Od jakiegoś czasu, uwagę moją zwraca imponujący fonograficzny dorobek Chóru i Orkiestry Filharmonii Białostockiej, instytucji prowadzonej od 12 już lat przez wybitnego dyrygenta młodszego pokolenia Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. Imponuje przede wszystkim bardzo dobre, szczególnie wyróżniające się wykonawstwo, ale też - na równi - szalenie atrakcyjny dobór repertuarowy oparty - co szczególnie godne podkreślenia - na muzyce polskiej. Nagranie np. płyty z nieznanymi i niewykonywanymi dziełami symfonicznymi i oratoryjno - kantatowymi kompletnie zapomnianego polskiego kompozytora Zygmunta Stojowskiego traktuję jako wydarzenie o historycznym znaczenie, ze szczególnym uwzględnieniem nagrania Modlitwy za Polskę. Innymi szczególnie wartościowymi kompaktowymi krążkami są płyty z dziełami Aleksandra Tansmana, które Orkiestra pod dyrekcją Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego nagrała z młodym, wybitnie utalentowanym polskim skrzypkiem - Bartoszem Cajlerem, który od 3 już lat mieszka w Szwecji, gdzie szlifuje swoje umiejętności po warszawskich studiach u prof. Magdaleny Szczepanowskiej, co jest pokłosiem zdobycia przez niego nagrody na Konkursie na Skrzypce Solo im. Tadeusza Wrońskiego w Warszawie w 2000 roku - nagrody Henryka Kowalskiego, profesora słynnego Indiana University w Bloomington, a także Royal College of Music w Sztokholmie, gdzie - nie musząc wyjeżdżać do USA - Cajler podjął studia, pod kierunkiem tej właśnie wybitnej postaci świata pedagogiki skrzypcowej.
Z radością przyjąłem więc zaproszenie Orkiestry, która pod koniec października wybrała się do Szwecji, gdzie nie tak często zaglądają polscy muzycy i nasze orkiestry. Ucieszyłem się tym bardziej kiedy dowiedziałem się, że Orkiestra Filharmonii Białostockiej ma zagrać w dwóch najważniejszych miejscach na muzycznej mapie tego kraju: w Sztokholmie i w Goeteborgu, a do tego w najbardziej prestiżowych salach - w stołecznej Berwald Halle oraz w cenionej, znanej mi z płyt DG sali koncertowej, siedzibie Orkiestry Symfonicznej w Goeteborgu.
Orkiestrę tę jeszcze niedawno prowadził, przez bardzo wiele lat, uwielbiany tam wtedy Neeme Jaervi, a dziś obiektem uwielbienia jest niezwykle ponoć charyzmatyczny dyrygent - Gustavo Dudamel. Ogromnie ważne okazało się to, że obie te sale dysponują znakomitą akustyką. Jeśli więc nie udało się zorganizować widowni w ilości satysfakcjonującej muzyków, szczególnie w Goeteborgu (w Sztokholmie było już z frekwencją całkiem dobrze, jak na koncert kompletnie nieznanej tam orkiestry, do tego z dominującym polskim repertuarem) to dla zespołu i dyrygenta możliwość zagrania w obu tak fantastycznych salach było wspaniałym przeżyciem i powodem do prawdziwej artystycznej satysfakcji - tym bardziej, że Orkiestra w obu koncertach wypadła znakomicie.
Rozpoczęło się koncertem w Goeteborgu. Pechowo bo wiolonczelistce z pierwszego pulpitu "strzelił" podstawek. Kiedy przyszła z tą hiobową dla niej wiadomością do dyrektora Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, akurat przedstawiałem mu mojego kolegę z czasów wspólnej nauki w katowickim Liceum Muzycznym - Grzegorza Wybrańca, który od wielu już lat gra na wiolonczeli w tamtejszej znakomitej zresztą Orkiestrze. Usłyszawszy to, bez chwili zastanowienia powiedział, że pożyczy Polce swój instrument. W ten sposób, w czasie jednej sekundy, rozwiązał problem białostockiej wiolonczelistki w Goeteborgu, w Sztokholmie pomógł jej mieszkający tam wspomniany już solista wieczoru. W ten sposób pani Ewa Łoś mogła zagrać w obu koncertach - dzięki "szwedzkim" Polakom i ich przyjaciołom. Piękne były to gesty pomocy w trudnych i nie zawsze możliwych do przewidzenia okolicznościach.

Na próbie kapitalne dla nas wszystkich odkrycie - owa fantastyczna akustyka. Organizatorzy nie chcieli ponoć ustawiać estradowych podestów dla poszczególnych grup orkiestrowych, ale okazało się, że i tak wszystkich było słychać doskonale, bardzo selektywnie, i to z każdego miejsca na sali. Wystarczyło grać "normalnie", bez cienia forsowania dźwięku, a wszystko słychać było jak w najlepszym nagraniu. Duża radość i ogromna frajda, tak dla grających muzyków, jak i dla nas, słuchających. Sala ogromna, na ponad tysiąc miejsc, o ogromnej kubaturze, cała w drewnie, ciepła i przyjazna, także - jak się okazało - dla polskich muzyków.
