
Koncert galowy rozpoczęła się uwerturą oraz Śmiercią Izoldy z Tristana i Izoldy Wagnera, a w części drugiej wykonano koncertową wersję I aktu Walkirii. Wieczór poprowadził Daniel Barenboim, dyrygent nie zawsze chwalony przez krytyków - szczególnie jego verdiowskie interpretacje spotykają się z mieszanymi reakcjami recenzentów, którym zdarza się napisać: "Zbyt szybko, zbyt głośno, zbyt żywiołowo". Jednak ten właśnie sposób dyrygowania sprawdza się znakomicie przy Wagnerze, ponieważ Barenboim w nadzwyczajny sposób potrafi skumulować naturalną energię zawartą w muzyce tego kompozytora i przełożyć ją na język poszczególnych instrumentów i orkiestry jako całości.
W pierwszym akcie Walkirii wystąpili: Nina Stemme, Placido Domingo i Kwangchul Youn. Stemme i Youn w 1993 roku zostali laureatami pierwszej edycji konkursu Operalia w Paryżu, i po 17 latach towarzyszyli swemu mistrzowi w uroczystej gali na jego cześć. Nina Stemme musiała z powodu przeziębienia odwołać kilka wcześniejszych przedstawień i tu w La Scali była jeszcze nieco niedysponowana. Jej głos załamywał się kilkakrotnie i niekiedy brzmiał szorstko. Wydawała się także nieco zagubiona, jakby nie do końca żarliwie zaangażowana emocjonalnie w swoją partię. Trudno jej się dziwić. Pierwszy akt Walkirii, bez względu na to, czy jest wykonywany na scenie, czy w wersji koncertowej, zawsze wyzwala w wykonawcach wielkie emocje. Jednak aby tak się stało, przestrzeń przeznaczona dla śpiewaków w wersji koncertowej musi pozwalać im na swobodę ruchów, tak aby mogli zwracać się do siebie i oczywiście widzieć jeden drugiego! Niestety w La Scali przewidziano niewielkie miejsce dla Sieglindy i takież samo dla Siegmunda, a pomiędzy nimi umieszczono podium dyrygenta. Tak więc śpiewacy nie mogli niemal drgnąć, a najczęściej nawet nie mogli się widzieć.

Kwangchul Youn był bardzo dobrym Hundingiem. Jego ciepły i dźwięczny głos może byłby zbyt mały w innych audytoriach, ale dla La Scali był w sam raz.
Dla Placida Domingo ten wieczór musiał być czymś naprawdę specjalnym. Śpiewał przecież Siegmunda równo 40 lat po swoim debiucie na tej scenie. I to jak śpiewał! Jego wciąż silny, poruszający i wspaniały głos przy Wälse, Wälse wprost uderzał falą dźwiękową w publiczność. Nothung - fragment, który w przeszłości sprawiał mu czasem trudność - brzmiał bardzo pewnie, a rozlewność frazy i młodzieńcza czułość Winterstürme pozostanie na zawsze w pamięci widzów.
Kiedy ucichły ostatnie dźwięki pierwszego aktu Walkirii, sala rozbrzmiała gromkim aplauzem. Placido Domingo był wyraźnie wzruszony, kiedy kłaniał się i pozdrawiał publiczność, której entuzjazm, zdawałoby się, nie miał końca. I jak zwykle Domingo starał się, aby aplauz widowni dzielili z nim cały czas współwykonawcy. Ale w pewnym momencie Daniel Barenboim zrobił coś, aby naprawdę było wiadomo, kto jest gwiazdą wieczoru: po prostu popchnął swojego przyjaciela ku przodowi sceny, a sam usunął się, wraz z pozostałymi śpiewakami, za kulisy. Szaleństwo braw trwało niemal pół godziny.
W końcu Domingo przyklęknął i ruchem ręki posłał pocałunek ku podłodze, co jest jego rodzajem zaklęcia, by los pozwolił mu jeszcze powrócić na tę scenę. Publiczność zareagowała na to okrzykami: "A presto!" (Do zobaczenia wkrótce!), wiedząc dobrze, że nie jest to ostateczne pożegnanie wielkiego tenora z La Scalą, ponieważ Domingo wróci tutaj w maju i kwietniu 2010 roku na sześć spektakli Simona Boccanegry oraz na organizowane w przyszłym roku w Mediolanie Operalia.
A presto, Maestro!
Gabi Eder (Austria), tłum. J. J.