symfonii Schumanna.  Czuło się, że muzycy mieli dużo czasu na muzykę, grali bardzo rozważnie i z dużą kulturą, ładnie formowali frazy, zwłaszcza smyczkowcy. Marcin Nałęcz-Niesiołowski, jak zawsze, stylem swojego dyrygowania prowadził do wykonawczej precyzji, dobrze wpływał na koncentrację i dyscyplinę grających ale też zabiegał o to aby ta muzyka miała właściwą elegancję, klasyczny umiar i takt. Znakomicie połączył III i IV część, wszystkie szczegóły pięknie muzycznie dopracowując. Podziwiałem taneczną grację kreowanej muzyki, nadto duży urok, miękkość ruchów ale też ani razu nie brakowało silnej, zdecydowanej energii i temperamentu - tam, gdzie tego wymagała akcja tego symfonicznego arcydzieła. 

Image 

Wyjazd ważny, udany, atrakcyjny, a czy przyniesie jakieś owoce ? Czy na ewentualne przyszłe koncerty w Londynie przyjdzie więcej publiczności? Raczej nie, ponieważ działa tu zasada błędnego koła. Przyjdą ci, którzy byli. Trudno zaś liczyć na tych, których nie było, bo nie wiedzą ile stracili nie przychodząc na koncerty tej świetnie grającej Orkiestry z Białegostoku. Na pewno dzięki wszystkim tegorocznym koncertom wyjazdowym, znacznie  poszerzyła się lista autentycznych osiągnięć artystycznych i prestiżowych Filharmoników  Podlaskich (zespół grał już kiedyś z powodzeniem w nowojorskiej Carnegie Hall, jeszcze za dyrekcji Mirosława J. Błaszczyka). Zatem im i ich obecnemu dyrygentowi, Marcinowi Nałęcz-Niesiołowskiemu, należą się wielkie gratulacje, a organizatorom tych wyjazdów i  fundatorom: Stowarzyszeniu na Rzecz Rozwoju Działalności Muzycznej ale nade wszystko Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytutowi Adama Mickiewicza - należne, gorące podziękowania.

                                                                                                        Adam Rozlach