Nie dane nam było doświadczyć tego jak dźwięk "zachowuje" się przy pełnej sali ale koncert i tak wypadł okazale. Orkiestry Filharmonii Białostockiej prowadzonej przez Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego dotychczas słuchałem z płyt, w Szwecji bodaj po raz usłyszałem ją "na żywo". Zespół to o wysokiej wykonawczej sprawności, bardzo elastyczny, idealnie dostosowujący się do przedstawianego repertuaru, no i znakomicie przygotowany. Słychać to było w każdym wykonywanym utworze, może najszczególniej w arcytrudnym Koncercie skrzypcowym Aleksandra Tansmana (grano jeszcze, w pierwszej części, Odwieczne pieśni Karłowicza, a w drugiej odsłonie IV Symfonię Schumanna). Trudno się zatem dziwić, że w obu miejscach był bis - Orkiestra okazale zagrała moniuszkowskiego Mazura.
Na obu koncertach, co zrozumiałe, dominowała bardzo serdeczna i żywo reagująca polska publiczność, wielu przyszło też znakomitych znawców przedmiotu, zwłaszcza w Sztokholmie. Byli profesorowie Akademii Muzycznej, byli muzycy tamtejszych orkiestr, przyszedł też ceniony tam krytyk, Carl-Gunnar Åhlen, którego ciepła i bardzo pochlebna recenzja pt. "Sugestywna interpretacja z Białegostoku" ukazała się nazajutrz w sztokholmskim Svenska Dagbladet. W Goeteborgu zaś spotkaliśmy m.in. znanego i cenionego kompozytora, i u nas, i w Szwecji - Wojciecha Głucha oraz grającą w tamtejszej orkiestrze jedną jeszcze Polkę - Marię Ciszewską, która niedawno zwiedzała... Białystok i okolice. Po koncercie, którym skrzypaczka, absolwentka prof. Hermana gdańskiej AM była zachwycona, otrzymała ona, wraz z nagraniami płytowymi Orkiestry Opery i Filharmonii Podlaskiej, serdeczne zaproszenie do ponownego odwiedzenia tego tak pięknego regionu.

Kiedy się spojrzy na Orkiestrę z Białegostoku - dominuje młodość. Ludzie pełni entuzjazmu, werwy i ochoty do pracy, świetnie mówiący po angielsku, ogromnie ambitni, bardzo grzeczni, wielce świadomi tego, co robią. Pytali mnie jak się ich słucha, czego brakuje w brzmieniu całości, jak ma się ich gra, gra Filharmonii Podlaskiej do gry innych orkiestr. Byli ciekawi wszystkiego. To jest zmiana pokoleniowa, generacyjna - rewolucyjna wręcz. Przypomniałem sobie niedawną konferencję prasową Sir Simona Rattle'a, który - przy okazji pobytu Berlińskich Filharmoników w Warszawie - opowiadał nam, jak przyszła do niego delegacja starszych muzyków tej fenomenalnej orkiestry, grzecznie zwracając uwagę, że jeśli w orkiestrze grają już niemal wyłącznie studenci bądź najświeżsi absolwenci wyższych szkół, to nie jest już ta sama co kiedyś Orkiestra... Rattle grzecznie acz bez cienia wątpliwości, odpowiedział im, że właśnie dlatego jest to Filharmonia Berlińska, że grają, i że będą grać tam młodzi ludzie... Chyba dobrze, że wraz z odejściem wielkich gigantów batuty minął czas różnych obowiązujących a niepisanych reguł i kanonów np. wiekowych czy tyczących dyskryminacji kobiet itd. Inna sprawa, że "dzięki temu" bardzo zunifikowało się brzmienie. Jakże trudno dziś rozpoznać brzmienie jakiejś orkiestry bo mniej więcej wszystkie grają jednakowo dobrze czy doskonale. Nie ma już - jak za ery Karajana - np. jednolitych, opracowanych tylko dla tej Orkiestry smyczków, nie ma charakterystycznych szybkich czy wolnych temp, nie ma już tak lśniącej jak kiedyś swoim niesłychanym blaskiem, niemal we śnie rozpoznawanej amerykańskiej blachy itd. Bo ja wiem, czy jednak trochę nie szkoda tamtych "kanonów"?
