Przegląd nowości

"Manon Lescaut" Pucciniego w Opéra de Marseille

Opublikowano: sobota, 21, listopad 2009 01:00

Wbrew wyjątkowo nieprzychylnemu przyjęciu, z jakim ze strony krytyki i mediolańskiej publiczności spotkała się w roku 1889 - powstała po pięciu latach pracy - opera Edgar, Giacomo Puccini nie stracił wiary we własny talent twórczy i z właściwym mu entuzjazmem rozglądał się za innym, zdolnym do pobudzenia jego kompozytorskiej wyobraźni tematem. "Potrzebuję oddać muzyką prawdziwie ludzkie przeżycia, miłość i ból, uśmiech i łzy - pisał do swego wydawcy - muszę je poczuć, niech one mnie wzruszą i mną wstrząsną". To właśnie wówczas zainteresował się Historią Manon i kawalera Des Grieux Abbé Prévosta i zachęcony lekturą partytury Manon Masseneta postanowił na podstawie tego samego tekstu stworzyć nowe dzieło operowe. Na formułowane przez przyjaciół wątpliwości, dotyczące ryzykownej rywalizacji z Massenetem, Puccini odpowiedział słynnym zdaniem: "On spojrzał na ten temat oczami Francuza, poprzez puder i menuety, podczas gdy ja potraktuję go jak Włoch, z rozpaczliwą namiętnością", po czym dodał: "Taka kobieta jak Manon może mieć wielu kochanków".

 Image

I rzeczywiście, pisząc muzykę do spłodzonego w boleściach libretta, nad którym męczyło się z różnym powodzeniem aż siedmiu autorów, Puccini unikał wszelkich operowych sztuczności, mając przede wszystkim na uwadze odnowienie relacji pomiędzy orkiestrą i partiami wokalnymi, a także przyznanie czynnikowi melodycznemu podstawowej roli w prowadzeniu dyskursu muzycznego. Dość tutaj rozbudowany zespół nie tyle akompaniuje, co raczej dialoguje, opowiada, porywając słuchacza bogactwem niemalże mozaikowych brzmień, pełną blasku i przepychu orkiestracją, luźnym i bardzo indywidualnym wykorzystaniem wagnerowskiego leitmotywu czy plastycznością płynnie się rozwijającej tkanki muzycznej.


 

Pod tym jednak względem prezentowana obecnie w Marsylii inscenizacja Manon Lescaut przynosi rozczarowanie, albowiem uniemożliwia delektowanie się tą olśniewającą i zdradzającą geniusz Pucciniego myślą muzyczną. Dzieje się tak z przyczyny wyraźnie nie odnajdującego się w tej rzeczywistości dźwiękowej Luciano Acocelli, którego szablonowa, beznamiętna i pozbawiona giętkości frazy dyrekcja spycha całą interpretację w szarą strefę przeciętnej poprawności. Brakuje w niej kolorystycznej wyobraźni, kondensacji napięcia, choćby odrobiny lirycznego szaleństwa, oddechu - jednym słowem: prawdziwego życia. 

 Image

Drugim słabym punktem omawianej produkcji jest nieudany występ obsadzonego w ostatniej chwili w roli kawalera Des Grieux, w zastępstwie uprzednio zapowiadanego Andrew Richardsa, Zwetana Michailova. Poza zupełnie nieprzekonującą, dziwacznie sztywną i ograniczoną do przyjmowania sztucznych póz grą sceniczną, bułgarski tenor niefrasobliwie eksponuje niedostatki swej wątpliwej jakości wokalistyki, ograniczającej się w zasadzie do źle przygotowanego technicznie atakowania wysokich dźwięków i nienaturalnego, nie wiadomo dokąd zmierzającego frazowania.

Wielka to doprawdy szkoda, gdyż partnerująca mu w trudnej i wymagającej roli tytułowej, śpiewająca dźwięcznym i wyrównanym we wszystkich rejestrach głosem Catherine Naglestad potrafi ciekawie zaznaczać różnice pomiędzy kreowaną przez siebie postacią, a protagonistką opery Masseneta. W ujęciu amerykańskiej sopranistki Manon Lescaut jest zmysłową, lubującą się w przyjemnościach i umierającą nie tyle z miłości, co raczej z powodu niezaspokojonych pragnień kobietą, bynajmniej nie ulegającą - jak Manon francuskiego kompozytora - pokornej rezygnacji, lecz wyrażającej w ostatnich chwilach swego życia gwałtowny bunt przeciwko niesprawiedliwemu przeznaczeniu.

 

Wśród biorących udział w przedstawieniu artystów na specjalne wyróżnienie zasługuje kreujący z dużym powodzeniem rolę Lescaut Marc Barrard: aksamitne brzmienie jego mięsistego, doskonale osadzonego barytonu w połączeniu z wrażliwą i sugestywną grą aktorską czynią z występu tego solisty prawdziwą ozdobę obsady wokalnej. Z ciepłym przyjęciem spotykają się też Jacques Calatayud (Géronte), Aude Extrémo (Śpiewak) i Philippe Fourcade (Sierżant).

 Image

Dużo dobrego da się powiedzieć o przygotowanej przez Yvesa Coudray, przy współpracy Michela Hamona (dekoracje), Katia Duflot (kostiumy) oraz Philippe'a Grosperrina i Freda Marty'ego (oświetlenie), inscenizacji, która osadza akcję opery w latach jej powstania i tym samym unika wiernego odtwarzania tła historycznego. Zadaniem dość skromnej scenografii jest bowiem nie tyle ilustrowanie, co raczej niezbędne informowanie widza o nagłych zwrotach intrygi, a to wszystko w celu uprzywilejowania rozwoju akcji i przeżyć uczestniczących w niej bohaterów. Wyrwanie dzieła Pucciniego z osiemnastowiecznego kontekstu czy pokazanie Manon i Des Grieux nie jako podnieconych i rozgorączkowanych podrostków, lecz dorosłych już, osobowościowo ukształtowanych ludzi przekonuje nas ponadto, iż reżyserowi chodzi tutaj o podkreślenie uniwersalności poruszanego w operze problemu: niemożliwości życia w oderwaniu od rządzących ludzką zbiorowością norm. Ten ładnie zaplanowany przez Coudray obraz artystyczny, cieszący oko intrygującymi koncepcjami wizualno-plastycznymi i przykuwający uwagę konsekwentnie przeprowadzoną fabułą, może - pomimo opisanych powyżej słabości muzycznej realizacji - zapisać się w pamięci publiczności jako efektowna pozycja bieżącego sezonu.

I tylko trochę żal, że to nieco usunięte na drugi plan przez Manon Masseneta dzieło jeszcze dość nieśmiało toruje sobie drogę na sceny francuskich teatrów operowych.

                                                                               Leszek Bernat