Przegląd nowości

Ernani, czyli buntownik w operze

Opublikowano: środa, 28, październik 2009 11:30

Premiera rzadko wystawianej opery Giuseppe Verdiego Ernani na rozpoczęcie IX Poznańskich Dni Verdiego daje powody do satysfakcji. Oto w Teatrze Wielkim w stolicy Wielkopolski powiało wielkim światem, bo ta opera jest nie tylko dowodem na pokonanie kolejnego progu trudnoúci, ale także zwiastuje szerokie kontakty międzynarodowe jej nowego dyrektora Michała Znanieckiego. Ernani jest więc owocem współpracy produkcyjnej Abao-Olbe w hiszpańskim Boilbao oraz Israeli Opera w Tel Avivie i niebawem ta inscenizacja będzie tam pokazywana.

Image

Zresztą o światowych kontaktach świadczą też nazwiska wykonawców, których znają najświetniejsze sceny operowe, z Metropolitan i La Scali włącznie. W pierwszej premierze śpiewał tytułowego Ernaniego Emmanuel di Villarosa dysponujący sprawnym i dźwięcznym głosem tenorowym, świetnie zaprezentował się baryton Luca Salsi, rolę Silvy zrealizował bas Marco Vinco, zaś w partii Elviry usłyszeliśmy niezawodną poznańską gwiazdę Barbarę Kubiak. Także role drugoplanowe obsadzono trafnie młodymi miejscowymi solistami i żaden z głosów nie sprawił słuchaczom zawodu.


 

Spektakl w reżyserii Michała Znanieckiego jest imponujący plastycznym i kolorystycznym rozmachem, publiczność dobrze też odbiera  zastosowaną przez niego symbolikę wielkiego witraża z kościoła w Saragossie i krzeseł jakie z niemal fanatyczną czcią lub też nienawiścią traktują sceniczne postacie. Symbolem zwiastującym tragedię tytułowego bohatera jest także ogromny róg, który zabrzmi w finale dzieła. Czasami pomysłowość reżysera balansuje na granicy dobrego smaku, np. kiedy król Don Carlo zamierza zdjąć spodnie przed wybranką swego serca.

Image 

Bardziej dyskretnie przebiega scena miłosna Ernaniego i Elviry ukazywana na wielkim ekranie w formie teatru cieni. Przebogata wystawa Ernaniego z początku sprawia wykonawcom pewne problemy czysto praktyczne. Monumentalny witraż, po którym stąpają artyści jest pochylony pod bardzo dużym kątem. Obawy śpiewaków, że stoczą się z tej stromizny są widoczne nawet z daleka. Widać wyraźnie, że artyści stawiają nogi z ogromną ostrożnością, aby nie dostarczyć widzom powodów do niezaplanowanego śmiechu. Jedna z wykonawczyń, która miała tylko upaść zjechała na sukni jak na sankach.

Image

Sporym utrudnieniem dla śpiewaków jest też pozostawanie wszystkich głównych wykonawców na scenie przez dwa pierwsze akty, co uniemożliwia im choćby krótki odpoczynek za kulisami, tak potrzebny przed wykonaniem karkołomnych verdiowkich arii. Słychaś to niestety w początkowych scenach opery, kiedy zarówno tenor, sopran jak i bas mają niewielkie zachwiania intonacyjne. Dopiero po przerwie i zmianie dekoracji na "bardziej poziomą" wspaniałe głosy brzmią pełnym blaskiem. Tylko przydźwięk u basa Marco Vinco jest słyszalny do końca przedstawienia, ale w jego wypadku to zdaje się stara wada. Śpiewak ten stworzył natomiast najbardziej wyrazistą i charakterystyczną rolę aktorską.


Czy warto było stawiać przed wykonawcami tak uciążliwe fizycznie zadania? O tym można dyskutować. Byś może większe poszanowanie dla trudnych zadań wokalnych przyniosłoby pełniejszą perfekcję wykonania.  W sumie jednak przedstawienie zostało przyjęte przez publiczność bardzo gorąco zaś artystów spotkały owacje na stojąco, co do tej pory w przypadku operowych tragedii zdarzało się rzadko.

Image

Z pewnością do sukcesu dzieła przyczyniła się wizjonerska scenografia Luigi Scoglio, ale i ogromnie wrażliwe pokierowanie wszystkimi wykonawcami przez Mieczysława Nowakowskiego, który od tego momentu jest stałym kierownikiem muzycznym Teatru Wielkiego w Poznaniu.


Mocno, czasem nawet zbyt szorstko śpiewał chór męski kierowany przez Mariusza Otto, który jednak w towarzystwie głosów żeńskich nabierał ciepła i elastyczności. Kostiumy zaprojektowane przez Kornelię Piskorek były efektowne, choć stylistycznie stanowiły mieszaninę sięgającą niemal od starożytności do połowy XX wieku, co było widać np. w mundurach żołnierzy, spiskowców i strojach dworzan.

Image 

Wspaniałość inscenizacji podkreślało doskonałe i często zmieniające się oświetlenie - dzieło Bogumiła Palewicza. Zwłaszcza będący areną działań scenicznych hiszpański witraż mienił się różnymi odcieniami, był też podświetlany od dołu aby spotęgować wrażenie bogactwa. Inscenizatorom zdarzały się też efekty chybione, jak choćby spadające z suchym trzaskiem fragmenty witraża, które po odgłosach okazywały się kawałami plexi, a nie szkła.

Image

Tę scenę trzeba było wyciszyć, lub też posłużyś się nagraniem autentycznego brzęku, podobnie jak posłużono się taśmą przy realizacji wystrzałów armatnich. Przydałoby się też, aby publiczność nie słuchała poleceń inspicjentów, które kilkakrotnie zakłócały wykonanie. Są to jednak drobne szczegóły, które myślę, że łatwo jest usunąć. Z pewnością ten spektakl stanie się on ozdobą poznańskiego repertuaru wielkiej sceny.

                                                                               Joanna Tumiłowicz