Za co cenię szczególnie Filharmoników Podlaskich z Białegostoku? Przede wszystkim za wspominaną już tu ambicję, ale też za elastyczność gry, za dobre "samopoczucie" i to w każdym wykonywanym repertuarze ale też za wielką ich muzykalność, za świetne przygotowanie i znakomite zgranie, co jest - najpewniej - zasługą bardzo pracowitego i wymagającego wiele artystycznego szefa. Nie było to jednak, od razu śpieszę z wyjaśnieniem, granie "z pamięci". To była za każdym razem gra kreatywna, żywa. Bardzo ładnie ukazane zostało np. solo rożka angielskiego w pierwszej Odwiecznej pieśni, w Goeteborgu, a cudownie wręcz, nazajutrz - w Sztokholmie - przez tą samą oboistkę - Kingę Szmigulską. Podobnie miała się rzecz z IV Symfonią Schumanna oraz z Koncertem Tansmana. W bezdyskusyjnie bardziej przyjaznych warunkach, przy nieporównanie większej ilości słuchaczy dzieła te wypadły o wiele jeszcze ciekawiej w stołecznej sali Berwalda. Każdy muzyk potrzebuje publiczności, kontaktu z nią. Zawsze najważniejsze było i jest to aby mieć dla kogo grać...
Bardzo dobrze dobrany został program obu koncertów. W pierwszej części ukazywał naszą rodziną twórczość, w tym tą mniej znaną (Koncert Tansmana) choć myślę, że dla publiczności i Odwieczne pieśni były jednakowo ważnym odkryciem bo przecież jak dobrze mogą być one znane Szwedom, czy nawet tamtejszym Polakom? Znakomite to i tak piękne dzieło Karłowicza, fantastycznie zinstrumentowane, pełne różnych smakowitości i niezwykłych barw orkiestrowych, które w tym wykonaniu zostały świetnie wyeksponowane. Cudownie grali je członkowie Orkiestry - tu wracam do wcześniej wspomnianej tylko ich muzykalności. Już ta partia rożka angielskiego o tym zaświadczała, a ile piękna, ile naturalnej, bardzo szlachetnie brzmiącej słodyczy miały wejścia np. smyczków... Co mnie wręcz zachwyciło w grze orkiestry - to umiejętność rozpoczynania frazy. Pytali mnie młodzi muzycy, jak ich gra ma się do gry najlepszych polskich orkiestr. Otóż uważam, że nie wszystkie z tych głośnych orkiestr mają tak świetne starty, nie potrafią tworzyć dźwięku - jeśli można to tak określić - z niczego, wychodząc od zera. Piękne i łagodnie rozpoczynane są melodie, takoż miękko i równo stawiane akordy - znakomicie, bez kiksów, jak często słyszy się to gdziekolwiek indziej. To pewnie owoc ciężkiej pracy zespołu i dyrygenta, ale też ma na to wpływ wspomniana ambicja i muzykalność, chęć zagrania tak, aby spodobało się to nie tylko nam ale i samym muzykom. Kapitalna to cecha. Jednego może mi tylko brakowało - nieco większej masy, jeszcze bardziej gęstego pasma smyczkowego - zwłaszcza w dziełach Karłowicza i Schumanna. Trochę to było - niekiedy - za skromne dźwiękowo, może ciut za bardzo "schowane". Z drugiej jednak strony ile było wtedy więcej naturalnego piękna fraz np. w drugiej Odwiecznej pieśni, ile barw w pierwszej... Inna sprawa, że - wiemy o tym doskonale - dzieło Karłowicza estetycznie jest bardzo "schowane" do wewnątrz. Smutna i nostalgiczna aura, tak bardzo słowiańska, rozpogadza się dopiero w drugim, a przede wszystkim w ostatnim ogniwie, w którym Karłowicz o wiele bardziej otwiera się na zewnątrz, co znakomicie "obrazuje" np. doskonale zgrany chór instrumentów blaszanych.

Solistą obu wieczorów był wspomniany tu już Bartosz Cajler. Ma dziś 29 lat, gra nie tylko jako solista, ale i muzykuje w zespołach kameralnych. Jest np. prymariuszem Kwartetu Dalkvista. Od niedawna samodzielnie prowadzi jedyną klasę skrzypiec (!) na Uniwersytecie Vaesteras. Jest wybitnie utalentowanym polskim skrzypkiem, znakomitym wirtuozem, laureatem kilku konkursów w Polsce, we Włoszech i w Szwecji. Przedstawiany przez niego neoklasyczny Koncert skrzypcowy Tansmana nie jest łatwym dziełem (fakt, że miał go w swoim repertuarze sam Jascha Heifetz doskonale to poświadcza). Nasz młody skrzypek świetnie czuje się jednak w tym repertuarze. Technicznie stać go na bardzo wiele, nadto pięknie potrafi poprowadzić frazy, szeroko, pełnie, intensywnie. Magicznie wręcz zabrzmiało, ze strony solisty i orkiestry Lento, rozpoczynające drugie ogniwo. Muzycy wraz z nim dawali tyle subtelnych odcieni, tyle brzmieniowych delikatności, dźwiękowego wyrafinowania. W tę całość świetnie wpisała się dopełniająca Lento, wirtuozowska część w tempie Presto, ze świetnymi flażoletami solisty, z robiącą wrażenie kulminacją. Ta druga część zagrana została przez wszystkich wybornie.
