Simon Boccanegra należy do tych oper, które ze względu na słabości libretta są "naszpikowane" trudnościami inscenizacyjnymi i zmuszają reżyserów do poszukiwania niebanalnych, ułatwiających widzom zrozumienie akcji pomysłów interpretacyjnych. Wystarczy zresztą przypomnieć, iż prapremiera pierwszej, tzw. weneckiej wersji owego verdiowskiego dzieła (1857) - z librettem Francesco Marii Piave - zakończyła się druzgocącą klęską, co sprowokowało włoskiego kompozytora do wprowadzania kolejnych, również źle przyjmowanych przeróbek. I musiało upłynąć aż dwadzieścia lat, żeby Verdi znów sięgnął do partytury Simona Boccanegry i po dokonaniu jej gruntownych zmian, tym razem we współpracy z librecistą Arrigo Boito, zdecydował się na sceniczną realizację nowej wersji dzieła w mediolańskiej La Scali (1881), rozpoczynającą trwającą do dzisiaj karierę tej wciąż jeszcze rzadko wystawianej, w porównaniu z innymi verdiowskimi pozycjami, opery.

Dobrze się zatem stało, że inaugurujący swą działalność na stanowisku dyrektora Théâtre du Capitole Frédéric Chambert postanowił otworzyć sezon umieszczeniem na afiszu dawno już w Tuluzie nie oglądanego dzieła, choć przyznać też trzeba, iż przedsięwzięcie to wiązało się z pewnym, wynikającym z warunków technicznych, ryzykiem. Otóż ze względu na prowadzone właśnie w zabytkowym gmachu tutejszej placówki lirycznej prace remontowe, wszystkie spektakle operowe wystawiane są w zupełnie do tego celu nie przystosowanej sali dawnego targu zbożowego: Halle aux Grains. Brakuje w niej wielu instalacji, a sześciokątna forma widowni wymaga porzucenia tradycyjnych przyzwyczajeń i nawyków operowych.

Zapewne z tego powodu przygotowanie Simona Bocannegry powierzono Jorge'owi Lavelliemu, wybitnemu reżyserowi (w najbliższym czasie będzie on pracował nad Polyeucte Zygmunta Krauzego w Warszawskiej Operze Kameralnej), który ponad trzydzieści lat temu wystawił już w tym samym miejscu z dużym powodzeniem Fidelio i dla którego nietypowa konfiguracja sali nie tylko nie stanowi żadnej przeszkody, ale wręcz jest przez niego odbierana jako nowe artystyczne wyzwanie. Wyrwanie się ze struktur teatru à l'italienne przyjmuje on jako znak wolności, gdyż - jak twierdzi - osadzanie pracy reżyserskiej w nowych przestrzeniach wyzwala dynamikę wszelkich działań i ukazuje oryginalne możliwości inscenizacyjne.
Powiedzmy od razu, że wbrew tym pobudzającym ciekawość widza zapowiedziom, wizja Lavelliego nie wnosi żadnych zaskakujących i stymulujących naszą wyobraźnię rozwiązań interpretacyjnych, rozczarowuje raczej przewidywalną w każdym momencie "klasycznością" i nużącą statycznością opartej na niezmiennej scenografii warstwy wizualnej. Usytuowany pośrodku "pałac" doży, ogromny taras, balkon Amelii, a zwłaszcza rodzaj kanału, symbolizującego na zmianę gabinet doży, w którym Simon Boccanegra wychyla zawierający zatruty napój kielich, więzienny korytarz czy miejsce spisku, składają się na banalną architekturę, rażącą pewną sztucznością i nadającą całemu spektaklowi bardziej koncertowy niż teatralny charakter. I nawet wprowadzony na zakończenie prologu pomysł spuszczenia z wysokości czarnych aniołów, które w finale porywają martwego już Boccanegrę, nie jest już w stanie poprawić tego stanu rzeczy.
Niewątpliwą zasługą reżysera jest natomiast zrezygnowanie z przywoływania czternastowiecznych realiów, czyli epoki, w której rozgrywa się akcja opery, i delikatne odwoływanie się do sytuacji politycznej Włoch z końca XIX wieku, zdominowanej wówczas przez rozgrzewający serca i umysły mieszkańców tamtego regionu (w tym również Verdiego) ruch risorgimento.
Oczywiście z perspektywy współczesnej publiczności operowej ten związany z walką o zjednoczenie Włoch historyczny kontekst wydaje się sprawą niezwykle odległą i w gruncie rzeczy mętną, toteż dobrze się stało, że - nie rozmazując politycznego znaczenia opery - Lavelli zdaje się raczej koncentrować na motywujących działania protagonistów, a tak wspaniale odmalowanych przez Verdiego za pomocą języka dźwięków, namiętnościach: miłości, nienawiści, żądzy zemsty itd. Aliści żeby owe pasje i uczucia poruszyły widzów i w jakiś sposób stały się ich udziałem potrzebna jest subtelna i przekonywująco prowadzona gra aktorska solistów, której w koncepcji pochodzącego z Argentyny inscenizatora boleśnie brakuje. Tym bardziej trzeba docenić talent i spontaniczne wysiłki obsadzonych w głównych rolach artystów, którzy potrafią mimo wszystko dostarczyć otaczającej ich ze wszystkich stron publiczności prawdziwych i głębokich wzruszeń.
Śpiewający świetnie i szlachetnie we wszystkich rejestrach brzmiącym barytonem tytułową partię Andrzej Dobber, obok wzorcowej lekcji pięknego verdiowskiego stylu, dostarcza nam też niezapomnianych przeżyć umiejętnością pokazania stopniowego przekształcania się pospolitego korsarza we wzbudzającego respekt zdecydowanie manifestowaną godnością męża stanu. Ucieleśniająca dającą powód do nadziei na zwycięstwo miłości postać Amelii Grimaldi (zarazem Marii Boccanegra) Alexia Voulgaridou plastycznie modeluje siłę, dynamikę i ekspresję posiadającego rozległą paletę barw i pewnie prowadzonego sopranu, zaś powabny i aksamitny tenor Stefana Secco pozwala zapomnieć o jednowymiarowym charakterze, bodajże najmniej pogłębionej przez Verdiego roli Gabriele Adorno. Satysfakcję sprawia ponadto słuchanie pochodzącego z Armenii Arutjuna Kotchiniana (Jacopo Fiesco), Yuri Kissina (Pietro), a zwłaszcza doskonałego - dobrze tuluzańskim melomanom znanego - amerykańskiego barytona Roberta Borka (Paolo Albiani).
Zważywszy na celnie dobraną obsadę solistów - to główny filar tej nie przekonywującej do końca realizacji - można żałować, że stojący na czele Orchestre National du Capitole Marco Armiliato nie był w stanie wydobyć z tej porywającej wspaniałą instrumentacją partytury zawartych w niej niuansów, konstrukcyjnych szczegółów, kolorów, dźwiękowej dramaturgii. Pod jego precyzyjną, wszakże wprowadzającą zaskakujące wolne tempa, batutą zachwycający przy innych okazjach swą muzykalnością i wysokiej klasy profesjonalizmem zespół z Tuluzy brzmi płasko i dość bezbarwnie. Doprawdy wielka to szkoda.
Leszek Bernat