Najwięcej radości sprawił mi jednak Cajler w części trzeciej - w Adagio cantabile ale jakże niezwykle zagrała tę część i Orkiestra... To zaś, co ukazali w finale - na każdym mogło zrobić wrażenie. Świetne było zgranie całości, bezbłędne, wirtuozowskie - arcytrudne fugato, w którym przedstawiający swoje "głosy" soliści wręcz bawili się tą muzyką. Znakomicie, brawurowo wykonana została przez solistę kadencja. Tylko prezentacja dzieła na takim wykonawczym poziomie ma sens. Najgłębszy. Bardzo podobał się wszystkim zagrany przez niego na bis, w obu miejscach, Kaprys polski Grażyny Bacewiczówny. Po wysłuchaniu kilkudziesięciu wykonań tego Kaprysu na niedawno zakończonym Konkursie T. Wrońskiego od razu spostrzegłem, że Cajler ma świetny pomysł na jego efektowne, wirtuozowskie zagranie - zwłaszcza samego zakończenia.
Całość dopełniła IV Symfonia Schumanna, wykonana bardzo klasycznie, z pełną dyscypliną, barwnie, precyzyjnie. Dzieło to, mające być ukłonem w stronę publiczności zagranicznej pokazało w obu wykonaniach dużą, uniwersalną, że tak się wyrażę, klasę zespołu. Symfonia udowodniła, że zespół Filharmonii Podlaskiej może prezentować się w każdej sali koncertowej, na całym świecie, bez cienia jakiegokolwiek kompleksu.
Jako się już rzekło doskonale wpływa na zespół dyrektor artystyczny Marcin Nałęcz-Niesiołowski. Jest on znakomicie i wszechstronnie wykształconym muzykiem, dyrygentem wyjątkowej rzetelności, doskonale panującym nad partyturami i prowadzonym przez niego aparatem wykonawczym. Jest u niego pełna świadomość celu, którą wspierają i precyzja dyrygowania, także czytelność gestów i ruchów, wciąż obecna wykonawcza dyscyplina, także przenosząca się na muzyków Orkiestry zawsze duża i wysoka koncentracja uwagi. Jest on też - co chyba dla nas melomanów i muzyków najważniejsze - artystą wrażliwym na piękno, na ładny ton, na jak najciekawsze brzmienie całości. W swoich dyrygenckich i muzycznych poczynaniach jest bardzo szczery, prawdziwy, autentyczny i wiarygodny, co zawsze zjednuje mu uznanie słuchających.
Oba koncerty sprawiły mi bardzo wiele satysfakcji, Ucieszyłem się, że w tak prestiżowych miejscach zespół nie należący przecież w żadnym pewnie rankingu polskich orkiestr do najlepszych zagrał tak, że śmiało mógłby, i to całkiem skutecznie - w tych rankingach i plebiscytach namieszać. Innym jeszcze dowodem tego, że w tym zakresie, w hierarchii ważności polskich orkiestr, bardzo wiele zmieniło się w ostatnich latach, stało się wybranie przez krytyków brytyjskiego, najpoważniejszego światowego miesięcznika fonograficznego Gramophone płyty białostockich Filharmoników, z dziełami Stojowskiego (DUX 2008) -"płytą miesiąca" lutego 2009 roku.

Dobrze to prognozuje przed kolejnym znaczącymi wyzwaniami. Orkiestra z Białegostoku wybiera się jeszcze w tym roku na 3 koncerty do Londynu, gdzie w ramach obchodów Roku Polskiego w Wielkiej Brytanii - "Polska ! Year", zagra kolejno w liczącej się Cadogan Hall, następnie w Royal College of Music, a także w oksfordzkim Sheldonian Theatre. Na ten jeszcze bodaj bardziej prestiżowy wyjazd Orkiestra Filharmonii Podlaskiej przygotowuje dzieła Karłowicza (obok Odwiecznych pieśni także Koncert skrzypcowy, z Charlie Siemem) a obok Czwartej Schumanna londyńczycy usłyszą także Preludium Polonia - Edwarda Elgara!
Oba koncerty w Szwecji zorganizowało działające przy Operze i Filharmonii Podlaskiej - Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Działalności Muzycznej, dzięki finansowemu wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rządu Rzeczpospolitej Polskiej, co też w okazały sposób pokazuje, jak wiele zmieniło się w naszym kraju. Na bardzo dobre!
Adam Rozlach